Dzieńdobry.
Deszcz pada.
Napisane przez chudyand1
Napisane przez txell2012
Generalnie to słabo się rozumiemy
Oczywiście, gdyż mnie nie interesuje gnostycyzm i mistycyzm, więc nawet nie wiem po co próbujesz, skoro zdajesz sobie z tego sprawę. Nie unoszę się (zresztą nudne jest powtarzanie za każdym razem, że mnie w necie nie da się obrazić). Po prostu prowadzisz jałową dyskusję, a ja zwykłem nazywać rzeczy po imieniu jak coś mnie zmęczy. Nawet jeżeli masz dobre intencję, to wciąż twoje słowa są pozbawione treści.
No i właśnie o to chodzi, że negujesz tym samym rzeczy, które są z Tobą, jak i każdym innym człowiekiem związane tak, czy tak. Moje słowa nie są treści pozbawione, raczej wysyłam do Ciebie informację, którą Ty mierzysz i widzisz to, czego się spodziewasz, czyli nic, albo bardzo mało. Z całej rozpiętości zdarzeń wybierasz najprostsze, czyli że nie jest to Twoim problemem. Nawet nie chodzi mi o jakąś głębszą metafizykę, tylko to, co możesz zobaczyć samemu, postarać się zrozumieć, bo być może wtedy zaczniesz kojarzyć fakty i wyciągać wnioski, a te przemawiają za tym, o czym się na ogół nie mówi, bo do niedawna było to wielką tajemnicą wśród ludzi kilku nacji, wokół których, chcąc nie chcąc, toczy się historia. Wydarzenia, które można samemu zaobserwować dzisiaj, biorą swoje źródło w czasach bardzo dawnych i niezależnie, gdzie jesteś i jakie problemy osobiste masz, o ile nie żyjesz w amazońskiej dżungli, to jesteś w środku historii, którą uważasz, za czyjąś obcą, nie swoją własną, jak powinieneś. To jak tu masz zauważyć, że przyczyną Twoich obecnych kłopotów, są zdarzenia z odległej przeszości i że, być może istnieje możliwość, aby każdy obecny i kolejny problem, problemem nie był? Jakgdyby dochodząc do źródła wszystkich problemów ludzkich, po odpowiednich korekcjach w toku rozumowania, można odwrócić znaczenie wydarzeń na takie, by nie stanowiło trudności w przyjęciu niezależnie od jego "statusu".
Dlaczego zakładasz, że nie mogę wiedzieć, czym jest proces zwany oświeceniem? Czy uważasz, że nie było, nie ma i nie będzie ludzi, którzy rozumieli więcej, niż inni? Że niby nie było ludzi, którzy byli w stanie spalić swoje ego? No właśnie byli, są i będą, a zatem mogą osiągnać stan, o którym mówisz, a który jest sednem sprawy. Ten zaiście destruktywny proces, w którym płoną ideały, przekonania, zasady, tradycje, pragnienia, ambicje, instynkty i właściwie wszystko z czym się umysł utożsamił jest sposobem na rozwiązanie problemów. Właśnie dlatego jest destruktywny, bo zostawia człowieka pozornie z niczym, a jednak to coś, co zostaje nagle zaczyna rozumieć rzeczy w sposób właściwy czyniąc go tym samym wolnym i nieograniczonym przez reguły tego świata. Człowiek nietyle, co nie podlega im w jakiś magiczny sposób, tylko zaczyna żyć z nimi w zgodzie, tak jakby to on obejmował prawa, a nie one jego. Wtedy zaczyna być tym, kim jest naprawdę, nie tym, kim sądził, że może być. Dzieje się tak dlatego, gdyż w ogromnej większości jesteśmy, jak mitologiczny Narcyz, który zakochał się w swoim odbiciu na tafli wody nie zrozumiawszy przy tym, że to on przecież.
Dam przykład, chociażby na sobie samym - kiedyś miałem fantazję do bycia kimś w rodzaju kierownika w miejscu, gdzie pracuję. Uwierzyłem w coś, co wydawało mi się niezłym osiągnięciem, takim TOP 3 na liście życiowych iluzji. Polak w Hiszpanii kierujący grupą ludzi z różnych zakątków świata - optymistyczna wizja i na miarę możliwości, jak sądziłem. To było odbicie, w którym się zakochałem, a jednocześnie, gdyby stanąć z boku i się temu przyjrzeć, ograniczenie, limit, który sam sobie narzuciłem, czego oczywiście jeszcze wtedy nie rozumiałem, a co zrozumiałem dopiero, gdy przestałem wierzyć w tą iluzję i sycić się przyjemnością, którą daje samo wyobrażanie sobie takich rzeczy. Wszyscy to mamy, wiadomo o co chodzi. Spróbowałem wtedy czegoś nowego, co okazało się dać świetne efekty, bo odrzuciwszy (pośród innych rzeczy) to kim chciałem być, zostało ze mnie to, kim w rzeczywistości jestem. Dziś pełnię funkcję, którą sobie wyobrażałem i przyszło to do mnie samo, kiedy już dawno przestałem się tym przejmować po dość interesujących splotach okoliczności, które mówią mi, że moje imaginacje nie grały tu żadnej roli. Potrzebowałem tylko jedzenia, żeby móc egzystować tutaj nie umierając z głodu, a zostałem osobą, która jest w stanie kierować i uczyć innych ludzi. Jaka jest jednak różnica? Coś co kiedyś było moim celem, fantazją, ambicją, czy jakby tego nie nazwać, stało się dla mnie rzeczą totalnie naturalną, zwykłą i właściwie to zawstydzają mnie ludzie, którzy mówią, że jestem "kierownikiem", np. mój szef, czy inni pracownicy. To przecież tylko taka funkcja na teraz, żeby mieć chleb i móc przebywać z ludźmi, bo tak naprawdę czuję i wiem, że jestem kimś więcej, niż sobie mogłem kiedykolwiek wyobrazić.
Można w to wierzyć, lub nie, ale daje to wyśmienite wyniki i da każdemu, kto się podejmie wysiłku nie zmiany całego świata, żeby mu grał, tylko zmiany sposobu swojego myślenia. Najlepsze w tym jest to, że ci co mają najmniej, mają najbliżej.
I nie wrzucaj mnie do wora z yoovanem, starym niewolnikiem egipskim, któremu wystarczy polać, żeby nigdzie nie szedł
Bez urazy yoovan
Nie wiem, może nie zrozumieliśmy się dobrze, ale pisząc to u Ciebie, mówię to do wszystkich. Auć.
Miłego niejałowego dnia!