Witam serdecznie.
Każda moja przygoda z pokerem kończy się torbą. To nie jest tak, że ja klikam tylko guziki jak debil, nie myślę nic przed podjęciem decyzji, czy tylko gram i się nie uczę. Nie. Wprawdzie pewnie nadal za mało jak na początkującego uber fisha, który topi rolla za rollem, ale staram się coraz więcej czasu poświęcać nauce i analizie. Fajnie by było, gdybym widział jeszcze tego efekty, nawet jeśli nie w cashierze i na wykresie, to czując, że te godziny nie poszły na marne. Jak na razie raczej nie odczuwam tej miłej rzeczy.
Miałem wcześniej kilka przygód z NLHE, które zaczynały się zwykle z rollem na poziomie np. 10$, więc wiadomo jak się kończyły. Potem zacząłem z PLO, które na pewno teraz mi się podoba dużo bardziej, teraz dwie karty na ręce mnie właściwie nudzą.
Z PLO podobnie miałem jakąś krótką kilku(nasto?)dolarową przygodę, a wraz z początkiem września zacząłem dostawać od PS 50$ w pięciu ratach. Starczyło mi to jakoś do grudnia, prawdopodobnie przez super rakeback na Titanie dla graczy, którzy generują bardzo mały rake - wychodziło pewnie niecałe 10% bo zabierają punkty pod koniec miesiąca i dają bonus po jakimś tragicznym przeliczniku.
Pod koniec stycznia wpłaciłem nieco ponad 100$ na Everesta i tutaj się zaczęło. 300 zł dla osiemnastoletniego chłopaka z Polski to nie są takie drobniaki, chociaż dla mnie akurat to nie tak dużo jak dla większości moich rówieśników - ale co się dziwić, wiadomo, że lubią się pobawić a ja zawsze hajs chomikowałem.
Dobra. Roll jest to zaczynamy grind. A co tam, dorzucę sobie czasem jakiś stolik albo 2 z PLO4, bo przecież tam jest taki sam poziom jak na PLO2! Taa... na samym PLO4 50$ wtopione w 1300~ rąk. Chyba tylko ja tak umiem. Na szczęście szybko dałem sobie spokój z PLO4 i grałem tylko PLO2. No fajnie, coś tam sobie gram, staram się uczyć, analizować... ale w cashierze coraz mniej. Głównie przez niedorzeczny rake, przecież to zgroza - czasem przy jakimś mega deep spocie nawet i po 35 bb rake kradli. Gdyby nie first depo bonus (25%) utopiłbym wszystko jeszcze wcześniej. Wariancja dyma jak tylko może, nawet na wykresie tego nie widać (PT3 z tego co mi się wydaje trochę korekty wprowadzał, bo jakoś inaczej liczył niż HM2, w którym EV rozchodzi się z winnings tylko w sytuacji AI i liczy EV z danego streeta, a nie z całego rozdania)! Bo co z tego, że wyciągasz z top setem grube value od jakiegoś flushdrawa, gdy uzupełnia mu się na riverze, lub bardziej szalone sytuacje typu masz TTP na flopie, a na riverze spada villainowi jakiś low set albo strit i albo musisz callować pozostałe za 10bb w stacku, albo wybierasz mniejsze zło gdy wiesz, że 100% czasu przegrywasz showdown i zachowujesz sobie chociaż te resztki stacka. A EV w dół razem z winnings. Dzisiaj dla odmiany zamiast magicznych riverów oglądałem magiczne karty u przeciwnika, ale mniejsza z tym.
Ogólnie na ostatnie 10 sesji 8 razy pod kreską, często kończę wynikiem minimum -4 bi, a moje sesje rzadko kiedy osiągają 1000 rąk. Teraz już prawie -20 bb/100 po 44k hands w PLO. Robi wrażenie.
Z pokerem wiązałem (wiążę!) spore nadzieje - nauka mi nigdy specjalnie dobrze nie wychodziła, zdarzyło mi się powtarzać pierwszą klasę technikum. Ale wtedy zmieniłem szkołę i jakoś sobie radzę - może i w tym roku zdam.
Tylko co z tego - nawet jeśli bym skończył tą szkołę, to dałaby mi ona zawód, dzięki któremu mógłbym bardzo komfortowo pracować kilkadziesiąt lat po 8h dziennie za półtorej płacy minimalnej. Chyba, że za granicą ale to inny temat. Nie, ja nie chcę pracować, tzn. tak na etacie po 8h dziennie, poza tym w większości zawodów musiałbym codziennie się spotykać z ludźmi, z którymi bym pracował - tego też nie chcę. Chcę sobie sam wybierać towarzystwo, w jakim przebywam. Poker dawałby mi to wszystko. Taki komfort. Inna sprawa, że trzeba do tego baaaa(...)ardzo dużo samodyscypliny, ale pewnie z tym bym sobie poradził. Bo to bardzo mała cena za pracę w domu w elastycznych godzinach i bez oglądania mord, których się nienawidzi. Ci, co pracują np. w biurze wiedzą o co chodzi z tym ostatnim. Także za bardzo nie mam za co innego się wziąć.
Raczej nie widzę na razie opcji, żebym się poddał i pewnie będę wpłacał kolejne pieniądze i spędzał kolejne godziny na analizowaniu gry i poznawaniu nowych konceptów, aż w końcu zacznie wychodzić. Przecież to zawsze działa, jak można zobaczyć na przykładzie sportowców. Szkoda tylko, że sportowcy mają trochę lepiej - bo przecież wyjście na boisko i granie po kilka godzin dziennie nie kosztuje nic oprócz pary nowych butów raz na sezon-dwa.
Po co tutaj piszę? Nie wiem, może liczę na jakieś rady od Was (jeśli komukolwiek się zechce to przeczytać, lol), może chcę to z siebie gdzieś wyrzucić, może pół na pół. Widziałem temat "nie chce mi się żyć" i kawałek dyskusji, może tu też coś wartościowego się pojawi. Co prawda mój problem jest inny, chociaż...
Czasem też mi się zdaje, że najlepszą opcją byłoby 9 gram żelaza w skroń (lub potylicę
)
Pozdro