Praca numer 14
*część pierwsza*
Historia, którą zaraz przeczytacie, zdarzyła się naprawdę.
Był mroźny, lutowy poranek. Szykowałem się do wyjścia z domu, miotając się w poszukiwaniu kluczy. Wiedziałem, że jeszcze kilka minut zwłoki i nie zdążę na autobus. Starałem się być cicho, żeby nie obudzić dzieci. Spały słodko w małym łóżeczku, zaraz obok naszego, przykryte kocami i grubą kołdrą, którą dostaliśmy w spadku po teściowej. Kończyło się drzewo na opał, a długoterminowa prognoza pogody wyglądała przerażająco. Moja żona jeszcze nie wróciła z nocnej zmiany, maluchy będą musiały zostać kilka godzin same…
Są klucze, jak zwykle w ostatnim miejscu, w którym ich szukałem. Niemal w ostatniej chwili wskoczyłem do busa – żadnych miejsc siedzących, ale to mnie nie obchodziło, mój komfort to ostatnia rzecz, o której wtedy myślałem. Mieliśmy poważne kłopoty finansowe. Dom, który także odziedziczyliśmy po babci był w strasznym stanie, dach zawalał się pod ciężarem śniegu i wszędzie słychać było podmuchy lodowatego wiatru. Moja żona pracowała dwa razy w tygodniu, sprzątając biurowiec pewnego banku za psie pieniądze. Ja byłem magazynierem sklepu z artykułami metalowymi i nie dostawałem pensji od trzech miesięcy.
Tego dnia miałem porozmawiać z właścicielem, nie chciałem już słuchać kolegów mówiących „nie pytaj o pieniądze, bo cię zwolnią i nic nie dostaniesz”. Miałem drugą umowę na okres próbny, pierwszą szef podarł przy mnie, mówiąc – „tak będzie lepiej dla nas obu, w każdej chwili możemy się rozstać”. Dobrze wiedział, co robi, miał władzę absolutną i traktował nas jak niewolników.
Wszedłem do jego biura i zobaczyłem grubasa siedzącego przed dziewięcioma ekranami transmitującymi obrazy z kamer sklepowych, jedna była nawet w naszej ubikacji – ten kretyn lubił sobie chyba pooglądać kible przy śniadaniu. „Dobrze, że jesteś” zaczął rozmowę, zanim nawet zdążyłem się odezwać „Pomyliłeś się przy ostatniej dostawie, podpisałeś fakturę na 300 wkrętów a dostaliśmy tylko 30. Niestety, muszę potrącić 160 złotych z twojej pensji, wiesz, twoja pomyłka”. Nie mogłem uwierzyć w to, co powiedział. To ja miałem przygotowany monolog na to spotkanie, miałem zażądać należnych mi pieniędzy, a on mówi, że potrąci mi z pensji??? Z jakiej pensji??? Bez słowa odwróciłem się i wyszedłem ze znienawidzonego biura, potem ze sklepu. Wiedziałem, że to koniec mojej pracy w tym miejscu, nie wiedziałem tylko, co mam powiedzieć w domu. Nie mogłem wrócić jeszcze do żony, musiałem wymyślić, co zrobić dalej.
Wszedłem do baru koło zajezdni autobusów i zamówiłem piwo. Nie miałem zamiaru pić od rana, ale stało się to jakoś tak… automatycznie. Po kilku godzinach w ciszy i jakichś czterech litrach napoju do baru weszło trzech chłopaków. Wyglądali mi na studentów, dobrze ubrani, jeden z nich rzucił na stolik kluczyki do Audi oraz talię kart. Obserwowałem z barowego krzesła, jak rozdają sobie po dwie karty, kładą na stół banknoty, potem trzy karty na stole. To Texas Hold’em. Oglądałem tę odmianę pokera wiele razy w telewizji, nigdy jednak nie widziałem gry na żywo.
Jeden z graczy zauważył mój wzrok na ich stoliku, szepnął coś do kolegów i zapytał głośno „Chciałbyś się dołączyć? W czterech mniej się rozdaje”. „Pewnie” walnąłem bez zastanowienia. Jaki ja jestem odważny po paru piwach… Znałem zasady, nie wiedziałem tylko za bardzo, ile podbijać, obserwowałem. Koleś od Audicy był typowym szaleńcem. Oglądał każdego flopa, blefował nawet samego siebie, nie dbał o kasę. Pozostałych dwóch kolesi grało chyba tylko dla zabicia czasu. Zacząłem nieśmiało sprawdzać cwaniaka, potem przebijać jego zakłady, w większości przypadków zabierając jego pieniądze. Przy stole zrobiło się cicho i bardzo poważnie. Byłem sporo do przodu, jakieś 250 złotych, kiedy dwóch chłopaków z naszego stolika oznajmiło, że idą do domu.
Zostałem sam z maniakiem. Żaden z nas nawet nie zapytał, czy gramy dalej, to było oczywiste. Zabierałem mu coraz więcej i więcej, w końcu sięgnął do kieszeni i wyciągnął gruby rulon banknotów. „Ile masz?” spytał przez zaciśnięte zęby, „Jakieś 950”. Odliczył tysiąc złotych, położył je na stole i rozdał karty.
Dwie damy! Dostałem dwie damy i podbiłem je o dwie duże ciemne. Maniak bez namysłu przebił do 300 złotych. Jedna trzecia mojej pensji, pomyślałem. Czy on blefuje, czy ślepej kurze w końcu się trafiło? Niemożliwe, próbuje mnie wystraszyć, to pewne. Nie mogę zrzucić takiej ręki, jest tylko jedno wyjście. „Za wszystko” powiedziałem cicho, serce waliło mi jak oszalałe. To były ostatnie pieniądze, jakie miałem i musiałem wygrać to rozdanie. „Nie wierzę ci” odpowiedział mój oponent, „Sprawdzam”.
Pokazał damę i króla w kolorze – pewnie ładnie razem wyglądały. Uśmiechnąłem się szeroko – miałem go. Flop to 5AQ, trafiłem trójkę i patrzałem jak mój młody kolega tracił ostatki nadziei. Turn – walet. Po minie chłopaka widziałem, że czekał na cud. Powoli odwrócił piątą kartę – zamarłem, dziesiątka…
Nie wiem jak wyszedłem z baru i jak dotarłem do domu. Chciałem zapomnieć o tym, co się stało, ale nie mogłem myśleć o niczym innym. Żony i dzieci nie było, pewnie wyszli na obiad do moich rodziców, może i dobrze, że nie musiałem jeszcze jej o wszystkim opowiadać. Siadłem do komputera – czas szukać nowej pracy, postanowiłem nie być wybredny, wezmę cokolwiek, byleby tylko płacili. Przejrzałem kilka ogłoszeń – za mało doświadczenia, brak kwalifikacji, nieaktualne. Nagle w prawym rogu ekranu, na jednej ze stron z ofertami, zauważyłem baner reklamowy, który widziałem już wcześniej setki razy. W sekundzie w mojej głowie narodził się nowy pomysł. Szybko kliknąłem, strona załadowała się i zobaczyłem napis – Pokerstars, Odkryj w sobie Gwiazdę Pokera.
Niektórzy z was pewnie nie wierzą w opatrzność losu, ale seria wydarzeń, które mnie tego dnia spotkały, zmieniła życia moje i mojej rodziny. Niewiele osób zna moją historię. Zawsze myślałem, że ludzie w nią nie uwierzą. Dlatego nie chcę ujawniać mojego imienia, ani nicku na Pokerstrategy. Powiem tylko, że obecnie jestem jednym z najwyżej grających pokerzystów na tym serwisie i większość z was mnie zna.
To czy będę kontynuował moją opowieść, zależy tylko od Was…
*część druga*
Obudził mnie dźwięk telefonu. Otworzyłem oczy i wiedziałem, że kac tego dnia będzie jednym z tych większych. Odebrałem komórkę “Jest robota” powiedział znajomy glos w słuchawce “Zgarnę cię o dziewiątej”. To był Bizon, mój jedyny pracodawca, właściciel firmy budowlanej i warsztatu samochodowego, „opiekun” kilku innych interesów w mieście. Krążyło o nim wiele niepokojących historii i ludzie ostrzegali mnie przed tą współpracą, ale ja potrzebowałem kasy, a on mi ją dawał. Rozejrzałem się dookoła. Moja mała kawalerka była zawalona brudnymi ubraniami i puszkami po piwie, widać było, że od dawna mieszkałem sam.
Jakieś pół roku wcześniej rozstałem się z żoną, która zamieszkała z dzieciakami w nowym mieszkaniu. Sprzedaliśmy stary dom, a ja wynająłem najtańszy lokal, jaki się dało, w centrum miasta. Nie było nawet mowy o tym, żebyśmy się pogodzili, po tym, co zrobiłem. Zawaliłem ostatnią szansę. Umówiliśmy się tylko, że będę odwiedzał dzieci raz w tygodniu a rozwód weźmiemy dopiero jak spłacę moje długi. Tęskniłem bardzo, najbardziej za dziećmi…
Miałem przed sobą cały dzień. Odpaliłem komputer, starsy i zajrzałem do kasjera – 450$. Już od miesiąca starałem się pokonać granicę 500$, bezskutecznie. Dobrze wiedziałem, że nie mam wystarczającego skilla. Uczyłem się sam. To, co znalazłem na internetowych forach, pozwoliło mi zacząć grę i przebić się przez pierwsze limity, ale potrzebowałem nauczyciela z prawdziwego zdarzenia. Odpaliłem cztery stoły FL 0.5/1 i wsiąknąłem na kilka godzin.
Zbliżała się dziewiąta i zastanawiałem się, co takiego będziemy dzisiaj robić. Zwykle jechaliśmy po materiały budowlane do jakiegoś magazynu, załadunek i rozładunek na placu budowy, nic wielkiego. Czasami nie wiedziałem, co tak naprawdę przenosimy i dlaczego robimy to tak późno, ale nie zadawałem pytań.
Tak było również tym razem. Bizon puścił mi sygnał równo o dziewiątej, na dworze było już ciemno. Wsiadłem do jego dostawczego Mercedesa i ruszyliśmy. Piętnaście minut później byliśmy w starym porcie. Po tym, jak mój szef rozglądał się nerwowo dookoła wiedziałem, że to nie będą kafelki. Zaparkowaliśmy naprzeciw czerwonego kontenera, Bizon uporał się z kłódką i otworzył drzwi. Zobaczyłem ścianę pudełek, każde szczelnie owinięte czarną taśmą. ”Musimy to zrobić szybko” powiedział, „pierwszy rząd odłóż na bok, załadujemy go na końcu”. Tak też zrobiłem. Pierwsze pudła były lekkie. Wiedziałem, że są tam tylko dla niepoznaki. Te z kolejnych rzędów były już dużo cięższe.
Pracowaliśmy bez słowa już jakieś pół godziny, w zupełnym mroku, kiedy nagle usłyszeliśmy silnik jakiegoś samochodu. „Schowaj się” szepnął Bizon. Obserwowałem zza kontenera obok, jak samochód podjeżdża bliżej. Szef wyciągnął coś z kabiny auta. Samochód zaparkował koło naszego Mercedesa i dopiero wtedy zobaczyłem, że to policja…
Wysiadło dwóch mundurowych, jeden świecił latarką na Bizona, drugi na otwarty kontener. „Co pan tutaj ładuje?” padło pytanie, „zaprawę murarską, zamawiam w specjalnej cenie od producenta, bez opakowań” odpowiedział Bizon bez zastanowienia. „Musi pan to robić w nocy?”, drugi policjant w tym momencie obchodził nasze auto dookoła, latarka świeciła w każdy zakamarek. „Jutro rano muszę to mieć na budowie, a dopiero teraz baba mnie z łóżka wypuściła”. Miało to zabrzmieć żartobliwie, Bizon pozwolił sobie nawet na uśmieszek, ale wiedziałem, że mu nie wyszło. Druga latarka oświetliła jego twarz. Policjant, który do tej pory się nie odzywał, uśmiechnął się i oznajmił „przecież to jest Bizon”.
Z przerażenia przykleiłem się do falistej blachy kontenera. Nie miałem jak stamtąd uciec, musiałem przeczekać, cokolwiek by się działo. Policjanci zaczęli rozmawiać ze sobą po cichu. Ten, który zadawał pytania widocznie nie znał Bizona. Szef stał bez ruchu, ja kilka metrów za nim i wtedy zobaczyłem, po co sięgnął wcześniej do schowka. Z tyłu, zza paska spodni wystawała mu rękojeść pistoletu. „Otwórz karton” usłyszałem rozkaz. Nie wiedziałem, czy Bizon użyłby broni, by strzelić do policjanta, nie znałem go aż tak dobrze i nie mogłem sobie tego wyobrazić.
„Ten” wskazał latarką jeden z pakunków, które wcześniej odłożyliśmy na bok. Bizon szybko rozerwał kluczykiem folię i otworzył paczkę. Do połowy była wypełniona szarym proszkiem. Policjant podszedł do niej, uklęknął, zamoczył palec i spróbował. „Gips” powiedział szybko, poczym splunął z obrzydzeniem. Latarki zgasły. Dziesięć minut później skończyliśmy rozładunek i żaden z nas nie odezwał się słowem na temat tego, co się stało. Wsiedliśmy do samochodu. Bizon zamiast stówy, którą zwykle mi dawał, wyciągnął 500 złotych. „Skoczysz na browar?” zapytał, ”Pojedziemy w dobre miejsce”. Zupełnie nie miałem ochoty, ale przez jego hojność czułem się zobowiązany.
Po kilku chwilach byliśmy w centrum miasta, na znanej mi ulicy. Było tam kilka barów, ale my zaparkowaliśmy przy nieco innym miejscu, przy burdelu. „Jedno piwo”, pomyślałem, „i zamawiam taksówkę”. Drzwi były zamknięte. Bizon nacisnął podświetlony na różowo dzwonek i za moment otworzył nam wyłysiały ochroniarz w tanim garniturze. Weszliśmy do sali z barem i kilkoma kanapami, na jednej z nich siedziały dwie skąpo odziane pracownice. Mój wzrok skupił się na dziewczynie bez biustonosza, tańczącej niemrawo na srebrnej rurze w rogu pomieszczenia.
Ochroniarz, znając najwyraźniej mojego szefa, wskazał nam drogę za bar, do kuchni a stamtąd w dół drewnianymi schodami. Otworzył duże drzwi piwnicy i ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu znaleźliśmy się w kasynie. Nie wyglądało na legalne, wystroju praktycznie nie było, ale i tak wolałem się napić tam, niż na górze. „Kup sobie żetony, ja pójdę po piwa” Bizon zniknął na chwilę. Zakupiłem za stówę i zacząłem się rozglądać po sali. Pod ścianą stał cały rząd maszyn, tak zwanych „owocarek”, obok stół do Black Jacka, ruletka i dwa puste stoły pokerowe.
Szef zawołał mnie do najbardziej obleganego w lokalu stołu z ruletą i podał mi piwo „patrz jak się wygrywa” usłyszałem. Zaczął rozdzielać swoje żetony i układać je na planszy z numerami, według jakiegoś swojego systemu - był jak w transie. Krupier zakręcił kołem i wszyscy zamilkli. Kuleczka pokonała kilka okrążeń, po czym zaczęła podskakiwać, aż w końcu zatrzymała się na jednej z liczb. „Piętnaście, czarne” pracownik kasyna zgarnął większość żetonów Bizona ze stołu, jego system widocznie nie był idealny. Stałem obok niego jeszcze jakieś pół godziny, za każdym razem przegrywał więcej i więcej pieniędzy.
W końcu zauważyłem znudzony, że do pokerowego stołu przysiadło się czterech typów. Poprosili o krupiera i zaczęli grać. Tamten stolik był dużo bardziej interesujący. „Ty cały czas grasz na tym internecie” Bizon zauważył, że gapię się na pokerzystów, „na żywo też sobie radzisz?”. „Zasady są te same” odpowiedziałem „pewnie, że sobie radzę”. Słysząc to, szef wyciągnął z kieszeni portfel i odliczył dwa tysiące złotych, po czym powiedział do mnie cicho: „Znam kolesi, którzy tam grają. Ten grubas zostawia w kasynie majątek”. Wręczył mi banknoty „Ograj ich i dzielimy się po połowie”.
Wymieniłem kasę na plastikową podstawkę z żetonami i zająłem miejsce z pozycją na grubego.
Ta noc okazała się potem jedną z najdziwniejszych w moim życiu…