Przejdź do forum
Powiadomienia
Wyczyść wszystko

Live show tv ;)

220 Posty
57 Użytkownicy
100 Reakcje
14.1 K Wyświetlenia
Stellified
Dołączył: 23.02.2013
PokerStrategist

ło matko. piszesz już następną część? jak nie, idę po melisę...


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Napisane przez Stellified
idę po melisę...

Melisa pomogła ? ;) ja osobiście nie korzystam, ale mój syn wręcz nadużywa...
Pije po kilka dziennie. Faktycznie to jakoś działa ?

_______________________

Czasami jak siadam do kompa, żeby coś napisać, to największy problem mam z początkiem. Siedzę kilkanaście minut wpatrując się w czystą „kartkę” i nie mogę sklecić pierwszego zdania. Potem jak już zacznę pisać, to jakoś leci. Dziś mam dokładnie to samo..

Przepraszam jeśli dzisiejszy wpis będzie chaotyczny, ale w 2008r. zdarzyło się tak wiele rzeczy, w tak krótkim okresie, że mogę nie pamiętać dokładnej chronologii zdarzeń.
__________________________________

..... Pierwsze problemy zaczęły się zanim ekipy weszły na budynek. Dostaliśmy informacje, że bank sfinansuje inwestycje tylko w cenach netto... Inwestycja zakładała wydatki na poziomie 2.800.000zł. W jednej chwili okazało się, że zabraknie nam pół miliona złotych...

Gmina w Podgórzynie również nie pomagała. Odrzuciła nasz wniosek o zawieszenie podatków na czas remontu.. Ja rozumiem podatki gruntowe (choć i tu mogliby się przychylić do naszej prośby), ale podatek od działalności ?!

Ekipy remontowe rozpoczęły prace na początku stycznia 2008r. Firma z Jeleniej Góry (nazwijmy ją firmą Bartka) rozpoczęła pracę od wyburzania wszystkich zbędnych ścianek.

Pokoje na pierwszym piętrze były pokojami typu „studio”. Mały przedsionek na wejściu, prysznic po lewej, toaleta po prawej oraz dwa długie i wąskie pokoje. Pokoje te wyglądały jak nory. Chcieliśmy wyburzyć ściankę działową, i stworzyć jeden duży przestronny pokój z toaletą i prysznicem w jednym pomieszczeniu.

Do wyburzenia (i postawienia na nowo) były również wszystkie pozostałe toalety w pokojach na drugim i trzecim piętrze. Były za małe i nie spełniały norm. Parter także wymagał zmian. Wiele mniejszych niefunkcjonalnych pomieszczeń miało zostać połączone w przestronną salę konferencyjną, oraz salę taneczną i gimnastyczną. Do zmiany były również pomieszczenia barowe wraz z zapleczem, recepcja i biuro.

W ramach umowy firma Bartka oprócz rozbiórki, miała również wywozić na bieżąco gruz.

Razem z Nimi na budynek weszli hydraulicy. Jak demolka, to demolka. W czasie kiedy firma Bartka wyburzała ścianki, Oni wycinali wszystkie stare rury. Wszystkie. Po kilkudziesięciu latach funkcjonowania ośrodka, hydraulika była w opłakanym stanie. Odkładający się kamień zmniejszył przekroje rur do tego stopnia, że pompy nie dawały rady ani odpowiednio ogrzać budynku, ani szybko dostarczać ciepłej wody w do części budynku oddalonej od kotłowni.

Tydzień Po Bartku i hydraulikach przyjechali elektrycy i budowlańcy z Radomia (nazwijmy Ich firmą Piotra). Plan był taki, że firma Bartka robi kompleksowo parter i pierwsze piętro, firma Piotra zajmuje się piętrami drugim i trzecim. Piotrek miał się zając również szybem windowym i tarasami.

Choć rozbiórka ścianek szła naprawdę sprawnie, to pojawił się pierwszy problem. Firma Bartka po demolce na parterze i na pierwszym piętrze, zabrała się za stawianie nowych ścianek, odkładając rozbiórkę na pozostałych piętrach na później. Piotr nie miał przygotowanego frontu robót. Doszło do pierwszego zgrzytu...

Bartek oznajmił, że terminy obejmują „cały zakres prac”, a nie poszczególne etapy.

- Ustalaliśmy przecież, że na początku macie zrobić wszystkie rozbiórki. Od tego uzależnieni są inni wykonawcy.
- Żeby wyrobić się w terminach muszę, (tu wypalił nam z cała masą budowlanych pojęć takich jak czas wiązania, czas schnięcia i całe mnóstwo innych technologicznych wymogów) Za rozbiórkę na drugim i trzecim piętrze weźmiemy się w przyszłym tygodniu...
- To niemożliwe !! Chłopaki z Radomia muszą od jutra zacząć pracę !!

Po długiej i burzliwej rozmowie, oddelegował dwóch pracowników ze swojego składu do rozbiórki. W ciągu dnia rozebrali następne kilka toalet i Piotrowi otworzył się front prac. Nie było to może optimum, ale mieli co robić.

W krótkim czasie doszło do wielu kolejnych scysji i problemów między Bartkiem a pozostałymi ekipami. Ciągle coś nie było zrobione na czas, ciągle jakby robiąc na złość, zajmowali się wszystkim, tylko nie tym, co mogłoby ułatwić prace innym ekipom i przyśpieszyć finał. Oczywiście zawsze miał wytłumaczenie „wymogami technologicznymi”.

Ale najgorsze jest to, że zaczęli nawalać.

Z początkowego składu odeszło kilku pracowników i została ich dosłownie garstka. Tempo prac drastycznie spadło. Codziennie w ekipie pojawiały się nowe „zapijaczone” twarze. Wyglądali jak z łapanki. Jakby Bartek jadąc do pracy, zajeżdżał pod monopolowy i krzyczał : Komu potrzebna kasa ? Płacę stówkę dniówki !!

Niemal każdego dnia część ekipy chlała. Z brygadzistą włącznie. Był luty, a Oni nawet nie postawili wszystkich nowych ścian na parterze...

Oczywiście doszło do nieuniknionej rozmowy. Powiedzieliśmy Mu, że jeżeli tak to ma wyglądać, to musimy wziąć następną ekipę, do pracy na pierwszym piętrze. Oburzony stwierdził, że On zakres prac ma ustalony w umowie !!, i że ze wszystkim się wyrobi. To wszystko jest przejściowe, bo musiał zabrać tylko kilku chłopców ze stałego składu na parę dni, żeby dokończyć jakieś zaległości z jesieni...

Na piętrach Piotra sytuacja też nie przedstawiała się wesoło... On również zabrał kilka osób z początkowego składu, tłumacząc się, że dla wszystkich nie ma pracy, i tylko sobie nawzajem przeszkadzają... technologiczne pierdolenie, że zanim zwiąże, zanim wyschnie, zanim...

Powoli zaczęliśmy sobie zdawać sprawę, że możemy nie wyrobić się na czas.

Pod koniec lutego dostaliśmy informację ze skarbowego, że zamierzają u nas przeprowadzić kontrolę. Szczegółową kontrolę za ostatnie 10 lat działalności..

Żeby było jeszcze weselej, do firmy „Matki” przyszedł długo oczekiwany Cutter. W czasie montażu maszyny okazało się, że brama wejściowa na krojownie jest za wąska żeby wstawić tam główny człon maszyny.... brakowało dosłownie 15cm. W ciągu dwóch dni zorganizowaliśmy ekipę, która zdemontowała bramę i poszerzyła otwór. Niestety na nową bramę trzeba było czekać ponad dwa tygodnie. Otwór zasłoniliśmy folią, i przez następne dwa tygodnie temperatura na krojowni oscylowała w granicach kilku stopni...

Wraz z Cutterem dojechał nowy sprzęt do digitalizacji szablonów. Tym razem nie byłem już taki głupi, i na przeszkolenie z obsługi tego urządzenia oddelegowałem jednego z chłopców. Pamiętacie Michała ? To właśnie On miał się stać w przyszłości głównym „projektantem” w firmie.

Choć nie byłem na tyle głupi, żeby sam uczyć się digitalizacji na nowym sprzęcie (oczywiście i ja się tego nauczyłem), to byłem wystarczająco głupi, żeby jako jedyna osoba w firmie nauczyć się obsługi nowego Cuttera... Szkolenie trwało ponad tydzień.

Nowa maszyna bardzo szybko przyniosła wymierne efekty. W ciągu zaledwie kilku tygodni skróciliśmy czas pracy na krojowni do standardowej 8-mio godzinnej dniówki. Poza tym nie musieliśmy zarywać sobót. Sprzęt był niesamowity. Nie dość, że mogliśmy ciąć materiały do szerokości 2,10metra, to mogliśmy też kłaść na jedno lagowanie o wiele więcej warstw niż na maszynie od SIEBERGA. Na starym urządzeniu głowica mogła skroić 4 cm. wysokości skompresowanego materiału, na nowym 7.

Niestety, moja wrodzona głupota (o której napomknąłem wcześniej), spowodowała, że sam musiałem całymi dniami obsługiwać tą maszynę. Nowa zabawka podobała mi się tak bardzo, że najchętniej sam bym lagował (na lagowarce która też była nową zabawką) i sam kroił... Na szczęście z czasem odrobinę „zmądrzałem” i nauczyłem chłopaków obsługi lagowarki...

„No i więc” (jak mówi mój zaprzyjaźniony taksówkarz) od poniedziałku do piątku siedziałem na krojowni, a w piątki wieczorem wyjeżdżałem do Przesieki. W Przesiece dwa dni, i w niedzielę w nocy powrót do firmy, żeby w poniedziałek rano zameldować się do pracy na „zaszczytnym” stanowisku przy Cutterze....

Kwiecień.
Kolejny weekend w Przesiece. Właśnie spłaciliśmy ostatnią ratę kredytu, który wzięliśmy 5 lat temu na zakup ośrodka. Oprócz tego cały ten projekt unijny z Cutterem na czele. Po zakończeniu projektu (montaż wszystkich maszyn, spełnienie wszystkich warunków) do firmy przyjeżdża komisja unijna, która sprawdza zgodność stanu faktycznego z projektem. Dwa tygodnie temu byli również u nas. Zdaliśmy „egzamin” na piątkę.

Najważniejsze jednak było to, że żona mojego brata wreszcie zaszła w ciążę. Po wielu latach oczekiwania, badań, leczenia się w tym zakresie, żona Jacka była w Ciąży. Poród planowany był na koniec lipca 2008r.

Mieliśmy wiele powodów do świętowania, ale cały ten remont, i nieudolność budowlańców burzyła naszą radość. Mieliśmy wszystkiego dość. Byliśmy cholernie zmęczeni.
Mimo to siedliśmy w altance i otworzyliśmy butelkę. Potem drugą i trzecią. Tadzio (teść mojego brata, który pomagał Tacie w Przesiece) zaczął grać na harmonii, a mój Tata śpiewał piosenki Grzesiuka. Ogrzewaliśmy się przy ognisku, jedliśmy kiełbaski z grilla.

To był ostatni raz, kiedy widziałem mojego Tatę w takim stanie...

Kilka dni później zadzwonił telefon. Dzwoniła Mama z Przesieki. Płakała. Mojego Tatę zabrali nad ranem do szpitala. W nocy bardzo bolała Go głowa. Wstawał kilka razy biorąc tabletki przeciw bólowe. Nad ranem Mama usłyszała przeraźliwy krzyk z łazienki, i znalazła tam nieprzytomnego Ojczulka. Tata miał rozległy wylew do mózgu.

Z Jeleniej Góry przewieźli Go do Wałbrzycha i tam przeszedł operację. Operacja „ponoć” się udała. Po operacji trafił znowu do Jeleniej Góry. Odwiedzaliśmy Go regularnie i choć nie był już zupełnie sobą (potrafił wypalić z tekstem, którego nikt nie rozumiał), to Jego ogólny stan ulegał poprawie. Aż do czasu...

Podczas jednej z kolejnych wizyt w szpitalu nastąpiła gwałtowna zmiana. Z dnia na dzień Jego stan drastycznie się pogorszył. Jego ciało było jakieś spięte, jakby ciągle się prężył. Jego twarz wyglądała jakoś tak dziwnie, obco.. Kontakt z Nim również był bardzo utrudniony.. Mówił bardzo mało i od rzeczy..

Pacjent leżący na łóżku obok, powiedział nam, że Tata często wstawał tej nocy i się kręcił. W końcu pielęgniarki spacyfikowały Go jakimiś lekami. Po lekach usnął. Jak się obudził to już był w takim stanie... Byliśmy załamani.

Oburzeni poszliśmy porozmawiać z lekarzem, ale On oświadczył, że dali Mu tylko leki nasenne i nic poza tym. Ciężko było nam w to uwierzyć, ale co mieliśmy zrobić...

Przez następne dni Jego stan się nie poprawiał. Mimo to, lekarze zdecydowali o wypisaniu Go z oddziału i wysłaniu do domu. Pewnego ranka pod pensjonat podjechała karetka i przywieźli Tatę. O niczym nas uprzednio nie poinformowali... Ot, taka niespodzianka...

Wszystko się posypało.

Tata nie mógł się dłużej zajmować remontem z oczywistych względów, a Mama musiała się Nim opiekować. Wymagał całodziennej uwagi...

A na budynku działo się coraz gorzej. Oprócz hydraulików i elektryków żadna z ekip nie dotrzymywała terminów. Wszędzie był totalny bajzel.

Bartek, zdając sobie sprawę, że możemy Mu ograniczyć zakres prac, i część przekazać nowej ekipie, rozgrzebał dosłownie wszystko... Do tego stopnia, że w niektórych pokojach jeszcze nie skończyli stawiać nowych ścian łazienek, a na już istniejących kładli karton gips i glazurę !! Gruz , który mieli wywozić na bieżąco, sięgał już do połowy okien na pierwszym piętrze. Nic qwa nie trzymało się kupy!!

Spoiler

Doszło do konfrontacji. Postawiłem Bartkowi ultimatum w sprawie gruzu i paru innych spraw. Powiedziałem, że jak się z nich nie wywiąże, to się pożegnamy. Odgrażał się umową i innymi pierdołami. Nic Mu to nie dało. Nie wywiązał się z postawionych przeze mnie warunków i szybko cała ekipa wyleciała z hukiem.

Piotr też nawalał. Wszystko było w powijakach. Maj pukał do drzwi, i powoli na budynek powinny wchodzić następne ekipy od wykładzin, drzwi, armatury i tysiąca innych spraw.

Nie będę się rozpisywał o wszystkich niuansach, bo pisałbym o tym przez tydzień, ale naprawdę było źle. W lipcu mieliśmy przyjąć pierwsze grupy gości, a tempo prac nie dawało na to nawet nadziei. Zatrudnialiśmy kolejne ekipy, wszystkich których tylko udało się zwerbować. W pewnym momencie na budynku było tyle osób, że ciężko było to wszystko kontrolować. Zyeahbane ścianki, zyeahbane tynki, zyeahbane wylewki itd, itp...

W czasie choroby Taty musieliśmy pomóc rodzicom w jakiś sposób zapanować nad tym poligonem. Ja nie mogłem tutaj być. Musiałem zajmować się produkcją w firmie. Razem z Jolą doszliśmy do wniosku, że to Ona będzie tydzień w Przesiece, tydzień w Radomiu. I tak sobie jeździliśmy.. Cały tydzień pracowałem w firmie, w piątek po pracy jechałem do Przesieki. W niedzielę w nocy powrót do domu z Jolą i następny tydzień w pracy aż do piątku...

Remont po zatrudnieniu nowych wykonawców nabrał rozpędu. I choć wiele spraw nam się nie podobało (jakość wykończenia), to pojawiło się światełko w tunelu. Pojawiła się szansa, że zdążymy na czas.
Niestety powoli zaczęło brakować pieniędzy z kredytu...(pisałem o tym na początku - bank inwestował projekt tylko w cenach netto, i brakowało nam ponad pół miliona zł.). Nie zatrzymaliśmy się z remontem, ale brakującą kasę musieliśmy wyłożyć z firmy w Radomiu.

Nie było to łatwe, bo znów zadyszki w płatnościach dostał jeden z naszych odbiorców. Firma AGM. Do Niemiec wyjeżdżała ciężarówka za ciężarówką, a dług rósł. Pomimo tego, że to On dostarczał nam materiały do produkcji, to i tak pod koniec czerwca „wisiał” nam już ponad 300tys. zł.

Uruchomiliśmy kolejne kredyty. Tym razem wysoko oprocentowane kredyty gotówkowe na osoby prywatne. Jeden na moja żonę Jolę, drugi na Mamę. Chwilowo załataliśmy dziury...
Chwilowo...

Zakończyła się kontrola z urzędu skarbowego. „Znaleźli” jakieś nieprawidłowości, i zablokowali nam konta. Skarbowy zakwestionował nasze dochody. Uważali, że ukryliśmy część dochodów, bo nasze wydatki (inwestycje) nie mają pokrycia. Wyliczyli sobie, że musimy oddać do urzędu skarbowego ponad 250.000zł. Wyczyścili wszystkie konta, i przez następne kilka tygodni zabierali wszystko to, co na nich się pojawiło...

Spoiler

Urząd skarbowy nie miał racji. Po wielu odwołaniach, które złożyliśmy na przestrzeni lat, w końcu w ubiegłym roku 2014 oddali nam całą kwotę wraz z odsetkami za te wszystkie lata

Znowu byliśmy Uyeahbani...

Przekładaliśmy wszystkie możliwe terminy, negocjowaliśmy z wykonawcami odroczenie płatności, część pieniędzy pożyczyłem od znajomych. Skasowaliśmy nawet polisy na życie...

Nie wiem jak nam się to udało, ale na początku lipca 2008r. pensjonat „prawie” był gotowy na przyjęcie gości. Co prawda Sanepid nie odebrał obiektu za pierwszym podejściem (wciąż była masa śmieci, łóżka na stołówce, szafy na korytarzach), ale wiedzieliśmy, że w ciągu kilku dni zrobimy porządek. Jak przyjadą za tydzień, to podpiszą papiery :)

Niestety na początku lipca pogorszył się stan mojego Taty. Nic już nie mówił, leżał nieruchomo całe dni z oczami „wbitymi” w sufit. Lekarz podczas jednej z kolejnych wizyt zdecydował, że muszą Go zabrać do szpitala na jakiś zabieg. Trafił do Wałbrzycha.

Wstawili Mu do czaszki jakiś „sączek” który odprowadzał nadmiar płynu rdzeniowo-mózgowego. Ciśnienie śród czaszkowe spadło, i Tata z dnia na dzień wracał do formy. Do właściwej formy !! Rozmawialiśmy o remoncie, o zbliżających się narodzinach następnego wnuka, nawet o wyścigach Formuły 1. Tata wracał do zdrowia !! Znowu był sobą !!

Chociaż pensjonat był „prawie” gotów, to wciąż na budynku trwały jeszcze ostatnie prace. Ekipy oddawały ostatnie pokoje. Wykładziny, armatura, meble... Jola była w Przesiece nadzorując końcówkę prac, a ja w Radomiu szykowałem kolejną wysyłkę do ATU...

Zadzwonił telefon. Dzwoniła Jola. Miała zapłakany głos...

W nocy zmarł mój Tata.

Kilka dni wcześniej rozmawiałem z Nim jak za dawnych lat, żartował, wypytywał o wszystkich, był zupełnie świadomy. Lekarze mieli Go na dniach wypisać ze szpitala... a teraz Jola dzwoni i mówi mi, że już Go nie ma... Nie mogłem się z tym pogodzić...

Nie doczekał narodzin wnuczki, nie zobaczył budynku po zmianach...

Ciąg dalszy nastąpi...

Na koniec wrzucę "troszkę" zdjęć z remontu ... have funn

Spoiler


Odpowiedz
Cytat
Stellified
Dołączył: 23.02.2013
PokerStrategist

W przypływie nadziei ostatni raz odświeżyłem stronę i jest, jest kolejny wpis!

Porwałeś się na ten pensjonat, nie ma co, nawał roboty.

A co do szpitala w Jeleniej - tam tylko umierać, nic więcej. Wszyscy, jak tylko mogą, trzymają się zdala. Raz tam leżałem, z pogruchotanym kolanem (pokazywałem kolegom, jak się robi przewrotkę, z tym, że na asfalcie :f_cool: ). Przywiązali mnie do takich sanek, noga do góry, okłady, nie ruszać się. Wpada pielęgniarka z tzw. obiadem, i mówi:
- Idź sobie po sztućce.
- ...

Robili mi tam też punkcję bez znieczulenia, bo 'młody, to nie będzie boleć', a na koniec źle zdiagnozowali i nieomal zrobili mi bubę do końca życia.

Przykra sprawa z Twoim ojcem.


Odpowiedz
Cytat
elektrofu
Dołączył: 15.09.2014
Poker Player

Aż ciarki przechodzą jak się to czyta. Po pierwsze przez to co musiałeś przeżywać przez te wszystkie lata i jak musiałeś się uodpornić na stres i celowe złe działanie drugiego "na początku przyjaznego" człowieka a po drugie jak ten remont wyglądał. Sam robiłem pewne rzeczy w budowlance i powiem Ci ( co pewnie już doskonale wiesz :) ), że nie można podchodzić do tematu w stylu "jedno piwko szefie" tylko "nie powtarzaj tego więcej, tu się nie pije w pracy-wróć trzeźwy za dziś nie masz dniówki" albo od razu wywalać na zbity pysk.
Jak ktoś już wspomniał wcześniej- jesteś inspiracją dla ludzi, którzy mają problem z mindsetem.
Pozdrawiam i niezwykle szanuję Twoją postawę. Moim zdaniem wnosisz dużo więcej do tego forum niż Ci się wydaje.


Odpowiedz
Cytat
txell2012
Dołączył: 12.06.2012
PokerStrategist

.


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Napisane przez Stellified
Porwałeś się na ten pensjonat, nie ma co, nawał roboty.

A jakie mieliśmy wyjście ?

Napisane przez Stellified
A co do szpitala w Jeleniej - tam tylko umierać, nic więcej.

Szpital w Jeleniej to jedno wielkie nieporozumienie. Jest dokładnie tak jak piszesz. Wspólczuję punkcji....
Ale szpitale w Radomiu są podobnego kalibru....
Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma...

Napisane przez elektrofu
Pozdrawiam i niezwykle szanuję Twoją postawę. Moim zdaniem wnosisz dużo więcej do tego forum niż Ci się wydaje.

Wielkie dzięki :f_drink:
W takim razie lecimy z kolejną częścią ...
_______

… Nie było oficjalnego otwarcia pensjonatu po zakończonym remoncie, nie było nawet lampki szampana. Zamiast tego mieliśmy przygotowania do pogrzebu …

Mama była w rozsypce. Nie była w stanie zajmować się ośrodkiem przez wiele kolejnych miesięcy. Pod koniec lipca do pomocy w prowadzeniu pensjonatu zatrudniliśmy małżeństwo z Warszawy. Zdzisław i Ania. Trafili do nas do pracy z polecenia Roberta (speca od dotacji). Zdzisław był do tej pory wykładowcą na Wojskowej Akademii Technicznej (WAT). Robert znał Ich wiele lat i twierdził, że doskonale się do tego nadają. Mieli przygotować obiekt pod obiecane przez Roberta szkolenia, wraz ze wszystkimi atrakcjami dostarczanymi przez firmy zewnętrzne, takimi jak paintball, wspinaczki po skałkach, park linowy, kłady itd.

W Firmie „Matce” też przeżywaliśmy ciężki okres. Po śmierci Taty nie miałem głowy do pracy przez kilka tygodni i zaniedbałem pewne sprawy. Na szczęście miałem przy sobie Sławka, Jolę i Brata, i było mi o wiele łatwiej niż Mamie w Przesiece.

Mówią, że czas leczy rany… niektóre zdarzenia również. Mojemu Bratu Jackowi urodziła się długo wyczekiwana, zdrowa i śliczna córeczka Zuzia. Mama po raz kolejny została szczęśliwą Babcią, ja po raz pierwszy zostałem wujkiem. Mama przyjechała na weekend z Przesieki i wszyscy razem siedliśmy do stołu, żeby uczcić narodziny nowego członka rodziny. Piliśmy zdrowie Zuzi i świeżo upieczonych rodziców, rozmawialiśmy, planowaliśmy. I choć bardzo brakowało nam Taty, to były to jedne z najmilszych chwil w całym 2008r.

Powoli próbowaliśmy wrócić na „normalne tory”.

Niestety ja wciąż nie miałem głowy i ochoty pracować jak dawniej. Ostatnie kilkanaście miesięcy wykończyło mnie psychicznie i fizycznie. Mnie i Jolę. Budząc się rano dosłownie rzygałem na samą myśli o pracy. Wlokły się za nami przeterminowane płatności, raty bankowe, spóźnialiśmy się z pensjami wypłacając je czasami na raty. Urywały się telefony od dostawców – kiedy wreszcie uregulujemy zobowiązania. Wszystko to na tyle zaprzątało mi głowę, że nie mogłem skupić się na produkcji. Zanim pozbierałem się do kupy, zawaliłem parę spraw i straciliśmy kilku klientów. W tym AutoKasię.

Musiałem wreszcie oprzytomnieć. Byłem odpowiedzialny za cały zakład i ludzi w nim zatrudnionych. Jeśli nic nie zmienię, to stracimy kolejnych klientów. Nie będzie klientów, to nie będzie pracy i kasy na spłatę zobowiązań. Nie będzie pracy, to nie będzie wypłat dla pracowników…

Zacząłem od tego, że dwóch chłopców nauczyłem obsługi Cuttera. Moje obowiązki na krojowni ograniczyłem do kompleksowego rozpisania Panom pracy na każdy kolejny dzień. Jaki materiał, jaka ilość lag, w jakiej kolejności. Na początku pisałem również z jakich parametrów w cutterze mają korzystać do poszczególnych tkanin. Z czasem i tego się nauczyli, i po kilku tygodniach stali się świetnym duetem. Pracowali wydajniej niż ja na początku.

Wciąż pozostawało mi robienie szablonów na sklep, które zabierało po 5/6godz. dziennie. Od początku pomagał mi w ich tworzeniu jeden z chłopców. Przycinał odrysowany materiał, przenosił wykrój na karton itd., itp. Powoli i Jego zacząłem uczyć robienia szablonów kompleksowo. Od najprostszych elementów takich jak zagłówki, proste fotele, aż po całe dość skomplikowane auta. Nie robił tego w 100% tak jak ja bym to widział i wciąż w wielu przypadkach potrzebował mojej pomocy, ale ja coraz mniej musiałem się tym zajmować. Z czasem przestałem całkowicie.

Miałem wreszcie czas, żeby zająć się całym tym logistycznym bajzlem, który powstał po remoncie. Największym problemem były finanse. W Przesiekę wpompowaliśmy wszystkie „luźne” środki i dużo, dużo więcej. Ale cóż mieliśmy wtedy zrobić ? Remont musiał być zakończony. W innym przypadku nie moglibyśmy przyjmować gości i obiekt generowałby gigantyczne straty…

Pilnie potrzebowaliśmy furmanki „siana”.

Na pierwszy ogień wystawiłem na sprzedaż dwie działki, które rodzice kupili wiele, wiele lat temu dla mnie i dla mojego brata. Były to dwie dwuhektarowe działki każda. Kiedy je kupowali w latach osiemdziesiątych, znajdowały się na kompletnym zadupiu i kupili je za śmieszne pieniądze. Teraz leżały już na obrzeżach szybko rosnącego miasta i zaczęły przedstawiać realną wartość. Piękny, częściowo zalesiony teren, na którym kiedyś miały powstać nasze domy. Niestety … domy nie powstaną w tym miejscu.

Skasowaliśmy następne polisy. Tym razem moich dzieci.. Nie chciałem tego robić, i broniłem się przed tym jak mogłem, ale nie było wyjścia. Następnie czekała nas masa spotkań z dostawcami. Kolejno odwiedziliśmy wszystkich tłumacząc całą sytuację. Było nam trochę łatwiej, niż po wpadce z GTI, bo wtedy wywiązaliśmy się ze wszystkich ustaleń i terminów. Właściciel laminarni z pod Radomia wziął od nas w rozliczeniu jedną z działek wystawionych na sprzedaż. Grunty poszły za bezcen, ale przynajmniej Jego mieliśmy z głowy i spokojnie mogliśmy laminować tkaniny.

Powolutku zaczęliśmy dostrzegać światełko w tunelu. Bardzo liczyliśmy na kasę z pensjonatu. Bardzo liczyliśmy na to, że Robert i Jego znajomi wypełnią obiekt gośćmi organizując szkolenia.

Tak bardzo jak na to liczyliśmy, tak bardzo się rozczarowaliśmy… Z obiecanych szkoleń zostały jedynie obiecanki. Robert zorganizował tylko jedno weekendowe spotkanie dla kilkudziesięciu osób pod koniec sierpnia. Tłumaczył, że obiekt nie jest jeszcze w pełni logistycznie przygotowany i Zdzichu (zatrudniony po śmierci Taty) musi dopiąć jeszcze wiele spraw.

Jakich qwa spraw? Wszystko jest gotowe! Wspólnie planowaliśmy ten remont, i wspólnie jesteśmy odpowiedzialni za jego funkcjonowanie !! Pewnie, że jeszcze można by poprawić to i tamto, ale jak nie będzie gości, to jak mamy to zrobić ? Za co mamy to zrobić ?? Co miesiąc do spłaty są ogromne raty kredytu, nie wspominając o dziesiątkach tysięcy zł. innych stałych kosztów, które ponosimy nawet jak obiekt jest pusty…

Zdaliśmy sobie sprawę, że Robert i Jego znajomi nie organizują szkoleń, tylko są wykładowcami na szkoleniach organizowanych przez firmy. Liczył na to, że uda Mu się namówić kilka z takich firm na korzystanie z naszych usług i skasuje na tym odpowiednią prowizję…

Niestety, przeliczył się… Firmy takie bardzo niechętnie zmieniają sprawdzonych usługodawców z którymi współpracują od lat. Potrzeba wiele czasu i zabiegów, żeby pozyskać takich klientów. Pozyskaliśmy kilku po remoncie na przestrzeni lat, ale ani jednego za Jego sprawą…

Gości musieliśmy sobie zorganizować sami. Mama po śmierci Ojczulka długo nie nadawała się do pracy, ale w końcu właśnie po to zatrudniliśmy Zdzicha. Niestety Zdzichu w roli menadżera kompletnie się nie sprawdził. Wymieniał spalone żarówki, poprawiał zniekształcone uszczelki, dokręcał wystające wkręty… Ale nam nie o to chodziło!! Od tego miał ludzi w budynku! On miał się zajmować pozyskiwaniem klientów!!!

Miał dzwonić z ofertą do biur podróży, szkół, organizacji sportowych i dziesiątek temu podobnych… Po kolejnej rozmowie z Mamą na temat Zdzicha (dzwoniła do mnie żaląc się na Niego) zażądałem od Niego codziennych raportów z Jego pracy.

Pierwszy przyszedł rano po dwóch dniach. Jak go przeczytałem, to parsknąłem kawą zalewając połowę papierów leżących na biurku…. Raport przyszedł w punktach…

Spoiler

1. Wstałem o 6:40
2. Zszedłem do biura i wypiłem kawę
3. Na recepcji sprawdziłem nowe rezerwacje.
4. Wymieniłem prowadnice w uszkodzonych drzwiach prysznicowych
5. O 14:30 zjedliśmy obiad...
6. Po obiedzie byliśmy na zakupach w hurtowni
7. Rozpakowaliśmy zakupy na kuchni ... [ lol ]
8. O 18:30 zjedliśmy kolację
9. Po kolacji sprawdziliśmy z Anią jak pokojowe posprzątały pokoje oddane przez gości.
10. Po dwudziestej usiedliśmy pooglądać telewizję .. [ lol !! ]
11. Około dwudziestej trzeciej poszliśmy spać ..

Chciałem raport, to dostałem raport....

Qwa ... co mnie obchodzi że wypił kawę i co mnie obchodzi o której jadł obiad albo kolację?!...Co mnie obchodzi że wieczorem oglądał telewizję i o której poszedł spać ??! Nas interesują tylko przeprowadzone rozmowy i podpisane umowy skutkujące przyjazdem gości do pensjonatu !!!Zadzwoniłem żeby z Nim porozmawiać.

- Zdzichu, z iloma biurami turystycznymi wczoraj rozmawiałeś ?
- Wczoraj nie rozmawiałem z żadnym, wymienialiśmy z chłopakami prowadnicę w prysznicu ( ??!! )
- A przedwczoraj ?
- Przedwczoraj wysłałem mail do jednego biura w Łodzi i czekam na odpowiedź...

Przedwczoraj wysłał 1 [ słownie jeden ] mail i czeka na odpowiedź.... noż qwa ... Skąd Robert wytrzasnął tego człowieka ? On nie ma zielonego pojęcia o tym jak to wszystko funkcjonuje...

Do dzisiaj żeby pozyskać nowego klienta, pracownicy z recepcji wysyłają dziesiątki maili tygodniowo, po czym sami po kilku dniach dzwonią w każde w tych miejsc, pytając czy oferta się podobała, a jeśli nie, to czy mogą za kilka tygodni wysłać następną... A On wysłał jeden mail dwa dni temu i czeka na odpowiedź... no ja pierdolę....

- Zdzichu ! Takich maili trzeba wysyłać dziesiątki i samemu dzwonić do klientów ! Zostaw te wszystkie drobne naprawy konserwatorom, bo jak dalej będziecie to robić razem, to niedługo nie będzie dla kogo !! Nie po to dostajesz taką pensję, żebyś wkręcał wystające wkręty, tylko po to, żebyś zadbał o gości !! Rozmawialiśmy już na ten temat i nie chciałbym, żeby ta rozmowa musiała się powtórzyć !

Gdyby nie nasi stali goście, którzy znali ośrodek i przyjeżdżali do nas od lat (swoją drogą- byli w dużym szoku jak widzieli obiekt po zmianach ), to pensjonat nie zarabiałby nawet na stałe koszty. Nowo wyremontowany budynek świecił pustkami. Menadżer który miał sobie z tym wszystkim „doskonale poradzić” nie potrafił zapewnić choćby 30% obłożenia....

Zdzichu obiecał mi, że to się zmieni. Mama mówiła, że po naszej rozmowie jakby zaczął więcej czasu spędzać przed komputerem i częściej dzwonił. Choć przez następne miesiące nie mogliśmy liczyć na żadną kasę z pensjonatu, to postanowiliśmy dać Mu jeszcze szanse.

A z tą nieszczęsną yeahbaną kasą było naprawdę krucho...

AGM (firma przez którą przechodził towar do Niemiec) wisiało nam już nie 300.000zł, a ponad pół miliona. Nie dość że mieliśmy tyle własnych problemów, to jeszcze ten skurczysyn nie płacił. Facet z którym znaliśmy się od wielu lat i który sam nazywał siebie moim dobrym znajomym. Zadzwoniłem do Włoch, i powiedziałem Carlo, że tak dalej być nie może. Wywiązujemy się ze wszystkich dostaw, a dług rośnie z każdą następną ciężarówką. Carlo powiedział, że wszystkie należności względem AGM są regulowane na bieżąco i nic nie wie o problemach.

Przylecieli do Polski. Przedstawiliśmy Im dokładnie jak wygląda sytuacja, i że nie możemy dłużej dostarczać towaru, jeśli AGM nie ureguluje zaległości. Carlo powiedział, że nie możemy wstrzymać dostaw, bo Niemcy wywalą nas jako dostawcę, i nigdy więcej nie uda się tam wrócić. Powiedzieli, że musimy wytrzymać do końca roku (zostały dwa miesiące), a On zrobi w tym czasie wszystko, żebyśmy mogli od stycznia dostarczać towar bezpośrednio. Tak też się stało.

Było naprawdę ciężko. Pod koniec roku AGM przestał nawet dostarczać materiały do produkcji dla Niemców. Do tej pory dług rósł tylko o różnicę w wartości między wszystkimi składowymi pokrowca a wyrobem gotowym. W Grudniu na ostatnia dostawę materiały musieliśmy sobie kupić sami.

Po tej ostatniej dostawie która przeszła przez AGM dług przekroczył 650.000zł. Do dzisiaj z tej kwoty nie odzyskaliśmy nawet złotówki....

W grudniu szukając jakiejś odskoczni od tego całego „real life” odpaliłem po raz pierwszy PokerStars. Wieczorkami siadałem przy kompie z lampką brandy, czy z innym rozweselaczem i zapominałem na kilka godzin o bieżących problemach.

Zakończył się znienawidzony przeze mnie rok 2008. Pełni nadziei wyczekiwaliśmy co przyniesie nowy 2009r.

W styczniu, tak jak planowaliśmy z Włochami, sami bezpośrednio zaczęliśmy dostarczać towar do ATU. Handlujemy z Nimi do dzisiaj, czyli ponad 6 lat. Gdybyśmy wtedy nie wywiązali się z ostatnich dostaw, i stracili tego klienta, nie wiem w jakim miejscu znajdowałaby się dzisiaj nasza firma.

W połowie 2009r. Zwolniliśmy z pracy w przesiece Zdzicha i Anię. Podczas jednej z naszych wizyt w pensjonacie, przejrzałem korespondencję i historie w komputerze biurowym z którego korzystał Zdzichu. Za ostatnie pół roku znalazłem tylko kilka maili z korespondencją z biurami podróży, a w historii przeglądarki dosłownie kilkunastu odwiedzonych potencjalnych klientów. Cała reszta, to była korespondencja (nie czytałem) z Jego byłym miejscem pracy (Wojskowa Akademia Techniczna) i wyszukiwanie zimą okolicznych stoków narciarskich które z lubością odwiedzali. Ich praca nie przynosiła żadnych wymiernych efektów, tylko generowała koszty.

Z pracy musiałem również zwolnić mojego „kumpla” ze sklepu w Radomiu. W czasie kiedy Jacka nie było na miejscu kilka razy zginęły pieniądze . Tylko On poza Jackiem miał do nich dostęp i nijak nie potrafił się z tego wytłumaczyć. Z kasą ginęły również zamówienia na pokrowce za które brakowało pieniędzy. Niestety dla Niego wszystkie kopie zamówień (specjalny arkusz z modelem i rocznikiem auta, wybranym materiałem, ceną i kontaktem do klienta) mieliśmy w firmie... Nie wiem co ludzie sobie myślą.... że niby co ?, że jak sprzedajemy kilkadziesiąt kompletów miesięcznie, to nikt tego nie sprawdzi i nie odkryje braku 3/4 kompletów ? Jak tak myśli, to nie zna mojej żony, która potrafi przewalać papiery przez kilka godzin, bo nie zgadza się Jej 5zł w kasie....

Na jego miejsce zatrudniliśmy dziewczynę, która miała zająć się sprzedażą i obsługa klientów i dwóch chłopców do montażu pokrowców. Jacek zajął się robieniem szablonów w firmie razem z chłopakiem którego przyuczyłem. Codziennie dowoził też do sklepu gotowe pokrowce, a ze sklepu zabierał fotele na nowe formy. Chwilowo wybiliśmy sobie z głowy otwieranie większej ilości sklepów...

Reszta 2009r, cały 2010 i 2011 upłynęły na rutynie i odrabianiu strat. Pensjonat wciąż nie był „samowystarczalny” i ciągle musieliśmy do niego dokładać. A to na ratę, a to na pensje, a to na drobne remonty. Nie było to łatwe, bo wciąż wlekła się za nami wielka dziura finansowa powstała w 2008r. Na szczęście produkcja była dość stabilna i liczyliśmy na to, że najpóźniej w ciągu dwóch lat wyjdziemy z tego całego dołka. Wreszcie wyjdziemy na prostą.

Pewnie nikt by w to nie uwierzył, ale przez te wszystkie lata od kiedy kupiliśmy tego pieprzonego Titanica (tak nazywają pensjonat miejscowi) , byliśmy tylko raz z dziećmi przez tydzień w Chorwacji. I to po znajomości, bo taniej... Ktoś by pomyślał... Co za pierdolone sknery.. z firmy wyjeżdża ciężarówka za ciężarówką, w dodatku mają pensjonat w górach, a nawet na wakacje nie wyjadą, tylko ciągle do matki w góry...

Prawda niestety była taka, że wszystkie pieniądze szły na ośrodek, kredyty, i yeahbanych złodziei, którzy w ciągu tych wszystkich lat działalności okradli nas na przeszło milion zł... Moja żona do dzisiaj jeździ 12-to letnim Volkswagenem Polo....

Ale mam tą satysfakcje, że my zawsze rozliczaliśmy się ze wszystkimi dostawcami do ostatniego grosza. Nigdy nikomu nie ukradłem nawet złotówki. I choć czasami wymagało to czasu, to zawsze spłacałem wszystkie nasze długi !

Kwiecień 2012r.

Ostatnie dwa lata minęły dość stabilnie. Część klientów odeszła, przyszli nowi. Produkcja poza sezonowymi spadkami/wzrostami unormowała się na pewnym poziomie który tylko chcieliśmy utrzymać. Nie chciałem już rozbudowywać zakładu jak kiedyś. Nie myślałem już o tym, żeby zostać największym producentem w Europie. Przez długi okres byliśmy najwięksi w branży w Polsce i to mi wystarczało... Wielkimi krokami zbliżały się moje 40-te urodziny, i jedyne czego potrzebowałem to stabilizacja.

Stabilizacjo... ile cię trzeba cenić ten tylko się dowie, kto cię stracił.....

Na przestrzeni ostatnich lat A.T.U. stało się naszym głównym kontrahentem. Odbierali ponad 60% miesięcznej produkcji. Współpraca z nimi to była bajka i marzenie każdego producenta. Zamówienia dostawaliśmy od Nich z 7-mio miesięcznym wyprzedzeniem! Na początku grudnia przychodziły zamówienia na całe pierwsze półrocze następnego roku, na początku czerwca na kolejne sześć miesięcy. Wszystko mogliśmy sobie zaplanować na kilka miesięcy wprzód.

W kwietniu 2012r. Po zimowym spadku sprzedaży, mieliśmy dla Nich przygotowany towar na wysyłki do połowy maja. Łącznie trzy ciężarówki towaru. Wszystko oczywiście planowane było na dostawy według grafiku zamówień. Zimą i wczesną wiosną zawsze mamy spadek obrotów, więc poświęciliśmy ten czas na produkcję dla A.T.U. Chcieliśmy być przygotowani do wiosennego szczytu.

W połowie kwietnia zadzwonił telefon. Dzwonili Włosi. A.T.U. kazało Im zatrzymać całą produkcję i wszystkie dostawy....

- Jak to zatrzymać dostawy ?? W magazynach mamy przygotowany towar na trzy kolejne wysyłki !
- Piotr, nic jeszcze konkretnie nie wiemy, ale Oni powiedzieli stop !
- To niemożliwe ! Cała produkcja leci według grafiku. W przyszłym tygodniu wysyłamy następne auto !...
- Nie możemy wysłać następnego auta. Jak dowiemy się więcej to zadzwonimy do Ciebie...

Zadzwonili po kilku dniach. A.T.U. zostało sprzedane jakiemuś koncernowi ze Stanów Zjednoczonych. Nowy właściciel nakazał kupcom, menadżerom i innym osobom odpowiedzialnym za kondycję finansową firmy ograniczenie stocków do minimum. Kazali Im wyprzedać 90% towarów zalegających na magazynach, zanim zamówią kolejne. Chcieli podnieść wartość firmy na giełdzie....

„No i więc” (cytat z taksówkarza) ... Stabilizację chuj strzelił...

Jeszcze nie zdążyliśmy się wygrzebać z tego całego bagna w którym siedzimy od trzech lat, a już wpakowali nas w kolejne....

Wieczorem żeby odreagować nalałem sobie kieliszek czerwonego wytrawnego wina i siadłem do pokera. Potem nalałem drugi, trzeci....

Czułem się fatalnie. Bolał mnie brzuch, ciężko mi było złapać oddech. Powiedziałem do Joli, że kładę się spać... Spać ? O tej godzinie ? Wszystko w porządku ?
Nie było w porządku. Nie mogłem zasnąć i czułem się coraz gorzej. Przed pierwszą w nocy czułem się tak źle, że miałem wrażenie, że za chwilę stracę przytomność. Powiedziałem o tym Joli. Sprawdziła mi ciśnienie. Miałem 90/50.

W środku nocy wpakowała mnie w samochód i zawiozła do szpitala. Oczywiście w szpitalu w jakim stanie byś nie był obowiązują procedury, papiery.... prosimy poczekać tu na ławce...

Chyba poczułem się troszkę lepiej, bo zaczepiłem przechodzącą Panią doktor żartując „ Jak nie zrobicie mi tego EKG w ciągu kliku minut, to będzie Pani potrzebowała pomocy, żeby mnie tam wnieść”....

EKG wykazało drobne powikłania sercowe, ale nic poważnego. Położyli mnie na intensywnej terapii i obserwowali całą noc. Nic nie „znaleźli” Wszystko minęło i z rana czułem się znowu dobrze. Chcieli zostawić mnie na obserwacji kolejną dobę, ale ja poprosiłem grzecznie o wypis na żądanie. Wróciłem do domu.

Po wielu rozmowach z Włochami (Oni rozmawiali z A.T.U.) ustaliliśmy grafik dostaw na towar który zalegał w magazynie. Grafik zaczynał się od lipca.....

Który to już raz, my jako firma, wywiązując się ze wszystkich naszych zobowiązań, w nagrodę dostajemy utratę płynności finansowej... ileż qwa można !!

Choć współpracujemy z A.T.U. do dzisiaj, to już nigdy po kwietniu 2012r. Nie dostaliśmy zamówień z 6-cio miesięcznym wyprzedzeniem. To nieistotne. Istotne, że zamówienia przychodzą do dziś.

W czerwcu 2012r. Znowu zaczęły się przepychanki z dostawcami i z bankiem. Nic dziwnego. W magazynie zalegał towar dla A.T.U. o wartości przekraczającej pół miliona zł...

Sierpień.

Braki w finansach doskwierały wszystkim. Ograniczyliśmy nasze prywatne wydatki do minimum. Nie tylko nasze, również Sławkowi i Jackowi „obcięliśmy” miesięczne wydatki ...

Pod koniec sierpnia, z rana do pracy przyjechał mój brat Jacek. Wszedł do biura i zaczął rozmowę od tego, że potrzebuje pieniędzy na drzewo do kominka na okres zimowy. Odpowiedziałem krótko, że jest dopiero sierpień, i ma na to jeszcze czas. Tłumaczył, że musi się tym zająć wcześniej, że cena, że coś tam... -”Jacek, wiesz doskonale jakie mamy problemy z kasą .. wstrzymaj się kilka tygodni”..

Wymiana zdań, kolejna wymiana zdań ...Jacek nie chciał słuchać moich argumentów, ja nie mogłem zrozumieć Jego uporu. Pokłóciliśmy się, i to porządnie. Trzepnął drzwiami i poszedł na górę do swoich obowiązków...

W czasie zmiany moi chłopy wycięli elementy które trzeba było zawieźć do haftowania. Sławka już nie było w firmie i Jacek musiał zawieźć hafty do Radomia.
Godzina szesnasta Jacka nie ma, siedemnasta Jacka nie ma. Wyszedłem na zewnątrz, a Jego samochód wciąż stoi na parkingu. Zacząłem krzyczeć żeby zszedł na dół. Bez reakcji. Zadzwoniłem na jego telefon ... telefon nie odbiera.. raz, drugi, trzeci...

Poszedłem wreszcie na górę do laboratorium w którym przygotowywał szablony na sklep....

Znalazłem Go nieprzytomnego leżącego na podłodze.... Próbowałem Go ocucić uderzając Go w policzek, ale nie dawało to żadnego efektu. Zadzwoniłem na pogotowie... pomyliłem numer, jeszcze raz, .. to samo... zadzwoniłem do Joli, żeby sprowadziła pomoc....

Trzymałem Go w ramionach błagając Boga, żeby nic Mu się nie stało. Przyjechała Jola, przyjechała karetka pogotowia. Zabrali Go do szpitala. Za karetką do szpitala pojechała Jola.

Po kilku godzinach Jola zadzwoniła. Jacek miał rozległy wylew do mózgu. Na tyle rozległy, że lekarze nawet nie chcieli Go operować... Byłem bezsilny. Siadłem i zacząłem płakać... Nie mogłem się z tym pogodzić. Mój młodszy brat leży tam, a Oni nawet nie chcą podjąć próby, żeby Go ratować....

Jak ja zadzwonię do Mamy .... jak ja mam Jej to powiedzieć ? Ale przecież nie mogę czekać ... Nie wiadomo nawet co przyniesie jutro... Zadzwoniłem. Nie będę opisywał jak przebiegała ta rozmowa, myślę, że każdy może to sobie wyobrazić...

Jacek zmarł kilka dni później. Lekarze stwierdzili śmierć pnia mózgu, i odłączyli Go od aparatury podtrzymującej funkcje życiowe.

Mama straciła jednego ze swoich synów, ja straciłem jedynego brata....


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Pisałem już wielokrotnie, że od dzieciństwa borykam się z nadwagą. Taki typ. Co bym nie robił zawsze miałem brzuszek. No może poza dwoma przypadkami, gdy udało mi się sporo zrzucić. Raz jak pracowałem w Japońskiej restauracji, drugi raz po złamaniu kręgosłupa.

No tak, nie dwa razy, a trzy razy. W ubiegłym roku zrzuciłem 23kg. W ciągu 8-miu miesięcy. Kto mnie nie widział przez dłuższy czas, to nie mógł uwierzyć.

Jak tego dokonałem ?

Dieta LCHF ( Low Carb High Fat ) i spacerki. Właściwie to nie spacery tylko marsze. Zacząłem wczesną wiosną od 30-sto minutowych, podczas których robiłem ze 2,5km. A skończyłem na jesieni pokonując dystans 14-16km w tempie przekraczającym 6km/h.

Niestety zimowe ekscesy (święta, sylwester, imprezy, wódka) i brak ruchu spowodowały, że 8kg. wróciło do właściciela...
W ubiegłym tygodniu znowu rozpocząłem marsze. Pierwszy 5km zrobiłem w ciągu godz. Przez kilka dni bolały mnie mięśnie nóg i drugi był dopiero wczoraj. 7km. W ciągu 1godz. 20 minut. Plan jest taki, żeby robić to regularnie 3 razy w tygodniu, i znowu dobić do 15km. W 2godz. 20min. co da mi średnia lekko ponad 6km/h.

W Przesiece postawiliśmy w ubiegłym tygodniu plac zabaw dla dzieci. To jest nienormalne ile kosztują takie „zabawki” do użyteczności publicznej. Zestaw poniżej kosztował ponad 15.000zł. Taki sam bez atestu kosztuje 5.000zł... No ale my potrzebujemy z atestem... Razem z robotami ziemnymi „zabawki” dla dzieci kosztowały nas ponad 25.000zł....

Spoiler

Internet. Zayeahbista sprawa. Informacje, poker, porno :D
Niestety internet to też wszechobecne piractwo. Ludzie kradną co im tylko w ręce wpadnie nie pytając o zdanie właścicieli. Jeden z użytkowników forum (dzięki !) podesłał mi link, gdzie użyli jednego z moich szkiców nawet nie informując mnie o tym.

Zapytałem „grzecznie” jak weszli w posiadanie tej grafiki, bo ja jestem jej autorem i nikt na ten temat ze mną nie rozmawiał. Zamiast przeprosić i zapytać (chętnie bym się zgodził), to podmienili zdjęcia, a na twitterze usunęli cały temat... dziecinada...

Spoiler

Pozdrawiam.

PS. Włod, doszły moje wiadomości ?


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Marsze.

Przyśpieszyłem i zwiększyłem dystans.
We wtorek zrobiłem 7,5km w 1godz. i 15min. a dzisiaj już 9,3km. w 1,5godziny. Tempo już jest w miarę fajne, teraz tylko muszę dokładać kilometrów.
Wiem, że to śmieszne dla osób takich jak Stellified, które potrafią biegać 2 x po 45 min + dogrywka, ale jak komuś przyrosła dupa do fotela w biurze, to już nie jest takie proste.
Zauważyłem pewną zależność, bez względu na ilość pokonywanych kilometrów....
Psy zawsze szczekają głośniej, kiedy Pan stoi obok :D

Poker.

Przedwczoraj znów zagrałem sesję. Tym razem na minus. P* zemściło się na mnie za kilkutygodniową przerwę od pokera, i pokarało mnie dziwnymi rękami.

Spoiler

http://www.boomplayer.com/poker-hands/Boom/14178293_4D06E3104A

http://www.boomplayer.com/pl/poker-hands/Boom/14178971_65B4719A93

http://www.boomplayer.com/pl/poker-hands/Boom/14178892_36E0C741B7

http://www.boomplayer.com/pl/poker-hands/Boom/14178948_4CA7CF3228

http://www.boomplayer.com/pl/poker-hands/Boom/14179197_30FF472F3E

Po tych akcjach przestałem odpalać stoliki.
Cała sesja zakończyła się jednym marnym 4-tym miejscem w 90-tce KO za 1,5$

Praca.

Wczoraj zadzwonił telefon.

- Pan Piotr ?
- Tak, słucham.
- Czy macie przyjęcia do pracy ?
- A z kim mam przyjemność ? skąd Pani dzwoni ?
- Ja dzwonię tutaj ze wsi, i chciałam spytać czy nie macie przyjęć do pracy.
- W tej chwili nie mamy.
- A mógłby Pan zapisać mój nr. tel. i zadzwonić jakby się coś się zwolniło ?
- Nie mam jak, jestem poza firmą.
- To ja Panu puszczę sygnał z mojej komórki i niech Pan sobie zapisze.....

Nieźle qwa... choćbym nie wiem ile miał tupetu, to w ten sposób nie zapytałbym o pracę...
Ja rozumiem, jeśli ktoś miałby przyjechać kilkanaście kilometrów (choć i tak powinien osobiście), ale jeśli komuś nie chce się ruszyć dupy i przejść kilkaset metrów, to czego można się po Nim (Niej) spodziewać w pracy...

Przed nami długi weekend, więc wreszcie będę miał więcej czasu i coś naskrobię.
Będzie to 13-sta, a zarazem ostatnia część mojej historii...

Pozdrawiam.


Odpowiedz
Cytat
Pietrenko
Dołączył: 26.01.2010
PokerStrategist

Napisane przez incasent
Nieźle qwa... choćbym nie wiem ile miał tupetu, to w ten sposób nie zapytałbym o pracę...
Ja rozumiem, jeśli ktoś miałby przyjechać kilkanaście kilometrów (choć i tak powinien osobiście), ale jeśli komuś nie chce się ruszyć dupy i przejść kilkaset metrów, to czego można się po Nim (Niej) spodziewać w pracy...
Pozdrawiam.

Zjawiłbym się osobiście z buteleczką bimbru ;)


Odpowiedz
Cytat
lalaeth
Dołączył: 25.01.2015
PokerStrategist

Napisane przez incasent

Będzie to 13-sta, a zarazem ostatnia część mojej historii...

Jak to OSTATNIA ???????? :f_cry:


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Napisane przez Pietrenko
Zjawiłbym się osobiście z buteleczką bimbru ;)

Na pewno znaleźlibyśmy wspólny temat do rozmowy, i zostałbyś moim znajomym, ale pracy byś u mnie nie dostał ;)

Napisane przez lalaeth
Jak to OSTATNIA ???????? :f_cry:

Ileż można zanudzać ? Czas skończyć tą "bajkę"

______________________________

Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...

Niewielu rzeczy które zrobiłem w życiu żałuję. Nawet tych z których nie jestem dumny. Jednak do dzisiaj nie mogę sobie wybaczyć, że tamtego dnia pokłóciłem się z Jackiem. Do dzisiaj nie daje mi spokoju pytanie, co by było gdyby...

Nie chciałbym, żeby zakończenie tej historii było pesymistyczne (i nie będzie), ale wtedy nie było nam do śmiechu. Dwa tygodnie po śmierci mojego Brata, zmarł również nagle ojciec Joli, mój Teść. Na cmentarzu leżą pochowani kilka metrów od siebie...

Nie muszę chyba pisać, jak było nam ciężko. Nic nie jest w stanie zrekompensować straty najbliższych osób. Był to dla nas straszny cios. Szczególnie dla mojej Mamy. Rodzice nie powinni chować swoich dzieci...

Przez wiele kolejnych miesięcy praca znowu odeszła na drugi plan. Nie mogłem się pozbierać po śmierci Brata. Bywały dni, że wcale nie schodziłem do pracy. Stałem się zgorzkniałym, stetryczałym człowiekiem. Nic mnie nie cieszyło, nic nie sprawiało mi przyjemności. Wieczorna lampka brandy zamiast poprawiać humor, jeszcze bardziej pogłębiała ten stan.

W Przesiece również wszystko się posypało. Zrezygnowaliśmy z organizacji Świąt Bożego Narodzenia i Sylwestra. Święta chcieliśmy wspólnie spędzić w Radomiu. To akurat nie było wielkim problemem, bo to tylko siedem dni, ale przez ogólny stan psychofizyczny mojej Mamy zaniedbane zostały ferie zimowe. Z trzech 14-sto dniowych turnusów „sprzedaliśmy” tylko tydzień. W jednym z najlepszych okresów w roku jakim są ferie, pensjonat świecił pustkami.

Wcale się Jej nie dziwię. To co przeżyła ta kobieta w ciągu ostatnich kilku lat, niejednego wykluczyłoby z jakiejkolwiek aktywności zawodowej. A Ona wciąż pracowała zajmując się tysiącami spraw związanymi z funkcjonowaniem ośrodka. Sześćdziesięcioletnia kobieta, zamiast spędzać czas z wnukami i czekać na zbliżającą się emeryturę, musiała zadbać o zaopatrzenie kuchni, raty, podatki, rezerwacje i utrzymanie całego tego wielkiego obiektu w stanie pozwalającym na przyjmowanie gości... Naprawdę Ją podziwiam.

Boże Narodzenie 2012r.

Smutne były te święta. Puste talerzyki czekały na naszych bliskich, którzy nigdy już nie mieli zasiąść z nami do stołu. Życzenia składaliśmy sobie ze łzami w oczach. Wigilia u nas w domu jest zawsze bezalkoholowa, i dopiero w pierwszy dzień świąt na stole zagościła butelka.

Alkohol w takim stanie umysłu nie jest dobrym pomysłem. Zakończyło się płaczem i masą wylanego żalu. Ale z drugiej strony było to dość „oczyszczające”. Wszyscy potrzebowaliśmy „wyrzucić” to z siebie.

W ciągu następnych dni przyszła refleksja. Wciąż mamy dla kogo żyć i choć ciężko, to musimy wziąć się w garść. Mama ma wspaniałe wnuki, a ja dwójkę fantastycznych dzieciaków, którym muszę zapewnić jak najlepsza przyszłość. Jestem również ojcem chrzestnym Zuzi, córki mojego zmarłego brata, i czuję się w obowiązku zadbać także o Nią.

Mówią, że czas leczy rany... Pewnie, tylko ileż można lizać te rany...

2013r. Był w firmie jak wykres EKG.

Początek roku bardzo kiepski, za to wczesną wiosną do późnej jesieni pracowaliśmy ponad nasze możliwości. Jedna z polskich firm (bardzo dobrze znamy się z Nimi na stopie koleżeńskiej), z którą współpracowaliśmy od wielu lat, wysłała zapytanie o realizacje dużej promocji w Biedronce. Trochę mnie to zdziwiło, bo od lat do minimum ograniczyli produkcje w Polsce na rzecz importu z Chin. Ogólnie powoli wycofywali się z produkcji, stając się importerem i dystrybutorem. A teraz zamiast kupić towary w Chinach, proszą nas o kilka wzorów wraz z kalkulacja.

Nie interesowały mnie specjalnie intencje przyświecające zainteresowanym. Grunt, że chcieli u nas kupować. W ciągu tygodnia przygotowałem wzory i kalkulacje. Wybrali jeden z nich i bardzo szybko wpłynęło zamówienie na 18.000 kompletów !

18.000. kompletów... prawie osiem ciężarówek towaru, które miały być gotowe w ciągu 2,5 miesiąca. Logistyczny koszmar. Wyobraźcie sobie jak to wszystko zmagazynować, bo cała dostawa trafia do centrali w ciągu 3 dni... Zakupy tkanin, laminacja, tłoczenie materiałów oraz dziesiątki tysięcy haftów, opakowań, etykiet i dodatków. Wpadliśmy w wir pracy. I dzięki Bogu, bo pozwoliło mi to może nie zapomnieć, ale odreagować. Praca, którą rzygałem jeszcze pod koniec 2012r. stała się dla mnie najlepszym lekarstwem.

Zamówienie wpłynęło na początku marca. Pod koniec maja byliśmy gotowi do wysyłek. Wszystko było gotowe na czas.

Po udanej pierwszej akcji, do końca roku zrobiliśmy jeszcze dwie. Ze względu na ilość zwrotów (firma dostarczająca towar zobowiązuje się do odebrania nie sprzedanego towaru), tym razem akcje opiewały na 16.000 kompletów każda. Logistycznie te 2tys kompletów mniej, nie stanowiły żadnej różnicy. Mieliśmy naprawdę solidny zapierdol. Ostatnia promocja trafiła do sklepów pod koniec Listopada. W ciągu niecałego roku sprzedaliśmy do Biedronki 50.000 kompletów pokrowców. Jest to największy deal jaki zrobiono w Polsce w tej branży n przestrzeni wielu lat. Jeszcze nie został pobity ;)

Pewnie wielu z Was natknęło się na te pokrowce podczas zakupów w Biedronce. Były powykładane w metalowych koszach, w których Biedronka wystawia towary „w promocji”. W spojlerze fotki chronologicznie.

Spoiler


„No i więc” ? Duże korporacje, terminy płatności, kolejne w 100% wykonane zlecenia na czas... Czego można się spodziewać ? Kto wie, ręka do góry. Tak dobrze !! Piątka z plusem...

Jak już wspomniałem Nasz kontrahent jest w głównej mierze dystrybutorem „samochodówki”. Zaopatrują sieci marketów w całej Polsce w pokrowce, dywaniki, płyny do spryskiwaczy, skrobaczki do szyb i setki innych akcesoriów samochodowych. Zimą handlują nawet łopatami do odśnieżania...

A zimy na przełomie 2013/2014 prawie nie było...

Na przełomie lutego i marca 2014 spodziewaliśmy się płatności za dostawy na ponad 800.000zł. Przez następne 5 miesięcy nie dostaliśmy z tej kwoty nawet złotówki... Markety zwróciły naszemu klientowi kilkanaście ciężarówek niesprzedanego towaru „zimowego”. Uyeahbali Jego i nas...

Po wielu miesiącach, na jednym z prywatnych spotkań, szef owej firmy wyznał szczerze po kilku głębszych, że gdyby nie my, to prawdopodobnie musiałby wtedy zamknąć firmę...

Żeby nie było... Z czasem oddali wszystko co do złotówki. Zrobiliśmy z Nimi jeszcze kilka mniejszych akcji, i wiele drobnych dostaw. Handlujemy z Nimi do dzisiaj.

Na początku marca wylądowaliśmy z żoną wśród przyjaciół na ostatkach. W domu mojego dobrego kumpla Grzegorza. Zayeahbista impreza w klimatach PRL'u. Wszyscy poprzebierani, galareta, śledzik i wóda jak za dawnych „dobrych” lat. Kartki na mięso, kartki na paliwo, stare banknoty. Z głośników leciały największe hity Lombardu, Perfectu, Republiki i innych kultowych zespołów z lat osiemdziesiątych.

Na imprezie pojawił się mój kumpel z żona, którego znam od najmłodszych lat. Cezary. Wysoki (ponad 1.9mtr.), przystojny facet. Nasz kontakt urwał się jak wyprowadził się z Glinic w wieku 15/16-stu lat. Ale za sprawą mojego kumpla Grześka, u którego odbywała się impreza, spotkaliśmy się ponownie kilkanaście lat temu i od tamtej pory wspólnie bywaliśmy na większości „popijaw”.

Czarek przez wiele lat był wysoko postawionym pracownikiem w Nestle Polska. Był taką Policja firmową, która zamykała lub „naprawiała” oddziały. Miał pod sobą setki osób. Kilka lat wcześniej chciałem zwerbować Go do pracy u mnie w firmie, ale odpowiedział mi grzecznie - Piotruś... nie stać cię na mnie ;)

Teraz był w zupełnie odmiennej sytuacji. Kilkanaście miesięcy wstecz, Nestle robiło w firmie redukcje etatów. Z pracy wywalili najlepiej zarabiających dyrektorów i menadżerów, zastępując ich „świeżą krwią”. Czarek również stracił posadę. Przez kilka miesięcy pracował w Belgii, po czym trafił do pracy do naszego wspólnego znajomego Grzegorza.

Wyszliśmy na papierosa. Zapytałem co u Niego. Powiedział, ze dostał bardzo ciekawą propozycje pracy we Wrocławiu, i w następnym miesiącu jedzie na rozmowy.

- A co z pracą u Grześka ?
- To tylko przejściowe Piotr. Ja mam większe aspiracje, niż praca handlowca. Budujemy dom i potrzebujemy kasy. Mam dopiero czterdzieści kilka lat, i dopóki mam siłę, to pójdę tam, gdzie za mój czas zostanę odpowiednio wynagrodzony...
- Jak już planujesz jechać do pracy do Wrocławia, to może 100km dalej nie zrobi Ci różnicy... Potrzebuję kogoś do pomocy Mamie w Przesiece. Ona sobie tam sama już nie radzi.
- Przyjadę do ciebie na tygodniu to pogadamy.

Przyjechał. Rozmawialiśmy do późnej nocy. Opowiedziałem Mu o możliwościach pensjonatu i jak miałaby wyglądać Jego praca. Powiedział, że musi obejrzeć obiekt. Do Przesieki wybraliśmy się na początku kwietnia.

Pojechaliśmy po pracy i dojechaliśmy późno w nocy. Tego dnia nie pozostało nam nic więcej, jak wypić kilka butelek i snuć plany. Jak wstałem, Czarek zwiedził już cały teren. Widziałem u Niego ten sam błysk w oku, jaki ja miałem widząc pensjonat pierwszy raz. Wiedziałem, że jest „mój”, pozostało tylko dogadać warunki finansowe.

Czarek rozpoczął pracę w ostatni weekend kwietnia. Akurat trwały przygotowania do majówki, podczas której prawie zawsze w obiekcie jest full gości. Dobrze, będzie miał przedsmak tego, co Go czeka w przyszłości ;)

Z majowego weekendu wróciliśmy do domu późną nocą z niedzieli na poniedziałek. Musiałem odespać i do pracy zszedłem po godz. dziesiątej.
Jakież było moje zdziwienie, gdy na krojowni nie zastałem nikogo. Maszyna wyłączona, nic nie zrobione. Poszedłem do pomieszczenia w którym moje „zuchy” jadają śniadania podczas przerw. Wszyscy obecni, ale na stole napoczęta butelka (nie wiem która z kolei), a mój duet od Cuttera i magazynier nayeahbani w trzy dupy...

Wziąłem wciąż niedopitą butelkę ze stołu i rozpieprzyłem o kontener na śmieci. Powiedziałem, że w ciągu 10min. mają mi powiedzieć czyj to był pomysł, inaczej z miejsca wylecą z pracy wszyscy trzej. Niestety dla mnie okazało się, że „pomysłodawcą” był najbardziej doświadczony operator maszyny...

Jak się powiedziało a...

Kazałem Mu zabrać ciuchy i wypierdalać. Powiedział, że nigdzie nie idzie, a jak Go wyrzucę z pracy to mnie podpierdoli tu i tam ... Co qwa ?? Dzwoń gdzie chcesz, a ja dzwonię na Policje, żeby przyjechali z alkomatem i sprawdzili w jakim stanie jesteś w pracy !!

Zadzwoniłem. Oni nie przyjadą... noż qwa. Ten mi usiadł w biurze i nigdzie się nie rusza. Zadzwoniłem do PIP'u (Państwowa Inspekcja Pracy) z pytaniem co ja mam zrobić w takiej sytuacji.

- Zadzwonić na Policję, żeby przyjechali z alkomatem ...
- Dopiero dzwoniłem i mi odmówili !
- Proszę podać dane firmy i adres, my się z nimi skontaktujemy. To jest Ich obowiązek!

Przyjechali po 40-stu minutach, kiedy mój operator dawno spieprzył do domu(w sumie to nie wiem czy do domu.. poznałem Jego żonę, i pewnie kark by Mu przetrąciła jakby się dowiedziała w jakim stanie był w pracy). Słyszał moją rozmowę z PIP'em, i zdał sobie sprawę z tego, co Go czeka.

Przyszedł kilka dni później po pensje za przepracowane dni. Przepraszał za to jak się zachował i za to co mówił, ale nie mogłem Go zostawić w pracy po tej akcji. Nikt qwa nie będzie mi groził jakimiś telefonami !

Na Jego stanowisko trafił drugi z duetu. Robert. Jest z nami do dzisiaj i mam nadzieje, że będzie z nami „do końca świata i jeden dzień dłużej”. Choć trafiają Mu się „drobne” wpadki, to jestem z Niego bardzo zadowolony. On z nas również :)

W połowie maja 2014r. trafiłem do lekarza. Coś się ze mną działo złego. Regularnie miałem podwyższone ciśnienie. Czasem jak Jola mi je sprawdzała, to dobijało do 160/120. Zrobili mi EKG. Z moim serduszkiem było coraz gorzej. Od czasu ostatniego badania w szpitalu wykres jeszcze bardziej się pogorszył. Dostałem też leki na nadciśnienie... -”musi to Pan brać już do końca życia, no i koniecznie musi Pan zrzucić kilkanaście kilogramów” ...

Nienawidzę lekarzy. Od kiedy zdiagnozowali u mnie stłuczenie mięśni jak miałem złamany kręgosłup, nie ufam Im za grosz. Poszedłem tam tylko i wyłącznie na prośbę mojej żony. Tabletki do koca życia ?! O nie ... nie będę uzależniony od leków.

No ale coś z tym muszę zrobić... Mój Tata i Brat mieli wylewy między innymi z powodu podwyższonego ciśnienia. Mam być następny w kolejce ? A co z moją Matką i rodziną ? Poza tym moja waga dobiła do 109kg. A to już o wiele za dużo...

Przeczytałem sto pięćdziesiąt siedem tysięcy trzysta dziewięćdziesiąt osiem stron internetowych opisujących powyższą tematykę i padło na dietę LCHF i marsze.

W ciągu ośmiu miesięcy zrzuciłem 23kg. I ustabilizowałem ciśnienie. Bez konsultacji z lekarzem zacząłem brać po pół tabletki leku (chciałem zaprzestać całkowicie, ale żona..). Pomiary ciśnienia regularnie pokazywały 125/80 ... nastolatek qwa ;). Podczas kolejnej wizyty Pani doktor zapytała...

- „Czy pan to jeszcze bierze te leki które Panu przepisałam? bo według recept które wypisałam powinny się Panu skończyć 7 tygodni temu”
- Biorę, ale połowę dawki. Ciśnienie unormowało mi się na poziomie nastolatka.
- Czy Pan sobie żarty robi ? Jak Pan jest taki mądry, to proszę tu więcej nie przychodzić !! Proszę dać rękę zmierzymy ciśnienie... hmmm.. dziwne ... W sumie, to niech Pan bierze tą połówkę ...

Lekarze....

We wrześniu wybraliśmy się ponownie na targi Automechanika do Frankfurtu. Tym razem nie jako wystawcy, tylko jako odwiedzający. Nie musimy się wystawiać. Mamy dość mocno ugruntowaną pozycje w Europie i znam wszystkich liczących się w tej branży. Chcieliśmy tylko podejrzeć nowe trendy i pogadać ze starymi klientami mając nadzieję na odnowienie współpracy.

Grudzień 2014r.

Szykowaliśmy się do kolejnego Sylwestra. Sylwestra w przesiece. Oprócz nas miała tam też być cała masa moich znajomych. Wśród Nich mój dobry stary kumpel z Glinic. Mariusz. Kontakt z Mariuszem urwał mi się ze 20 lat temu. Zanim to nastąpiło, był jednym z moich najlepszych kolegów z „ekipy”. Niestety, od kiedy wyprowadziłem się z Radomia, nie widywaliśmy się praktycznie wcale.

Znajomość odnowiliśmy kilka lat temu. Zaproponował mi współpracę. Mariusz ma firmę transportową. Małe dostawcze busy do 3,5 tony całkowitej wagi. Często korzystam z Jego usług, jak potrzebuje wysłać szybko niewielką ilość towaru do Niemiec czy do Włoch.

Nikomu nie poświęciłem w Przesiece tyle czasu co Jemu. Rozmawialiśmy, piliśmy, wspominaliśmy. Pytałem co u Niego, co u rodzinki. Opowiadał o Ojcu i Matce, i o Bracie z którym pokłócili się lata temu, i wciąż ze sobą nie rozmawiają...

- Mariusz. Nie ważne kto spowodował ten konflikt. Pogódź się z Bratem. Ja już nie mogę cofnąć pewnych spraw, ale Ty wciąż możesz to naprawić...

Na początku tego roku Brat Mariusza przyjechał po odbiór towaru jednym z firmowych aut. Pogodzili się. Mariusz zrozumiał co chciałem Mu przekazać.

2015r.

Cóż mam więcej napisać ? Jest początek maja i cały rok przed nami. Wizytacja na targach we Frankfurcie przynosi pierwsze efekty. Firma pracuje na 100% swoich możliwości i pełen optymizmu patrzę w przyszłość. Na początku roku pozyskaliśmy dodatkowo nowego klienta z Polski, który całkowicie wypełnił wolne moce przerobowe. Już nawet nie odpowiadam na niektóre zapytania. Dobijają się do nas Anglicy i Rumuni, ale ja już naprawę nie mam Ich gdzie „wcisnąć”

Na sierpień planujemy w firmie duży remont. Szwalnię, która do tej pory jest podzielona na trzy części, chcemy przenieść do największego pomieszczenia w firmie, które do tej pory było magazynem. Odpowiednia podłoga, oświetlenie, nowe toalety, zachowanie ciągu produkcyjnego. Jak to zrobimy, będziemy mieli spokój na wiele kolejnych lat.
.....
Jestem na rozdrożu. Nie wiem w którym pójść kierunku. Otwiera się wiele możliwości. Z jednej strony towar z Chin drożeje i nie jest już tak konkurencyjny jak kiedyś. Iść na masówkę i zalewać rynek szajsem, takim jak jest produkowanym w Chinach, a może w drugą stronę ?

Sieberg, nasz stary dobry klient, chce całą produkcje oddać w moje ręce. Pokrowce typowe. Niby to jest przyszłość, ale wymaga wiele uwagi i kolejnych setek godzin spędzonych na nauce. Nie tylko chcą nam oddać całą produkcje, chcą nam oddać wszystkie swoje maszyny i całą technologię jaką dysponują. Sam nie wiem. Znowu mam ochotę do pracy i nie przeraża mnie wizja kilkunastogodzinnych dniówek.

Uwielbiam proces tworzenia. Jak coś już jest i funkcjonuje, to szybko się tym nudzę. Kreacja to jest coś, co mobilizuje mnie do działania. Boska cząstka. Czy to w sztuce, czy w każdej innej dziedzinie życia. Tworzenie czegoś z niczego. Tak właśnie powstała nasza firma.

Moja żona czasami mówi znajomym, że gdybym odszedł z firmy, i otworzył podobną po drugiej stronie ulicy, to szybko musieliby zamknąć istniejącą. Ona chyba zna mnie najlepiej ;)

W Przesiece również bardzo się poprawiło.

Cezar na przestrzeni ostatniego roku zayeahbiście się sprawdził. Pensjonat traktuje jak swój. Poustawiał cały personel, który „chodzi teraz jak w zegarku”. Jeśli ktoś mówi Mu, że czegoś nie da się zrobić w takim i takim czasie, to robi to sam (zwykle o wiele szybciej), odbierając argumenty pracownikom.

Dzięki temu że jest tam na miejscu, mogliśmy uruchomić wiele akcji internetowych takich jak Groupon, Gruper itp. Tylko z tych akcji sprzedaż w ubiegłym roku wzrosła o kilka tysięcy noclegów. Oprócz wzrostu sprzedaży, wiele też zmieniło się na terenie obiektu. Oddaliśmy do użytku nowe pokoje, które do tej pory służyły jako graciarnia (w 100% Jego pomysł), teren wokół budynku jest uprzątnięty, zero chwastów i dziwnych krzaków. Odnowiona, altana, uzupełnione ogrodzenie w którym wiecznie brakowało desek, podpisane kontrakty na rabaty z Termami Cieplickimi, Uzdrowiskiem Cieplice, biurami podróży itp, itd.

Jednak dla mnie najważniejsza jest inna sprawa. Od kiedy Czarek pracuje w Przesiece zupełnie zmieniło się nastawienie mojej Mamy. Na początku bałem się, że mogą się nie dogadać. Wielokrotnie powtarzałem Jej, że musi Go wspierać. Nie potrzebnie się obawiałem. Teraz jak do Niej dzwonię, to wreszcie znowu słyszę radosny głos.

- „Co tam u Was słychać ?, jak tam rezerwacje?”
- „Nie wiem Piotruś, ostatnio trochę wypadłam z obiegu. Zapytaj Czarka” ...

Wypadła z obiegu... Nareszcie ! Oby teraz tylko dała się namówić na parę wyjazdów, bo ma 64 lata, a gówno (za przeproszeniem) w życiu widziała. Całe życie zapierdol i stres...

No i jeszcze jedno w sprawie Przesieki...

W połowie lutego został u nas nakręcony jeden z odcinków „Piekielnego Hotelu”. Zostaliśmy wybrani wśród kilkuset zgłoszeń. Pomysłodawcą zgłoszenia była żona Czarka. Czarek wypełnij papiery i się stało. Nagrania trwały tydzień. Ja przyjechałem tylko na weekend, na „Wielki Finał”. Poznałem Panią Rozenkową, zamieniliśmy kilka zdań. Nasz odcinek miał być puszczony jako pierwszy, potem jako drugi... Wyemitowali chyba już 6 części, a my wciąż czekamy... mam tylko nadzieję, że nie będzie jak zwykle z naszym szczęściem....

„No i więc” :D
Wszystko zmierza naprawdę w dobrym kierunku. Jesteśmy w miejscu, w którym znów przed nami wiele niezapisanych kart. Znowu mamy plany i cele, i determinacje, żeby je realizować!
______________________________________________________

Opisałem całą tą historie po przeczytaniu wielu negatywnych komentarzy na temat pracodawców. Jacy to z nas złodzieje, kombinatorzy, że wszystko po znajomości, że załatwiane na boku. Że wykorzystujemy ludzi bogacąc się na Ich „krzywdzie”, że pensje w Polsce nie dorównują tym na zachodzie, a ludzie zapieprzają tak samo.

Osobiście znam kilka osób, które zaczynały dokładnie tak jak ja. Od zera. Do dzisiaj dorobili się większych/mniejszych majątków. Dzisiaj nie pracują fizycznie. Po latach wyczerpującej pracy znaleźli odpowiednich ludzi, którzy za Nich wykonują pewne działania, bez których firma nie może funkcjonować.

Ja też już nie pracuję fizycznie. I w sumie nowo przyjęte osoby do pracy w firmie mogą sobie pomyśleć „Całe dni siedzi w biurze przed kompem, a ja na niego zapierdalam”... Choć z drugiej strony... jakie na niego zapierdalam ? Czy nie obowiązuje nas (obie strony) prosty układ ?. Ja Ci płacę określona kwotę za wykonaną pracę, lub za godzinę Twojej pracy, a Ty w zamian będziesz się wywiązywać ze swoich obowiązków... proste i banalne.

Jak ktoś wrzuca mnie do „worka” w którym wszyscy „prywaciarze” to złodzieje, nieroby i kombinatorzy, to czuję niesmak. Niesmak, to mało powiedziane. Zapieprzałem pół życia, żeby być w miejscu w którym jestem obecnie. I nikt nam w tym nie pomógł...

Nie mogę jak rolnicy wyjść na ulice i zażądać interwencyjnego skupu pokrowców, bo ceny są za niskie, czy też jest wojna na wschodzie i towar zalega w magazynach.

Nie mogę wstrzymać płatności do ZUS'u za pracowników choćby się paliło, bo po trzech miesiącach ZUS zablokuje nam konta.

Nie mogę nawet liczyć na nasze państwo w pomocy w odzyskaniu długów. To jest tylko i wyłącznie nasza sprawa. My mamy tylko płacić podatki, choćby nie wiem co....

A nawet jak płacisz to i tak Ci doyeahbią, bo taka Twoja rola....

Nikogo nie interesuje dlaczego nie masz kasy na całą wypłatę. Przepracował miesiąc i Mu się należy. Owszem. Należy się. I gdy tylko mam, to wypłata dla pracowników jest najważniejsza, ale uwierzcie, że czasem nie ma jak...

Za niskie pensję... No to to już mnie rozpierdala kompletnie. Za mało płacą ? - zmień pracę ! Tam też za mało ? To idź na swoje !!!, i przestań narzekać. Nasze państwo daje takie same możliwości Tobie jak i innym na starcie ! Porównywanie pensji w Polsce do wypłat na zachodzie, to jest jedno wielkie nieporozumienie. Firmy na zachodzie istnieją od dziesięcioleci, podczas gdy nasze dopiero raczkują. Nie mamy odpowiednich technologii, żeby konkurować z zachodem. W 80% wytwarzamy towary, konkurując z zayeahbiście tanimi producentami z Chin. Gdybyśmy podnieśli pensje i ceny o kilkadziesiąt procent, nikt od nas by tego nie kupił, a wtedy dopiero byłby płacz...

I co mam w zamian ?

Niezależność ?

Owszem. Mogę nie iść do pracy przez tydzień i nikt mnie nie opierdoli. Kilkanaście lat temu przefarbowałem włosy na platynowy blond, i wstawiłem sobie kolczyk w ucho, bo nikt mnie nie opierdoli... Ale czy na pewno ?
Jestem zależny od dostawców tkanin, dostawców prądu, kursów walut, odbiorców i tysiąca innych czynników. Moja praca nie kończy się po wyjściu z biura. Jestem w pracy 24/24. Odbieram telefon o której by nie zadzwonił, bo wiem, że ktoś jedzie do Włoch i coś mogło się stać po drodze...
Ale najbardziej jestem zależny od pracowników. A właściwie to Oni są zależni ode mnie. Czuję się za Nich wszystkich odpowiedzialny. Ich pensje to chleb, książki, ubrania, i rachunki do opłacenia. I robię wszystko, żeby utrzymać zakład w formie, bo wiem, że gdyby zabrakło tej pracy, to mogliby nie związać końca z końcem.

Kasa ?

Jaka kasa ? Owszem, jeżdżę dobrym autem, ale jak mam pokonywać tysiące kilometrów gruchotem? Nie wiem co to luksus. Żyjemy jak przeciętni ludzie. W niedzielę rosół, w poniedziałek pomidorowa. Wakacje od lat w Przesiece, bo przy okazji załatwimy kilka spraw. Całą kasę pakujemy w firmy. Może za kilka lat będziemy z tego korzystać, ale do tej pory nie odczułem, że jestem „prywaciarzem”.

Nie narzekam. Sam wybrałem sobie takie życie. Kocham to co robię i nie zamieniłbym tego na najlepszą „Państwową” posadę. Nie nadaję się na pracownika...
_____________________________

Puenta...

Czy muszę tu coś pisać ?

Jeśli ktoś nie wyczytał między wierszami to napiszę...

Nie ważne gdzie się urodziłeś. Nie ważnie w jakim towarzystwie się obracasz. Możesz mieć zadatki na łobuza i alkoholika. Tylko i wyłącznie Ty decydujesz o swoim życiu. Jeśli pewnego dnia zdecydujesz, że czas to zmienić, to zrób to.

Powiedz tym wszystkim ludziom, którzy próbują Cię zaszufladkować, że nie musisz tu być, i choćby złamali Ci nos, to rób swoje.

Na wszystko potrzeba czasu, ale czas zawsze mija. I na końcu będziesz mieć satysfakcję z dokonanych wyborów !
________________________________________________________________________________________________

Macie jakieś pytania ? chętnie odpowiem.
Blog będzie jeszcze jakiś czas aktywny, mam do opowiedzenia kilka śmiesznych "historyjek" z życia ;)

Pozdrawiam.


Odpowiedz
Cytat
Stellified
Dołączył: 23.02.2013
PokerStrategist

Zanim przeczytam całe, to mam wrażenie, że miałem Twój pokrowiec w swoim wehikule!


Odpowiedz
Cytat
Kurald
Dołączył: 29.03.2011
PokerStrategist

Niewątpliwie najlepszy blog jaki tutaj czytałem!


Odpowiedz
Cytat
nightmaare
Dołączył: 29.01.2009
PokerStrategist

Tez miałem GT, niebiesko- niebiesko czarny:P


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Napisane przez nightmaare
Tez miałem GT, niebiesko- niebiesko czarny:P

Napisane przez Stellified
Zanim przeczytam całe, to mam wrażenie, że miałem Twój pokrowiec w swoim wehikule!

Nie kupujcie tego szajsu... aż mi wstyd. :facepalm:
To co jest produkowane na te "akcje promocyjne" to są jednorazówki...
Kupców nie interesuje nic poza ceną...

Napisane przez Kurald
Niewątpliwie najlepszy blog jaki tutaj czytałem!

Wielkie dzięki :f_drink:

Chciałbym podziękować wszystkim odwiedzającym. Nie spodziewałem się, że te moje przeżycia zostaną tak ciepło przyjęte.
Od kiedy zacząłem pisać tą historię, blog został wyświetlony ponad 5.000 razy. Zdumiewająca jest również ilość pozytywnych łapek jakie dostałem.
Dlatego nie uważam czasu poświęconego na pisanie tego wszystkiego za stracony :) Mam nadzieję, że każdy z tej opowieści wyniesie coś dla siebie.
Jeszcze raz dziękuję :f_drink:

Wczoraj na zakończenie miałem wstawić jeszcze malunek, idealnie pasujący do ostatniej części.
Zapomniałem - wrzucam dzisiaj.

End of the journey :

Pozdrawiam, i życzę udanego weekendu :f_drink:


Odpowiedz
Cytat
Stellified
Dołączył: 23.02.2013
PokerStrategist

A czym się różnią jednorazówki od niejednorazówek? :f_biggrin:


Odpowiedz
Cytat
nightmaare
Dołączył: 29.01.2009
PokerStrategist

Dostałem pokrowce razem z samochodem;p
Po zdjęciu z foteli i wypraniu poszły na ocieplenie kocich domków :P


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Napisane przez Stellified
A czym się różnią jednorazówki od niejednorazówek? :f_biggrin:

Tym samym, co jednorazowa reklamówka, od torby wielokrotnego użytku.
Ta pierwsza zanim doniesiesz do domu, to już ma naderwane ucho i dziurę, bo jakieś opakowanie miało ostry kant, a ta druga służy dziesiątki razy. A jak się pobrudzi, to wystarczą ją wyprać i służy kolejne miesiące. Wytworzenie tej pierwszej kosztuje może z 5 groszy, tej drugiej pewnie ze złotówkę.
Pokrowce na takie akcje promocyjne robione są z najtańszych materiałów o najniższych gramaturach. Laminowane są minimalną grubością pianki. Różnią się nawet szablonem i wykonaniem. Ale "Kupcy" czyli osoby odpowiedzialne za zaopatrzenie biedronki patrzą tylko na cenę i ładne fotki.

Marsze.

Dzisiaj przeszedłem już 10,2km. w 1godz. i 40min. Lekko przyśpieszony oddech, ale zero zadyszki. Nogi nie bolą, jedynie lekko stopy.... Do końca tygodnia postaram dobić do 11km. i zrobić je w 1godz. 45min. Tylko te yeahbane psy.. Ludzie mający psy, powinni trzymać je na podwórzu, a nie biegają po ulicach jak święte krowy atakując przechodniów...


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

W spojlerze wrzucam kilka fotek pokrowców przez nas produkowanych.
Wszystkie te wzory są moim pomysłem, z haftami włącznie.
GT-Turbo pobiło wszelkie rekordy sprzedaży. To właśnie na te pokrowce przyszły pierwsze zamówienia z ATU, ale zanim trafiły do Niemiec, sprzedaliśmy ich dziesiątki tysięcy na wschód.

Spoiler


Odpowiedz
Cytat
maCosh
Dołączył: 26.11.2012
PokerStrategist

Trafiłem tu przez przypadek, "wybieramy najlepszego bloga". Szukałem czegoś na temat pokera - w końcu muszę wejść kilka stawek wyżej:p.
Na temat pokera znalazłem niewiele, znalazłem natomiast dużo więcej ważnej treści.
Dawno żadna lektura nie wciągnęła mnie tak bardzo. Też mam własną firmę i przez tego bloga za dużo dzisiaj nie zrobiłem.
Wysłuchałem za to z wielkim zaciekawieniem bratanka, który opowiadał jak to kupił sobie loda w sklepiku przed W-Fem i to był jego wielki błąd bo nie miał co z nim zrobić, nawet się uśmiałem...
Jestem pełen podziwu ile ciężkich tematów człowiek jest w stanie wziąć na klatę....życie.
Życzę długo wyczekiwanej stabilności, pełnego obłożenia i więcej czasu spędzonego z rodziną w błogiej ciszy i spokoju.
Rysunki super.
Pozdrawiam Karol.


Odpowiedz
Cytat