Od października chyba pierwszy raz zdarzył mi się dzień, w którym nie liczę dziennego bilansu kalorycznego. Są święta, więc nie dajmy się zwariować. Dzisiaj też sobie to odpuszczę, choć nie tak patologicznie jak wczoraj, a jutro się zobaczy, ale domyślnie kalorykę pewnie w trzeci dzień świąt złapię za łeb. Bilans szacuje na 4-5 kg na plus ( z czego spora część to raczej woda, która zejdzie w przeciągu kilku dni ). Jak czytacie w miarę uważnie to wiecie, że jedną z moich umiejętności (heh) jest szamanie sporych ilości jedzenia bez większych problemów, dlatego też waga po świętach skaczę znacząco. Wczoraj przy samej wigilii i tylko samego dorsza zjadłem niemal kilogram, a że za jagnięciną ( wyżej na foto ) u mnie w domu rodzinnym nie przepadają, to każdy zjadł tam po kawałku, a ja resztę. No cóż można założyć, że w okresie, w którym chce zjeść więcej, taniej jest mi kupić auto i wysłać na wakacje, niż mnie żywić, bo dzień pewnie zamykam w okolicach 9-12 tyś kcal ( w zależności od tego, czy mam ochotę na ciasta i słodycze).
Od jutra planuje deload, więc do pierwszego stycznia nie robię stricte treningu siłowego, ale żeby się nie opierdalać odpalę protokół Tabaty i będę chciał przez ten ostatni tydzień w roku redukować przy 2 tyś kcal na LC, a potem wracam do cyklu masowego. Domyślnie 3 x Thruster w jednej jednostce treningowej z około minutową przerwą pomiędzy cyklami, więc miazga totalna (do porzygania właściwie ) gdyż przez ostatnie miesiące dźwigałem jedynie złom i może się okazać, że z wydolnością jest kiepsko. Zresztą to jest tak intensywny trening, że nawet w formie nie obejdzie się bez wiadra na wszelki wypadek. Brakuje mi HIIT trochę, bo lubię się zmęczyć do granic możliwości, więc odczuwam bardziej satysfakcję, niż zniechęcenie do takich ciężkich treningów. Wraz z nowym rokiem zakładam też bardziej rygorystycznie trzymać się założeń dietetycznych, bo spożywam obecnie chociażby za dużo cukru ( do tej pory w lodówce 1.5 kg lodów się ostało heh # Häagen-Dazs ).
Wracając jeszcze na chwile do liczenia kalorii, to nie jest to dla mnie żaden kłopot. Być może komuś może to się wydać uciążliwe, ale odchudzałem się tyle lat i tyle czasu sam gotuje, że obecnie jeżeli chodzi o kalorie z produktów to jestem sawantem (lel). Znaczy się, patrząc jedynie na produkty w jednej chwil jestem w stanie powiedzieć ile łącznie mają kalorii, ile będzie miało kalorii danie z nich po przygotowaniu uwzględniając różne metody obróbki cieplnej , makrosy i takie tam (nie potrzebuje nawet znać w wielu przypadkach wagi tych produktów bo jestem w stanie bardzo dokładnie oszacować ile co waży. Ostatnio przy zakupach świątecznych dla beki siostra z torby wyciągała na zasadzie ślepego losowania produkty a ja z dokładnością +, - dwudziestu kalorii na zestaw byłem w stanie określić ich kaloryczność . Piszę dla beki bo rodzeństwo nie chciało mi wierzyć, że nie pierdolę głupot i sprawdzali to online z kalkulatorami i dziennikiem żywieniowym. Swoją drogą, ktoś przegrał wtedy dolary
. No cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że mam talent do talentów, które są dla większości zupełnie nieprzydatne w życiu. Koniec końców i tak korzystam z dziennika żywieniowego, bo mam problemy z prostym dodawaniem w pamięci i wolę się nie męczyć :ayfkm:, ale mi tam nie sprawia żadnego problemu taka praktyka bo jest to dla mnie naturalne jak mycie zębów.
W karty sobie gram ciągle, chociaż trochę obecnie zwolniłem, jednak nie przez to, że święta tylko przez to, że dokucza mi od kilku dni znowu Zespół Zależności Alkoholowej. Jeszcze tydzień temu co prawda mocno nie dosypiałem jednak jak kładłem się o 3-4 rano to do 8-9 jednak jakoś to przespałem. Obecnie kładę się o tej samej porze, ale z reguły jakiś zjebany alko sen budzi mnie po dwóch godzinach i potem już nie mogę więcej spać. Z tego powodu jestem na tyle zmęczony, że jak mi leci przy stolikach głowa to robię sobie dłuższą przerwę. Mimo wszystko chce na tyle dużo grać ( a zostało jeszcze z 60 godzin ) by wyrobić się z tym do czwartku i końcówkę roku się opierdalać. Nie wiem czy wyjdzie, a jak nie, to prawdopodobnie znowu będę miał wyjebane na kasę z bonusów i tak czy siak odpuszczę sobie jakąkolwiek pracę w ostanie dni przed Sylwestrem.
Jak będzie mi się chciało, to zrobię może podsumowanie roku, bo do tej pory nie przypominam sobie abym zamykał takowy bilansem zysków i strat, ale miałem do tego konkretny powód bo zazwyczaj 70 % czasu w przeciągu ostatnich kilku lat zaliczałem glebę więc nie widziałem sensu aby dzielić się tym i żalić na blogu. Ten rok mimo wszystko jest wyjątkowy, bo chyba nawet bilans dni trzeźwych do pijackich wyszedł na plus na korzyść tych pierwszych, więc wielki sukces i otwieramy kurwa szampana
Idę sobie coś zjeść, bo ostatni duży posiłek jadłem... jakieś 20 minut temu . Zdrowia.