Fajny blog, dziękuję,że piszesz!
W marcu przepracowałem 164h, na fiszkę trafiło 147h, moja rezerwa wzrosła o 17h. Jak na naszą firmę to solidnie, ale patrząc na wyczyny kolegów z innych firm to wypada to blado.
Zdrowotnie z wątrobą jest dobrze, ale żebym się nie nudził dopadła mnie astma, która mocno pokrzyżowała plany.
Handel zdecydowanie słabszy, ratowała spożywka, ale ogólnie widzę, że szans na przyszłość nie mam. Nie odłożę ani kawałka €, gdyż nie mam z czego. Praktycznie cały czas daję na zeszyt, za towar płacę częściowo, reszta na zeszyt. Jeszcze tak słabo finansowo nie stałem, ale z drugiej strony zawsze biorę towar, gdyż jak ruszy sezon nie będą mieli gdzie zapakować piwa wtedy dostawy będą mega ograniczone.
Treningi.
Pierwszy sukces i to w miejscu gdzie myślałem, że będzie trudno.
W pierwszym tygodniu podszedłem do 95 kg i bez problemu wyciskane, więc wrzuciłem 105 kg, ale nie wyszło. Za dużo. W drugim tygodniu pękło 101 kg i to praktycznie bez wysiłku, ale 105 kg nadal problematyczne. Zauważyłem, że do zrobienia wyniku potrzebuję chwilowej pauzy przed wyciskaniem. Normalnie w czasie treningów nie mam przerwy na odpoczynek tylko przejście do nowego ćwiczenia i jazda i tak przez wszystkie stacje. Przed wyciskaniem muszę jednak zrobić 15s. przerwy inaczej nie zrobię wyniku. Gdy byłem pewien, że 110kg pęknie na momencie jeszcze w marcu, przyszła astma i plany legły w gruzach. Ćwiczyłem, ale nie miałem sił i tleny w płucach by walić duże ciężary. Natomiast i tak jest dobrze, gdyż plan na marzec wykonany.
Patolem miesiąca marca został FILOZOF za:
a. ) za próbę spalenia Prowensale
b. ) zgubienie sekatora wartości 1650 €
c. ) rozwalenie kibla.
Patolem miesiąca lutego o czym zapomniałem napisać był SPADOCHRONIARZ za ukłon poddańczy przed Patronem.
Opiszę sytuację, gdyż była hitem lutego.
Sortownia jechała na wiązania kiwi. Przy takiej pracy zawsze jest Patron oraz Izka jako minimum, niekiedy dochodzi Sebastien czy Fransina. Jarek ( nasz bohater ) pomimo że ma pracować z szefostwem popił, a że wali już od kilku dni niewiele trzeba było by go rzuciło. Chłopacy stoją w rajkach, ten trzyma się druta. Przyjechał Stary, coś do niego mówi, On się odwrócił do Patrona, puścił się gałęzi i nogi nie dały rady. Klęknął, następnie centralnie twarzą w błoto przed nogi Christiana. Takiego wyrazu szacunki nikt jeszcze patronowi nie złożył. Za „gest” otrzymał resztę dnia wolnego oraz następny.
Absencja pracownicza – marzec był wręcz rekordowy szczególnie na samym początku gdyż był cały ciąg gdy brakowało ludzi w pracy. Rekord to 11 osób !!! w tym 6 Bułgarów, 2 Francuzów oraz 3 Polaków. Ciąg w dniach wyglądał następująco: 8 / 8 / 9 / 10 /11 osób. Daniel dostawał zjeby, że nie wyrabia się z robotą a On nie miał z kim pracować !!! Czegoś takiego jeszcze nie widziałem.
Plany na kwiecień.
Praca, tu bez zmian. Do tej pory jeden z gorszych miesięcy, gdyż musimy czekać na kwiatki by ruszyć z siatkami, ale kwiatki puściły już marcu więc może uda się wypracować przynajmniej normę kalendarzową, jeśli wpadną dodatkowe godziny, będzie git.
Jest to też ostatni miesiąc pracy więc na koniec liczę na premię. Nie dostałem jej nigdy ( kiwi było za wypracowane normy więc się nie liczy ), a to co nam wpisują jako premia za wydajność jest niczym innym jak wyrobione nadgodziny i ostatnio dostałem całe 92€ za 1.5h. Dostałem swoje.
Zdrowotnie – dieta. Odchodzę od chleba. Gluten to gówno, wszyscy o tym wiedzą, ale jakoś nikomu się nie chce z tym walczyć. Odrzucam produkty mączne, to co mam na stanie do konsumpcji i koniec z tym. Pozostało mi pół paczki makaronu, który kiedyś zrobię z czymś dla urozmaicenia diety, ale od teraz tylko ryż, który muszę przetestować, który najlepiej smakowo pasuje mi do diety. Mięso również odstawiam zamieniając na rybkę. Jedynie raz w tygodniu na weekendzie mogę zjeść jakiegoś kebaba czy pizzę.
Oczekiwany wynik to zdrowie oraz spadek wagi.
Astma, jestem na sterydach, zdrowie poprawia się, czyszczenie powinno dać oddech na jakiś czas, później w kraju konsultacja u pulmonologa i leczenie już pod kontrolą.
Treningi – w głowie najważniejsze to wycisnąć 110kg. Nie wiem jak to zgra się z dietą, ale trzeba zawalczyć.
01.04
Jesteśmy na Gandalu, zakładamy siatki na śliwce. Nadal nie jestem w formie, więc Daniel każe wziąć mi elastiki i wieszać na klipsach. Najlżejsza robota, tyle, że okazało się, że masa siatek wisi na śliwce i nie da się tego ściągnąć. A ch.j, poszedłem po krótką peszkę zwaną bombą czy pięścią tym samym biorąc najgorszą robotę. Na śliwce drut jest dość wysoko, więc mogłem przechodzić między rajkami i przygotowywać pracę dla dwóch ekip. Robota szła kiepsko, gdyż źle ludziom wytłumaczono jak mają pracować plus problemy z zapamiętywaniem u pracowników i mamy Sajgon.
1. powiedzieli, że pierwsze elastiki zakłada się odwrotnie, ale nie powiedzieli, że tylko z jednej strony siatki, więc Bułgarzy zakładali z każdej, dobrze, że kontroluję pracę „nowych” i w miarę szybko błąd przechwyciłem.
2. Raciu zakładał elastiki jak popadło, raz tak, raz inaczej do tego klipsy dawał na dół, bo tak łatwiej.
3. Jargę ja kontrolowałem. Wytłumaczyłem co i jak, zrozumiał, kilka pików Ok, później wszystko zrypał i trzeba było odpinać i przypiąć ponownie.
Gdy ogarnęliśmy sad, Daniel zapytał się kolegi czy małe rajki zrobione ( wcześniej stała tam platforma ). Kumpel potwierdził, że zrobione, więc się spakowaliśmy. Mamy wyjeżdżać a tu ZONK, kliny nie ruszone !!!. Za karę Polacy do domu, Bułgarzy zostali i kończyli robotę. Kumpel był nieźle naprany, więc dlaczego go posłuchał ?
Wieczorem poszła wieść, że są wypłaty. Pomimo, że zostało niewielu ludzi spodziewałem się, że „wyrobią się” 02-03.04 a tu taka niespodzianka i to spora, gdyż po raz trzeci mam pieniądze na koncie jako jeden z pierwszych :).
Przelew kliknięty i kaska poszła do żonki.
Jarga – z Afryki ten nasz koleżka – czyli nowy pracownik Senegalczyk mieszkający w Tuluzie.
W sumie nasza firma stała się globalna ze względu na strukturę zatrudniania. Są Polacy, Bułgarzy, Francuzi, Hiszpan, Brazylijczyk oraz Senegalczyk. Zrobiło się kolorowo.
Późnym popołudniem z kolegą pojechaliśmy pod Montabaun na spotkanie z Polonią 82. Gdy już udało się znaleźć lokal okazało się, że jest zamknięty. Nikogo nie było, Pani Renata wylądowała w szpitalu, gdyż ma problemy z nogą. Szkoda, miał być to mój pierwszy kontakt ze Stowarzyszeniem do którego chcę się zapisać i aktywnie uczestniczyć w życiu Polonii.
02.04.
Nie bardzo wiedziałem po co, gdyż kwiatki są na jabłkach, na kiwi jeszcze czas, ale każą jechać to jedziemy. No tak, sad kiwi został uzbrojony teraz pozostało tylko założyć siatki.
Na początek awantura. Ja mam iść na szofera platformy, ale zwróciłem Izie uwagę, że nigdy nie prowadziłem. A Ona od razu z żalami, że co, Ona ma wszystko robić ?. I teraz najlepsze. Na Barios jeździ platforma, gdzie na 4 osoby jest 4 kierowców, tu na 12 osób ani jednego. Po za tym wolę nie pchać się na szofera, gdyż za prace platformy odpowiada szofer, któremu nie płacą ani grosza więcej. Zasada prosta, robisz za najniższą, więc pracujesz jak za najniższą i żadnych dodatkowych prac za free. Daniel zobowiązał się, że mi wszystko pokaże. FCK, jeszcze tego mi brakowało, od teraz będę zawsze wpychany na platformę i to najczęściej jako szofer.
Co do samej pracy to fajna robota jeśli dostanę plakietki, zastanawiam się tylko co jeszcze innego można robić. Ano można. Dostaliśmy agrafki i zapinaliśmy siatki na górnym drucie Najgorsza robota jaka może być przy zakładaniu siatek i nie dlatego, że ciężka, ale dlatego że kciuki po tym są opuchnięte i poranione od ciągłego nakłuwania. Będzie bolało, oj będzie. Jedyny plus to wielkość agrafek oraz tylko trzy „bolce”.
Na platformie ekipa międzynarodowa, trzech Polaków, jeden Hiszpan oraz Francuz czyli Daniel, który robił za szofera oraz zakładał klips po mojej stronie. W sumie to było nawet fajnie. Na każdą barierkę przypadały 2 klipsy podczas zatrzymania platformy, ale na mojej robiliśmy po jednej, gdyż stałem za Danielem. I było tak fajnie do momentu aż przyjechał Patron, który to zauważył i dał zjebkę Danielowi, jak to jest, że wszyscy robią po 2 agrafki, a ja jedną !!!. Skończyła się sielanka, mało tego, Daniel zszedł z platformy i teraz oprócz 2 agrafek dodatkowo kierowałem maszynką. Teraz inni stali a ja cały czas w robocie. Tak, równowaga w przyrodzie musi być :P.
Ano tak to jest jak się nie wypłaca zaliczek to przy wypłatach trzeba liczyć się z tym, że ludzie zapiją i nie będą w stanie wstać rano do pracy. Wczoraj sporo lało się alkoholu na a'konto „płynącej” wypłaty. Wystarczyło normalnie dawać zaliczki, ludzie pochlaliby na weekendzie, w tygodniu byłby spokój, ale nie, są mądrzejsi.
Na platformie brakuje mi połowy załogi. Padł Hiszpan oraz Młody, w zastępstwie mam Bułgarów. Robota idzie fajnie, palce zaczynają boleć a to nie fajnie, ale ważne, że godziny lecą tyle, że w okrojonej ilości. Wczoraj uzbierałem 6h15m, dzisiaj wyszło 5h45m. Początek miesiąca słaby.
03.04.
Pada, więc dzwonimy jak z pracą. Mamy przyjść na 10;00.
Ano tak to jest jak się nie wypłaca zaliczek to przy wypłatach trzeba liczyć się z tym, że ludzie zapiją i nie będą w stanie wstać rano do pracy. Wczoraj sporo lało się alkoholu na a'konto „płynącej” wypłaty. Wystarczyło normalnie dawać zaliczki, ludzie pochlaliby na weekendzie, w tygodniu byłby spokój, ale nie, są mądrzejsi.
Na platformie brakuje mi połowy załogi. Padł Hiszpan oraz Młody, w zastępstwie mam Bułgarów. Robota idzie fajnie, palce zaczynają boleć a to nie fajnie, ale ważne, że godziny lecą tyle, że w okrojonej ilości. Wczoraj uzbierałem 6h15m, dzisiaj wyszło 5h45m. Początek miesiąca słaby.
W sprawie konkursu – bula sprawia największy problem. Ściana była tak mocno podziurawiona przez skoczków którzy hamowali głową, że musiano ją łatać, wewnątrz jest masa papieru, wszystko załatane szpachlą. Natomiast największe krwawe sceny odbywały się podczas lądowania. SPADOCHRONIARZ czy inni mają blizny po kontakcie z kaloryferem. Jak zauważyliście na trzecim zdjęciu jest światełko dochodzące z tunelu. To dla tych którym znudziło się życie na Prowensale, ale jak na razie nikt nie garnie się do Piotrowej Bramy.
Podsumowując – na 3 stopniach zdecydowanie najwięcej osób traciło równowagę i musiano ją wnosić czy też znosić do pokoju po melanżu na piętrze.
Art - dzięki za udział
natraj - telemarkiem to fisze lądują, u nas jest barwniej i ofiarniej. Bogom krwi nie żałujemy :).
janiboy66 - to ja dziękuję, że czytasz.
08.04 - poranek. Lubię barwy, więc pozwólcie, że będą wstawiał fotki z zachodami jak i wschodami słońca.

09.04 - całkiem inny poranek

09.04 - w południe już całkiem inny dzionek. W planie kwiatki jabłonek, które między innymi przyczyniły się do nawrotu astmy.

09.04 - a to już popołudnie, zbiera się na burzę. Ta zmienność pogody w ciągu dnia :).

12.04 - "rower" jaki kupił sobie Jarga by dojeżdżać do pracy

12.04 - pochyłość w rajkach. Jak pamiętacie w zeszłym roku kolega postawił maszynę na dwóch kołach i gdyby nie pik, który wytrzymał ciężar platformy byłaby prokuratura w firmie. Tego dnia szofer był tylko szoferem i mógł skupić się na pochyłościach, dodatkowa osoba rozpinała siatki. Również mądrzejsi zamienialiśmy się miejscami na pasarellach. Najciężsi jako przeciwwaga stawali po drugiej stronie ( ja z Jareckim ) aby maszyna zachowała w miarę stabilność.

13.04 - ceny paliwa do dzisiaj ( 28.04 ) bez zmian.

13.04 - rarytas w pięknym stanie Renault 18 ![]()


Z ciekawostek. Maluszek z poprzedniego wpisu był wystawiony za 3.500 €. Został sprzedany, nie wiem tylko za jaką kwotę.
Pozdrawiam.
Oczywiście że jest nagroda – weekend w Ośrodku Wypoczynkowym „Prowensale” wyposażonym w wodę oraz ogrzewanie i to wszystko nawet działa ( stan na dzisiaj ), tak więc kolego zapraszam.
04.04
Od wczoraj nie mamy wody. Jeszcze wczoraj rano zgłosiliśmy awarię, w południe Daniel potwierdził, że przekazał do szefostwa, ogólnie to nie tylko u nas susza, ale również u Izabelli, która jest podłączona do tej samej studni. Od rana Sebastien obiecał zająć się sprawą i dzisiaj ma być woda. W południe zjechaliśmy na przerwę, wody nie ma. QUWA MAĆ. Pierwszy raz w życiu jestem w sytuacji, że po pracy się nie myłem, jeśli dzisiaj będzie powtórka nie wytrzymam. Na wszelki wypadek umówiłem się u koleżki, że dzisiaj myje mi plecy. Nie ma problemu.
Popołudniem są wieści – pompa padła, nie dało się naprawić, jest wyciągnięta, jutro wstawiają nową. Cała firma kąpie się na mieście, część nawet u Gilberta :).
Wieczorem omawiano kwestię strajku. Byłem przeciwny. Awaria pompy zdarza się i gdyby nie podjęto kroków w celu jej naprawy czy wymiany, to jak najbardziej, można strajkować, ale kumpel, który robił przy wyciąganiu pompy jest gwarantem, że jutro wszystko powinno być OK.
05.04
Pojechaliśmy do pracy. Do południa skończyliśmy wcześniej, popołudniem startujemy normalnie. Wykorzystałem dłuższą pauzę i pojechałem na Borios skorzystać z toalety w wersji full.
Popołudniem po powrocie z pracy czekały na nas prysznice pełne wody. Ja pierdolę, jaka radość.
Opowiedziano mi historię sprzed wielu lat. Sytuacja była podobna, padła pompa i nie było jak się myć, a wszystko działo się na starcie zbiorów. Wyobraźcie sobie tłum ludzi po pracy, przepoconych, zmęczonych i okazuje się, że nie ma wody. Dzień wytrzymali, ale następnego dnia po pracy wszyscy pojechali na Borios. Fransina odsłoniła basen i w swoim stylu dała im do dyspozycji basen oraz biurowe zaplecze socjalne ( prysznic oraz WC ). Nie wiem jak to przeżywał Stary, ale właśnie za takie gesty kochamy Fransinę. W sumie wody nie było około 20 dni ale już tak to nie przeszkadzało.
06.04
Sobota i ponownie wolne. Świeżo po wypłatach, część ludzi na Andorze, a część pije na miejscu.
Rano zrobiłem sobie trening, ale najwidoczniej wykończył mnie, więc położyłem się spać.
- Wiechu wstawaj !!! - usłyszałem – zostałeś nominowany do ratowania honoru Prowensale – otworzyłem oczy i widzę kumpla, ale nie bardzo jarzę – dalej, chodź. Musisz położyć Młodego na ręce, gdyż twierdzi, że nie ma na niego mocnego na całej Prowensale.
Wstałem, wyszedłem. Jest publika, „przeciwnik” czeka.
- Musisz położyć go na ręce – zachęcał kolega.
- No dobra, kieliszki i butelki na kraniec, potrzeba więcej miejsca - „zażyczyłem” sobie. Nie czułem się pewnie, gdyż już ponad 30 lat nie siłowałem się na łapy, ale swego czasu byłem mocny, bardzo mocny. Młody rozebrał się, prężył dumnie muskulaturę i czekał na następną „ofiarę”.
Złapaliśmy się za dłonie, kumpel puścił „uścisk” i zaczęło się siłowanie. Powiem, że trwało to długo i to tak długo, że poczułem, że za chwilę jak nie ruszę do ostatecznego natarcie to przegram. Musiałem wszystko postawić na jedną kartę. Całym barkiem natarłem i z trudem, ale Młodego położyłem. Przeciwnik stoi w szoku i nie wierzy. Koledzy gratulują, przeciwnik również podziękował, ale zażyczył sobie rewanżu. Zaproponowałem teraz na lewą, gdyż prawą miałem zmęczoną. Zgodził się nie wiedząc, że wpadł w pułapkę. Lewą mam zdecydowanie silniejszą :D.
Tu byłem pewien wygranej, kwestią było, jak długo będzie stawiał opór. Stawiał tylko chwilę, pojedynek trwał zdecydowanie krócej.
- Hahahaha – ryczał kumpel – wchodzimy do pierwszego z brzegu pokoju, budzimy typa ze snu, przychodzi zaspany, kładzie Cię na prawą, mówisz mało, kładzie Cię na lewą – hahahaha i co, same leszcze na Prowensale ? - wszyscy brecha, a Młody stoi i nie może dojść do siebie.
- Ale za tydzień rewanż – zaznaczył. Potwierdziłem, że nie ma problemu.
Wcześniej Młody położył FILOZOFA, a zajęło jemu to niecałą sekundę :D.
07.04
Wcześniej zaplanowałem wyjazd na Mountaban aby zwiedzić miasto i wrzucić Wam kilka fotek, ale wczorajsza inwentura wykazała marny stan kasy i musiałem zrezygnować z wypadu. W Mountaban byłem dwa razy. Pierwszy raz w MSA i już wtedy miasto wydało się ładne, oraz teraz 01.04 gdy pojechaliśmy na zebranie Polonia82. City godne uwagi, stąd decyzja o bliższym zapoznaniu się z miastem, niestety przełożona na dalszą przyszłość.
Wczorajsza analiza finansów wykazała, że nie jest tak fajnie jak by się chciało. Zapłacę za 5 miesięcy meldunku, mam na przeżycie, ale brakuje mi na powrót. Aktualnie już słono dopłacam do auta, a miało być minimum na zero, a najlepiej jakby dało jakiś zysk. Niestety tak nie jest. Najczęściej jest max dwóch pasażerów, co daje do 20€ wpływów przy 30€ wydatkach. Oprócz tego od początku kwietnia jestem na „ścisłej” diecie, która podrożyła koszty życia, ale z drugiej strony zacząłem zrzucać wagę. Coś kosztem czegoś.
Miałem wspomnieć o problemach z autem. Otóż któregoś ranka okazało się, że auto nie odpaliło. Kontrolki ledwie się zapaliły, ale prądu było za mało by rozruszać auto. Odpaliłem na klemy, wieczorem akumulator wziąłem do ładowania. Następnego dnia na świeżym akumulatorze wszystko OK, ale dzień później totalne zero, nawet centralny nie zareagował.
Szybki SMS do kumpla i podwiózł akumulator ze swojego auta, które stoi w krzakach. Bateria ma rok, kwestia dogadania i odkupuję, ale............................ dwa dni później jego bateria również zdechła. Teraz przełożyłem na moją, a jego do ładowania. Wieczorem na wszelki wypadek rozpinałem klemę, aby prąd nie uciekał. Jedno już było pewne, bateria sprawna, coś zaciąga prąd, gdzieś jest zwarcie. Aby normalnie funkcjonować rozpinałem baterię i problem tymczasowa zniknął. Wczoraj ( 01.05 ) podjechałem do chłopaków pracujących u konkurencji, mieli miernik i ogarniają temat. Na początek centralny, później bezpieczniki, ale po rozłączeniu na mierniku bez zmian cały czas pobiera 1.34 A. Sprawdzono przekaźniki, również zero, komputer identycznie. Inny kolega mówi by sprawdzić żarówki, bo niby gówno ale potrafi poszarpać „elektrownią”. Trafiony, jedna żarówka z tyłu od strony pasażera paliła się cały czas, została wypięta i spadło do 0,97, ale nadal dużo. Następna żarówka trafiona i mamy 0.71, reszta żarówek sprawna. Myślimy, myślimy. Żarówka w bagażniku. YES, YES, YES. Paliła się na stałe, zgasiłem i pobór spadł do 0,07 A. Ostateczne zwycięstwo ogłoszę 02.05 rano, gdyż auto będzie przez całą noc na klemach.
Victoria, dzisiaj rano z okna otworzyłem auto na pilota, później bez problemu odpaliłem.
Filozof wstawił pranie, ale zapomniał wyciągnąć kostkę haszu ( widać przy okienku ) oraz włożyć kapsułkę do prania :). Gość rozwala system :P.

15.04 - nasze kiwi

15.04 - róże przed ALDI

16.04 - Gandalu - obok naszego sadu kiwi jest sad Canady ( jabłka ) z dziwną techniką "strzyżenia", powiedziałbym na Rutkowskiego. U nas podcina się gałęzie, wycina wilki, tu jakby podkaszarką jechali. Z drugiej strony kolega traktorzysta twierdzi, że jabłka to wręcz giganty. Hmmmmm.

michael93pl - :). Od poniedziałku miały iść wpisy seriami, ale w niedzielę wydarzyło się coś, co było dla mnie nieprzyjemne a to uczucie goryczy trzymało mnie do czwartku. Nadal jestem zniesmaczony, ale co zrobić ?.
03.05
Miałem odpocząć i wcześniej niż o 8:00 nie wstać, ale nie dało się. Na nogach byłem o 7;15, po 8:00 logowałem się na konto by sprawdzić czy jest kasa. Na koncie bez zmian :(, następne logowanie o 9:00 oraz 10;00, ale ponownie pudło. Qurde, jeśli do 12:00 nie będzie kasy to po ptokach. Myślę i myślę. Jeśli dzisiaj mam dostać dokumenty to muszę do 11;00 mieć przelew, aby zdążyli wypełnić resztę dokumentów. Jak na szpilkach czekam, czekam, jest 11;00, loguję i widzę.................................... wypłata na koncie. Szybka akcja, lecę po kumpla który właśnie przyjmuje się do naszej firmy.
– Lecimy do biura – rzuciłem.
Dosłownie chwilę później jesteśmy na Borios. Księgowa siedzi przy papierkach których nie ogarnia. 20 minut klikania i nadal w tym samym miejscu. Mówię, że kolega nie korzysta z somage, więc może dlatego nie wchodzi. Nie bardzo zrozumiała, ale machnęła ręką, odłożyła kolegi dokumenty, wzięła się za moje. Fiszka jest, ale tego spodziewałem się, inaczej nie byłoby wypłaty, teraz zabrała się za attestation do pole emploi. Po chwili stoi i nie może przejść dalej. Domyślam się, że to ten sam punkt co wcześniej. Rozkłada ręce, a czas leci. Chwyta za słuchawkę i wybiera infolinię. Zgodnie z instrukcją wklepuje i …....................... poszło. Podziękowała, odłożyła słuchawkę by zacząć narzekać na francuską administrację :D. WOW, ja bym poszedł dalej i ponarzekał jeszcze na nią, bo administracja to jedna rzecz, a jej brak wiedzy to druga.
Dokumenty wydrukowane, jeszcze tylko info od kiedy kolega może wystartować z pracą. Wstępnie od 12.05 i pomimo że to w cholerę dużo czekania i bez sensu takie siedzenie, na dzisiaj nie ma innej decyzji. Jakby co zadzwonią.
Jest reszta kończących kontrakty czyli dalsze dwie osoby.
Zawijam się na „chatę”. Jestem spakowany, teraz zrobić tylko kawę i herbatę do termosów i wypad.
Przyjechał Mateusz, rzuca, czy bym Go zabrał, gdzieś podrzucił w Polsce, resztę przejedzie koleją. No dobra, nie ma problemu, po drodze miałem sprawdzić połączenie z Wrocławia oraz Łodzi, gdzie będzie lepsze na Puławy, tam Go zostawię. Na kolegę muszę poczekać z 2-2,5h, aby ogarnął chatę oraz się spakował.
Z parzeniem kawy oraz herbaty muszę poczekać, lepiej by była zrobiona tuż przed wyjazdem, dłużej utrzyma ciepła.
Dzwonią, wszystko załatwione, jeszcze wjadą tylko na zakupy i zaraz będą.
10 minut później ponownie telefon
- Wqurwisz się – zaczął Mateusz
- Mów – odparłem
- Wqurwisz się, ale właśnie zadzwonił busiarz i powiedział, że będzie miał jedno wolne miejsce. Qurde, nie gniewaj się, ale On mnie wysadzi tylko 130 km od domu, będzie mi łatwiej.
- OK, to już bez znaczenia, szkoda mojego czasu, bo mam już spalone 2.5 h, narqa – rozłączyłem się, gdyż dalsza rozmowa nic nie wnosiła, a ja już miałem plecy. Szybko zalałem termosy. Herbata do tego co słabiej trzyma, kawa to „premium” gdyż nawet po 24h kawa nadal gorąca. Herbatę można pić letnią czy nawet zimną, ale kawa musi być gorąca.
Pożegnałem się z „mieszkańcami”, szybko w auto i wyjazd. W nawigacji podstawowy parametr to omijaj płatne. Tak. Nie stać mnie na szaleństwo jazdy płatnymi. Ogólnie to nawet nie mam kasy na przejazd, w gotówce 124,75€, resztę muszę zasilać się kartami. Wypłaty 1313 €, żonie przelałem 1250€, rezerwa zostawiona na trasę, która z wcześniejszym stanem konta dała w sumie na karcie 121 €. Dużo lepiej wygląda karta kredytowa z PeKaO, ale to rezerwa na wypadek awarii auta.
18 km przed Cahors zaczyna padać i zanosi się na ulewę. Widzę na poboczu dwie osoby, które machają na stopa. Zatrzymałem się i je zabrałem. Potwierdziło się to co wydawało się z daleka, nie była to francuska elita, ale nie zostawię ich na deszczu, nie zgodziłem się tylko na blanty, które natychmiast zgasili. Już po chwili czułem w samochodzie zapach „nieświeżości”. Z pobocza zabrałem parę, która wyglądała na żuli. Życie. Byli wniebowzięci, że zatrzymałem się, ale jakie było zdziwienie, gdy okazało się, że jestem Polakiem :D. Pogadaliśmy na tyle ile się dało i powiem Wam szczerze, że jakoś się dogadywaliśmy, powiem więcej, nie byli ułomni umysłowo. To, że ktoś pije czy jara nie czyni go gorszym o czym wielokrotnie przekonałem się w życiu. Więcej, Ci ludzie często są bardziej wrażliwsi od tych tzw. „lepszych”. Wjechaliśmy do Cahors, wyjechaliśmy z miasta, a Oni nic. Trochę się zaniepokoiłem, bo jeśli okaże się że ot tak sobie jeżdżą po kraju i zechcą jechać ze mną jakieś 200-300 km to bałem się, że „zaczadzę” się od ich zapachu. O, ponownie tabliczka Cahors. Tu gość siedzący koło mnie zagadał, czy nie podwiózłbym ich pod szpital, to tylko 1 km od trasy, a On ma problemy z chodzeniem – i tu podniósł nogawkę pokazując łydkę mocno opuchniętą z dziurą otoczoną białymi naroślami. WOW, nawet gdyby było 10 km to podwiózłbym. Wow, jaka rana, tam pewnie jest już infekcja. Jest znak na szpital i rzeczywiście tylko 1 km. „Stopowicze” na pożegnanie bardzo dziękowali i życzyli dobrej podróży. Podziękowałem za życzenia, jadę sam więc szczęście będzie potrzebne.
Praktycznie od samego Cahors droga całkiem przyzwoita, tyle, że trochę za dużo radarów. Długo kalkulowałem czy przypadkiem nie jechać autoroute, płatne, ale nie obawiałem się mandatów, tu na bocznych przy niedziałającym prędkościomierzu musiałem się mocno pilnować by nie wtopić. Doszedł jeszcze jeden problem. Na lokalnych drogach późną porą ciężko o czynną stację paliw, więc może być problem z tankowaniem gazu. Można zapłacić kartą, ale przy płatności nie ma opcji tankowania gazu, gdyż najczęściej dystrybutor jest gdzieś z boku. Plus, że jeśli już zatankujemy to zdecydowanie taniej niż na autostradzie.
Jazda w nocy przez Francję to nuda, więc ją pominę za wyjątkiem samego wyjazdu czyli ostatnia prosta na Mulhouse. Było to nad ranem, mam długą prostą, z głośnika płynie Seal. Po drugiej stronie mam planowane spanie, tyle, że chcę opuścić Francję. Nie wiem kiedy to się stało, ale gdy............................................................ otworzyłem oczy siedziałem za kierownicą i prowadziłem auto !!!. „Qurwa mać” - pierwsze co powiedziałem. Rozglądam się, długa prosta, na kierownicy zaciśnięte dłonie. Myślę. Nadal leci Seal, więc nie mogło trwać to długo. Ok, kilka liści na twarz, aby wyładować złość oraz by się to nie powtórzyło. Ogólnie, pomimo że czułem się „wyspany” już po stronie niemieckiej zjechałem na planowane spanie. Cały czas myślałem jak to się stało, że się nie rozjebałem i jedyne co mi przychodziło do głowy to życzenia szczęśliwej drogi od autostopowiczów. Kto wie, może im zawdzięczam, że nadal byłem cały ??.
To, że jestem w Niemczech to widać. Wszystko ładne, zadbane, kipi bogactwem. Obok mnie zaparkowało wielkie AMG i wiecie co ??. W pisuarze, gdy „laliśmy” obok siebie nie było widać kto czym jeździ, gdyż różnicę w wartości aut to tylko zera i przecinek w innym miejscu, natomiast cała reszta to równość.
Spania 45 minut i nie dało się więcej, byłem super wypoczęty. Jadę dalej. Po chwili następny Mercedes AMG ( czerwony ) przelatuje koło mnie, ale ten dodatkowo posiada naklejkę z logo Freiburga ( taka sama jak obok mojego nicka ). Fury non-stop „przelatują”, a ja mogę patrzeć i tylko się uśmiechnąć, gdyż pomimo niskiej wartości mojego auta, ono również sprawia mi radość z jazdy. Zaraz za Freiburgiem pogoda gwałtownie się pogorszyła i od zachmurzenia przeszła do opadów a jakieś 100 km przed Norymbergą przeszła w śnieżyce !!!. Przed Dreznem przeszło w deszcz ze śniegiem, na granicy niemiecko-polskiej już tylko deszcz i do samego Konina praktycznie cały czas padało.
Na terenie Niemiec dwa tankowania gazu, ale z bananem na twarzy. Za pierwszym razem płaciłem 0,64€ / L, za drugim jeszcze taniej gdyż tylko 0,62€ / L.
Po stronie polskiej to już ekstazy, gdyż w Międzyborzu tankowałem po 2.34 zł /L gazu, a SP95 za 5.19 zł /L. Pod domem podjechałem o 20:30. Nikt nie wiedział, że wracam, więc nie dzwoniłem. Stanąłem na tarasie i przez chwilę przyglądałem się domownikom. Żona z przyszłym zięciem oglądała program telewizyjny, ale ani razu nie spojrzała w stronę tarasu. Szkoda, gdyż chciałem zobaczyć jej minę, gdy zobaczy moją sylwetkę. Dałem spokój, poszedłem na przód domostwa i zadzwoniłem. Po chwili otworzyły się drzwi w których stała żona.
Wpis ze "środka" życia. Następny ( już niedługo ) wypełni lukę.
04.05 Niemcy !!!.
Zagadka - co za auto goniłem
:D. - Niemcy 04.05
Normalnie autko przejechało, ja zrobiłem WOW i uśmiechnąłem się do siebie, że miło jeździć w takim towarzystwie, ale po chwili do mnie dotarło, że przecież muszę to udokumentować :). " Dasz radę, wierz mi, dasz radę" - rzuciłem do Volvicy i ruszyliśmy w pogoń. A jak, jak widać na załączonym filmiku daliśmy radę :P.
Często zastanawiam się czy w moim wieku to jeszcze możliwe ?.
elusivepl - zgadza się. DeLorean DMC-12 - auto z "Powrotu do przyszłości". Tu należą się Tobie przeprosiny za późną odpowiedź. SORRY.
07.04
Muszę wrócić jeszcze do 07.04 gdyż był to ciekawy dzień. Popołudniem na życzenie chłopaków miałem ich zawieźć na Castelferruse do chłopaków nad staw. Do wyprawy odpowiednio się przygotowali, gdyż ich ekwipunek zawierał 8 piw oraz kostkę. Gdy pakowaliśmy się do samochodu kumpel zapytał się Filozofa czy zabrał reklamówkę.
- No co ty, jak mógłbym nie zabrać - i klepnął pustą reklamówkę włożoną w boczną półkę drzwi.
Ok. Wystartowaliśmy. Na miejscu gdy wysiadali z samochodu kumpel zapytał się gdzie reklamówka.
- No nie mów, że nie wziąłem ? - zadał nie wiadomo komu pytanie Filozof. Szukamy w aucie, bagażniku ale nigdzie nie ma.
Ale szły gromy na Patolu, o kurwa, ale go koleś jebał.
Dobra, wracam z Patolem na Prowensale. Zgodziłem się, że jeszcze raz przyjedziemy na Castelferruse chociaż nie miałem najmniejszej ochoty. Na miejscu latamy i szukamy reklamówki ( pełnej ), ale ni cholery nigdzie nie ma !!!.
Na tyle znamy Patola, że trzeba uwzględnić wszystko. Sprawdzone wszystkie pokoje ( nawet te „nieczynne” ), łazienki, kuchnia, nawet kociarnia. Nigdzie nie ma śladu !!!. Wchodzę na górę by przeprowadzić jeszcze jedno przeszukanie. Wchodzę do Patola a ten co robi ?. Ładuje wazon !!!.
- Co ty robisz – zapytałem tłumiąc „wzburzenie”
- Aaaa, walnę sobie wazonik – odparł spokojnie
- Przecież szukamy reklamówki – kontynuowałem
- Momencik, zaraz odpalam i pomagam ci szukać
- Ty pomożesz mi szukać ?, Qurwa, pojebało cię ?. Czy to ja zgubiłem reklamówkę ? Czy ty qurwa siebie słyszysz ? – wrzałem, gotowałem się – pierdolę to, sam sobie szukaj – i wyszedłem.
Wsiadłem do samochodu i myślę, jak mogła zniknąć reklamówka pełna Perły ?.
Gdy Patol wyszedł z Prowensale zaczął mierzyć się z koszem na śmieci. Spod drogi pusty kosz ciągniemy na patencie jeden siada na bagażniku, trzyma kosz i tak jedziemy na Prowansale. Teraz kolega mierzył się czy dałoby się pełny kosz przeciągnąć do drogi. Od razu powiedziałem, że bez szans.
Podszedłem do kosza i podniosłem klapę. Są dwie reklamówki. Jedna pełna śmieci, druga pełna piw oraz z puszką tytoniu i kostką. Ja pierdolę, co za PATOL. Wrzucił reklamówkę do kosza !!!
:D.
- PATOL !!! dawaj na dół, jest reklamówka !!! - wydarłem się
Gdy zrzedł nie wierzył co zrobił.
- Tylko nikomu nie mów bo będą z Ciebie szydzić do końca zjazdu – zaproponowałem.
- Super, dzięki – cieszył się.
Pojechaliśmy na Castelferruse i pierwsze co zrobił to wszystko wypaplał !!!.
Bez komentarza :D.
Aaaaa, bym zapomniał. Nie wiedzieć czemu, ale gdy wprowadził się do nas Jarga to pierwsze co sobie wyobraziłem to taką scenę.
Pod pokój Jargi podchodzi Patol i puka. Drzwi się otwierają i pojawia się w nich Jarga.
- Sorry, one question, are you black ? - zadaje pytanie Patol
- Yeeeeees – odpowiedział zdziwiony Jarga
- No właśnie, tak też myślałem – skwitował Filozof i bujającym się krokiem poszedł do swojego pokoju. Gość uwielbia potwierdzać oczywistą oczywistość :), a taka sytuacja jest jak najbardziej możliwa.
08 – 12. 04.
Zakładamy siatki. Oczywiście jestem szoferem, ale jeśli pracuję na jednej platformie z Tomkiem, ustępuję miejsca. Zdecydowanie wolę być w cieniu i za nic nie odpowiadać. Ogólnie praca Ok, nie mają się do czego przyczepić. Pracujemy, widać tego efekty.
Jedna z dziwnych akcji naszego szefostwa to nominacje do opuszczenia Prowensale. Jest u nas gość który, jak nam się wydawało, ma tu kontrakt do końca życia. Tak, tego byliśmy pewni gdy nagle 09.04 przyszła do nas Izka i oznajmiła, że inny kolega oraz On pracują do 12.04 !!!. Ten „inny kolega” chciał zjechać na Święta, więc spoko, ale mój współlokator planował siedzieć do końca maja. Na pytanie dlaczego Patronka odpowiedziała krótko
- Mało kwiatków, mało pracy.
Cóż, pełne zaskoczenie............ u wszystkich.
Problem tradycyjny na koniec kontraktu to czekanie na dokumenty. Jak pamiętacie, firma nie ogarnia dokumentacji, wszystko robi zewnętrzne biuro rachunkowe.
Dla mnie na koniec kontraktu bonus w postaci „jedynki” na pokoju. Zanim wyjadę będę miał okazję ponownie mieszkać jako singiel :).
W piątek 12.04 czekanie na wieści z kraju. Tego dnia siostra przechodzi operację wycięcia tarczycy. Następny nowotwór do kasacji. Tu akurat bardzo niewielkie ryzyko powikłań gdyż klinika ma bardzo duże doświadczenie a nowotwór tarczycy nie należy do najgroźniejszych. Wszystko poszło szybko i sprawnie. Super.
Na tygodniu byłem z Patolem u konkurencji, gdzie liczył, że dostanie pracę. Okazało się, że samo bycie Polakiem nie daje 100% gwarancji na otrzymanie kontraktu, gdyż trzeba jeszcze wiedzieć ile można pić, a tego ogranicznika kolega nie miał. Obiecała później dać odpowiedź, ale gdy już dała, była negatywna. Przy okazji zapytała się do kiedy ja pracuję.
- Do końca kwietnia – odparłem
- Może szukasz pracy ? - uśmiechając się zaproponowała.
- Dziękuję, ale kończę i jadę na wakacje – odparłem.
Przeciwne bieguny:
Patol – opuchnięty od alkoholu, oczy za mgłą od jarania, wychudzony
Ja - zdrowo wyglądający ( a przynajmniej takie robię wrażenie ) i do tego z własnym samochodem – same plusy :D.
Katrin zostawiam sobie na później tym bardziej, że wielu kolegów którzy tam pracują namawiają mnie na zmianę patrona. Szczerze powiedziawszy byłbym jak u siebie, gdyż cześć ludzi jest już mi znana.
Weekend 13/14-04.
Jest dostawa, ale zaczynam odczuwać braki w zaopatrzeniu. Aktualnie nie wpływa to na przestoje w handlu, gdyż mam sporą górkę, ale wieczna ona nie będzie.
Filozof trochę załamany, chce wracać do kraju. Zgadzam się z nim, bez sensu siedzieć bez pracy, przecież na sam wygląd nie ma szans na kontrakt, inna sprawa to taka, że nikt go nie poleci.
Gdy przyjechał bus, a podjechał nie na przyjeździe, ale na wyjeździe, zauważyłem, że z przodu brak pasażerów, więc zaproponowałem Patolowi, by wracał do kraju. Zgodził się, potrzebuje max 20 minut by się spakować. Zadzwoniłem do Marcina, potwierdził, ma dwa wolne miejsca, jest na autostradzie, ale jakby co jest w stanie zawrócić i gościa zabrać. Przekazałem wieści. Kumpel ucieszył się i poleciał spakować. Po chwili poszedłem do niego by sprawdzić jak idzie pakowanie gdy okazało się, że kumple przekręcili go aby został i dalej szukał pracy !!!. Qurwa, chyba sami w to nie wierzą co mówią !!!. Szybko zadzwonili i odmówili busa.
Tego dnia kumpel miał jeszcze 400€. Wcześniej wyliczyłem jemu, że każdy jego dzień pobytu we Francji to minimum 20€ / doba, a trzeba pamiętać, że z tej kwoty musi odjąć 120€ na busa.
Fajki – 4 € dziennie
alkohol – 8 € dziennie
hasz – 7€ dziennie
jedzenie – 7 € dziennie
rzeczywisty koszt = 29€, więc mocno zaniżyłem, ale to i tak nic nie zmieniało.
Został wegetując i przepalając i przepijając resztki ojro jak to mawiała moja babcia.
15/19-04
Kończymy zbrojenie kiwi na Gandalou. Wcześniej na części sadów założyliśmy siatki, teraz kończymy, tyle że ja jestem na „bocianim gnieździe”. Kumpel traktorzysta totalnie zły,..................... nie ma czasu na FB gdyż praca idzie nam sprawnie. Wcześniej nie chciałem iść, gdyż widziałem jak ciężko praca idzie Jarge, ale okazało się, że gość wybitnie mało kumaty. Fucha aż miło :). Szczerze, jedna z lepszych prac w sadzie :D.
Gdy zakończyliśmy zakładać siatki na Gandalou, przerzucono nas na Borios gdzie „montowaliśmy” bambusy pod gryfy. Spoko praca, ja, Jarga oraz trzech Bułgarów. Byłem szoferem, ale również wiązałem, raz z jednej, raz z drugiej. Normalna robota, nie męczysz się, ale i nie wypoczywasz, gdyż maszynę cały czas „pchałem” do przodu. Jakby nie patrzeć dla mnie zaczął się finisz, odpocznę na wakacjach.
20/22-04
Długi weekend. Będzie problem z piwem, gdyż właśnie wszedł ostatni transport i busy mają pauzę do następnego piątku, a jeśli towaru brak życie staje się deficytowe. Już i tak dopłacam sporo do paliwa, teraz dojdzie deficyt do życia.
Nie tylko Polacy są klientami „sklepiku”. Hiszpan ( Andrei ) uwielbia Warkę – edycja UEFA SUPER CUP - RONALDINHO.
Brazylijczyk ( Moise ) - Najpierw był to Okocim Jasne Okocimskie, ale gdy zabrakło testował butelki – Perła jak i Namysłów, ale ostatecznie również przerzucił się na Warkę :).
Ogólnie to nawet goście przyjeżdżający do Hiszpana czy Brazylijczyka byli również zachwyceni polskim piwem. Nie oszukujmy się, nasze jest bezkonkurencyjne.
20.04 sprzedałem ostatnie piwa i tak naprawdę mam „wolne”, ale ze względu na brak kasy nigdzie się nie ruszam :(. Szkoda, gdyż pogoda w miarę dobra i można byłoby gdzieś wyskoczyć, obejrzeć, wrzucić fotki, ale może innym razem.
Na tygodniu gdy dzwoniłem do żony często słyszałem, że musi zrobić sobie coś do jedzenia, gdyż jeszcze dzisiaj nic nie jadła.
- Jeszcze trochę i nie będę rzucała cienia – żartowała.
Spojrzałem na siebie i się zawstydziłem. Ona się stara, pewnie figura bogini a ja co ?, warchlak ?.
Jest postanowienie. Od następnego tygodnia 2 treningi dziennie. Pierwszy 5;30, drugi wieczorem. Już teraz ćwiczę każdego dnia, podwojenie wysiłku musi przynieść jeszcze lepszy wynik. 14.05 zakończyłem inhalacje, więc aktualnie mam normalną wydolność, ćwiczy się dobrze, w nocy śpię jak dziecko. Tak, to dobry pomysł.
Wyjechał Patol, współlokator oraz jeszcze inny kolega. Zrobiło się cicho, bardzo cicho jakbyśmy nie byli na Prowensale.
Co do Patola to może wydawać się to dziwne, ale lubiłem gościa. OK, niekiedy strasznie wqurzał, ale ogólnie gość bardzo fajny. Inteligentny ( na tyle ile jeszcze zwoje potrafiły funkcjonować, ale na bank nie można powiedzieć, że to głupek ), życzliwy do tego pomocny. Co prawda z tą pomocą to różnie bywało, gdyż zaoferował się, by minutę później nie wiedzieć po co zszedł na dół :D. Na bank zapisał się w historii Prowensali.
W niedzielę podszedłem do Jargi i wołam o kasę. Pożyczka + koszty transportu. Pożyczkę oddał ale transport mówi, że później.
- Nie później, masz czas do jutra, nie będzie Euro, nie będzie transportu - powiedziałem
- Oddam później – nalegał.
- Nie ma Euro, nie ma transportu – powiedziałem twardo, gdyż zauważyłem, że z nim się nie da inaczej. Coś tam marudził.
- Rozumiesz ? - zapytałem
Potwierdził, że nie będzie problemu. 10 minut później pukanie do drzwi i stoi Jarga z kasą.
23/26-04.
Od poniedziałku zaliczam dwa treningi. We wtorek nie było problemu, ale już w środę miałem problem Wtorkowy trening skończyłem przed północą, we środę nie miałem sił wstać. Podniosłem dupsko i jazda na siłkę. Strasznie mulasty trening, ale zaliczony. Każdy następny dzień wyglądał podobnie. Jak pamiętacie mam wyznaczone cele jeśli chodzi o wyciskanie oraz rozciąganie. Rozciąganie zaliczone, ale z wyciskiem problem. Cały kwiecień jestem na ścisłej diecie plus systematyczne treningi i już są tego efekty. Z wagi schodzę, ale równocześnie opadam z sił. Wyciskam max 101 kg i nie widzę szans na więcej. Przypuszczam, że pojawiło się zmęczenie oraz druga przyczyna to systematyczne schodzenie z wagi.
Co do diety to mam schemat żywieniowy:
- śniadanie – ryż z jogurtem
- obiad – ryż, rybka oraz surówki
- kolacja – ryż z „zupą” białkową czyli: 2 banany, 2 surowe jajka oraz jogurt, wszystko zmiksowane a następnie zasypane gotowanym ryżem. Pychotka :).
Jeśli Wam się wydaje, że jedzenie jest monotonne to mogę powiedzieć, że nie koniecznie. Jogurtem zmieniam smak, a do obiadu mam siedem różnych surówek. Ze słodkości to tylko: daktyle lub chałwa.
Odstępstwo w weekend, dopuszczalny posiłek na mieście oraz bonus do słodkości w postaci gorzkiej czekolady.
W piątek w biurze przypomniałem się, że:
- po pierwsze primo - ostatniego kończę pracę, żeby nie było zaskoczenia,
– po drugie primo - żeby były przygotowane dokumenty.
Może nie było zaskoczenia, tylko coś w stylu – no dobra – jeśli chodzi o zakończenie kontraktu, za to na drugie primo – bez szans – dokumenty może będą około 6.05 !!! i to z akcentem – MOŻE !!!.
Wraca problem z astmą. Dopiero co 14.04 zakończyłem inhalacje, przez tydzień było zajefajnie, aktualnie czuję jak ponownie zaczyna się spłycać oddech. Za dużo alergenów w powietrzu aby tu normalnie funkcjonować. Dobrze, że zbliża się finisz.
27/28-04
Przygotowania do zakończenia sezonu :). Na weekendzie zadzwoniłem do siostry z prośbą by wykonała telefon do Sebastiena i pogadała, gdyż z Izą raczej nie było szans. Nie chcę siedzieć tydzień za free, ponosząc koszty i nie mając możliwości dorobienia do życia. Nie stać mnie na to !!!. Najbardziej irytowało, że miałbym czekać weekend tylko po to by w poniedziałek otrzymać papiery ( oczywiście MOŻE otrzymać ), czyli cały weekend ponosić koszty bo komuś się nie chce wypełnić dokumentów.
Zadanie siostry to wskazać brak logiki.
29.04 – 02.05
W poniedziałek totalny luz. Czuję już wakacje. Co prawda jestem zmęczony, znużony, senny, ale już tylko dwa dni, dwa ostatnie dni :).
W poniedziałek przyniosłem karteczkę z godzinami. Teraz UWAGA !!!. Na karteczce 22.04 mamy zaznaczone, że zamknięte. Zgodnie z przepisami dni świąteczne na tygodniu są płatne. Normalnie nad ich kreską wpisałem 7h pracy i taką kartkę przekazałem Danielowi. Oprócz tego wpisałem, że jutro pracuję cały dzień, gdyż później i tak mam czekać na dokumenty więc bez sensu było bym pracował tylko do południa :). 33€ piechotą nie chodzi a tak zawsze mam pokrytą jakąś część trasy. Co ja gadam, po prostu żona dostanie więcej, koszty trasy i tak biorę na siebie. Nie ważne, ważne by wypłata była większa niż nędza.
Siostra dzwoniła do Sebastiena. Na wtorek nie dadzą rady z dokumentami, ale obiecał, że zrobią wszystko co się da abym dostał dokumenty w piątek. Oprócz mnie priorytetowo ma być potraktowany również Sylwek, gdyż wstępnie ustaliliśmy, że razem jedziemy. Miałem podrzucić go do zjazdu z autostrady ( za Wrocławiem ), skąd miał ktoś Go zabrać.
Ok, dobre i to, chociaż kumple twierdzą, że ni ch.ja, zastosowali spychologię, dokumenty najwcześniej, zaznaczają, najwcześniej 06.05. Jednak zaufam Sebastienowi, dał słowo.
We wtorek o 11;00 podszedłem do Daniela i zaznaczyłem jemu, że dzisiaj pracuję cały dzień. Odparł, że to nie możliwe, gdyż dzisiaj kończę kontrakt, więc praca do południa by mogli zrobić dokumety.
- Daniel, jakie dokumenty ?. Papiery będą robione później, a ja potrzebuję kasy. Wiesz ile kosztuje podróż do Polski ? - zapytałem.
Wzruszył ramionami.
- 260 € jadąc autostradami. Tyle kosztuje przejazd a Wy chcecie bym siedział na Prowensale.
On musi to skonsultować z szefostwem. Dzwoni do biura. Okazało się, że właśnie analizują moje godziny :D.
- Dlaczego wpisałeś w Święto 7h jeśli nie pracowaliśmy ? - padło pytanie
- Święta są płatne jeśli są w tygodniu – odparłem
Podał dalej odpowiedź, ale już mi marudzi, że sezonowi nie mają płatne. No dobra, jeśli sezonowym nie płacą to Ok, ale zawsze warto spróbować. Stoję i czekam na zakończenie rozmowy gdy nagle zaczęło coś nie nie pasować. Moment, moment, Mirek jest przecież sezonowy a płacą jemu za Święta. Zanim zaprotestowałem Daniel zakończył rozmowę.
- Jest wszystko OK, za Święto będziesz miał zapłacone i możesz jutro pracować – podsumował konsultacje z szefostwem.
Jest dobrze, chociaż to. Co do Świąt to zobaczy się, czy będzie „zapłacone” na gębę a coś nie potną z godzinówek. Nasłuchałem się jak to potrafią robić korekty aby jak najmniej zapłacić. Poczekamy, zobaczymy.
Quźwa, jak się nie chciało pójść na te ostatnie 4h, naprawdę nie chciało, ale poszedłem, co zrobić, przecież na „chacie” nie będę siedział. Patol nie jestem,..................chyba.
01.05
Wakacje !!!. Co prawda dzisiaj wszyscy mają wolne, ale Oni jutro wrócą w rajki, u mnie wolne do zbiorów. Pierwotnie do wyjazdu miałem zaplanowane 3 treningi dziennie, ale aktualnie jestem tak zmęczony, że mam problem zwlec się z wyra. Odpuszczam, skupiam się na odpoczynku i korzystaniem z ostatnich chwil „wolności”, gdyż po otrzymaniu dokumentów wskakuję w auto i do domu, gdzie czekają na mnie dodatkowo nowe obowiązki.
Walizki wyczyszczone i czekają na zapełnienie. Ogólnie wszystko podzieliłem na: ważne – czyli zabieram ze sobą, przydatne – zostawiam w szafce zamkniętej na klucz oraz „śmieci”, które zostawiam na półkach. Do dyspozycji mam aż trzy walizki plus torba, więc jest w co się pakować :P.
Majówka, a ja nie mam towaru :/.
02.05
Czwartek, czwarteczek. Wolne, więc okazja pojechać na rynek. W każdy czwartek centrum miasta jest zamknięte i odbywa się tam targ. Fajne uczucie kiedy możesz w ciągu dnia obserwować życie anonimowych ludzi, a jak do tego dołożymy klimatyczny rynek, mam cudowny obraz. Sam również będąc anonimowy mogę z boku przyglądać się leniwie płynącemu życiu.
W południe powrót do „normalności”. Na wszelki wypadek sprawdziłem konto, ale nie ma przelewu, więc dokumenty nadal w zawieszeniu. Nadzieja w jutrzejszym dniu. Nie chciałbym siedzieć tu przez weekend, byłoby to bezcelowe.
03.05 – dzień już Wam znany :).
Wracając do podróży to zapomniałem wspomnieć, że upiekło mi się z deka. Na trasie Kalisz – Konin gdy wjechałem do Zbierska wylecieliśmy z łuku ( tak, liczba mnoga gdyż byłem jako trzeci na rzepa ) wpadliśmy na „suszarkę”, tyle, że patrol akurat celowa w stronę przeciwną :D. Przejechać 2000 km i nic by na koniec wybulić byłoby głupio no i chyba wszystkie trzy auta mnie mogliby zatrzymać ?. Jadąc z tyłu również ponosi się ryzyko, że podjadą z tylca a później jest się w programie „Uwaga pirat” i głupio tłumaczy, że – Panie, ja pierwszy raz w życiu przekroczyłem prędkość.............. :).
21.04 - "świąteczny obiad"

23-04 - są już jabłka ![]()

29.04 - Anielskie skrzydło ![]()

23-04 - bestie czające się w rajkach.

01.05 - Kościół w Castelsarrasin gdzie msze odprawia ksiądz Piotr



02.05 - czwartkowy targ


W następnym wpisie podsumowanie. Nie podam daty, gdyż wpadłem w pewne uzależnienie ( wiem, PATOL ze mnie ) i czekam na coś co mnie wyrwie z tego odrętwienia.
Pozdrawiam
Usłyszałem pierwszy raz gdy przyjechałem do Polski. WOW !!!
Trochę minęło czasu od ostatniego wpisu, ale co poradzić. Dzisiaj jest po prostu zajebisty dzień, a zdałem sobie z tego sprawę, gdy wyszedłem na zewnątrz aby przestawić auta. Pogoda jest idealna. Ciepło, ale nie gorąco, jest słońce, ale i cień się znajdzie, wiatr przyjemny, letni. Tak, idealny dzień na wpis.
Podsumowanie sezonu zimowego.
Zarobione na fiszce – 4.580,29 €
Przepracowane według attestation – 526,5 h
Rzeczywiście przepracowane – 560,45 h
Nowością jest brak dopłaty do łóżka. Jest to mój 3 sezon zimowy, a pierwszy gdy nie muszę z wypłaty dokładać za noclegi. To jedyny plus jeśli chodzi o firmę.
Lepiej poszło w handlu.
- udało się zarobić na opłatę meldunku który jest opłacony do końca maja,
- auto nie całkiem zarabiało, a przecież przyszedł moment że mocno dopłacałem do Volvo, na szczęście było za co zatankować,
- zarobiłem na swoje koszty życia. Będąc na diecie miałem wyższe koszty niż normalnie, ale również to pokryłem :).
Tyle udało się wyskrobać w lipcu, później ponownie zniknąłem z życia.
Jest 16.08, zobaczymy ile wyjdzie tego wpisu.
Plany na okres urlopowy ?
Maj – odpoczynek czyli skupiam się na firmie.
Czerwiec – chciałbym powalczyć w transporcie i to dość mocno. Czyli 2 tygodnie w trasie, zjazd na weekend i od poniedziałku ponownie 2 tygodnie.
Lipiec – jeśli będą zlecenia, zostaję w transporcie, brak zleceń oznacza skupienie się na naszej firmie.
Sierpień – tylko nasza firma, od połowy miesiąca prawdopodobnie powrót w sady.
Już na miejscu miałem okazję zapoznać się ze stanem naszych finansów. Nie ma tragedii. Zadłużenie lekko wzrosło, magazyny stopniały, ale tego się spodziewałem. Zadłużenie wzrosło o 7%, magazyn zleciał do stanu „wietrzenie magazynu”. Widząc te braki miałem ochotę zapakować się w busa, wyprzedać towar i zamknąć firmę. Taką miałem ochotę, ale nie możliwość.
W kwietniu mieliśmy straty, ale były one spowodowane serwisami aut które pochłonęły 1600 zł :/. Auta się starzeją i niestety tak to już będzie. Sam bilans do końca kwietnia nie jest najlepszy, średni zarobek to 2.800 zł miesięcznie !!!. 2.500 zł można zarobić pracując u kogoś. Masz wtedy urlop, chorobowe i 40 h tygodniowo na liczniku, wręcz bajka przy tym co teraz robimy i zarabiamy.
Trzeba podciągnąć rękawy i wziąć się za pracę. Synoptycy prognozują, że w czerwcu czeka nas susza, wręcz saharyjskie upały. Rozkładam ręce i nie rozumiem, gdyż od początku maja mamy cały czas ulewy a wszędzie trąbią o podtopieniach !!!. Nie potrafią prognozować na 3 dni do przodu a bawią się we wróżki z miesięczną prognozą. Oby te informacje nie okazały się prawdziwe, inaczej mam problem i to znaczny, gdyż w upały nie schodzą słodycze. Trochę zejdzie ciasta, ale reszta leży i kwiczy.
Jak na razie idzie dobrze. Deszcz nie jest na tyle uciążliwy aby nie dało się handlować. Obroty rekordowe, ale wpływ na to miał 2 maja który łapał się do miesiąca jako 5-ty tydzień. Tego dnia była robiona podwójna trasa, która dała normalne obroty ( normalnie kumulacja daje do 60% obrotów ).
Tylko z niepokojem patrzę na prognozę pogody. Wszędzie trąbią, że nad Europę od południa nadciągają afrykańskie upały.
W czerwcu chciałem pojeździć po Europie, ale okazało się, że......................................, gdy byłem we Francji, brat przysłał zapytanie kiedy wracam. Odpisałem, że może w maju, może w czerwcu, ale jeśli wynajmę mieszkanie istnieje szansa, że w ogóle. Cóż, taka odpowiedź kosztowała mnie bardzo dużo, gdyż brat zdecydował się nie wykupić OCP międzynarodowe. Nie chciał płacić za coś co może będzie wykorzystane, a może nie. ZONK. O transporcie mogę zapomnieć i tym samych planowane wpływy zostały mocno zawężone :/.
Mam zlecenia na trasy lokalne. Aktualnie praktycznie co tydzień gdzieś jadę co pozwala dorobić akurat tyle ile potrzebuję, a potrzebuję 400 zł na zeszłoroczny kredyt oraz 200 zł na lekarza.
W maju na starcie wydałem 450 zł na stomatologa, budżet przewidywał 200 zł miesięcznie. Jest rozbieżność ??. Dlatego w czerwcu zero wizyt u lekarza. Następna w lipcu. Aktualnie skupiam się na trzech problemach: astma, alergia oraz stomatologia, reszta na lepsze czasy chociaż próby wątrobowe przydałoby się zrobić.
Wracając do handlu. Czerwiec rzeczywiście był GORĄCY !!!. Na momencie handel poleciał na dno, a obroty spadły do najniższych w historii. Chochlik był jednak łaskawy i mieliśmy zlecenie na kolportaż z funduszy unijnych :). Było przy tym sporo roboty, ale dzięki zleceniu wystawiliśmy FV która wyrównała obroty, a że wykonywaliśmy usługę, pojawił się niezły zysk.
Tak, dostać takie zlecenie co miesiąc. Ehhh.
Czerwiec wymęczył nie tylko pracą, ale również temperaturą. Nie czułem różnicy między PL czy FR. Na telefonie mam ustawione info z temperaturami obu miast w których przebywam w zależności od kraju. Tu i tam podobnie jeśli chodzi o piekiełko.
Od czerwca zwiększyły się problemy jeśli chodzi o alergię skórną. Nie wiem czy to przez te temperatury, czy może inny jest powód, ale po kąpieli przez średnio 30 minut mam ochotę wyjść z siebie i zadrapać się do krwi. Równie dobrze mógłby tarzać się w pokrzywach tak pali mnie ciało. Koszmarne przeżycie.
Następny minus powrotu do Polski to waga. Jestem już 8 kg na plusie !!!. Jestem obżartuchem i mam z tym wielki problem. Z każdej strony atakują mnie różne zapachy, do tego jestem z branży która do dietetycznych nie należy i obraz możecie sobie wyobrazić.
Lipiec a raczej lipa jeśli chodzi o transport, gdyż taki miał być plan. Skupiłem się na handlu i o dziwo, po kiepskim czerwcu lipiec jest jak upragniona wiosna.
Wychodziłem z siebie by pchnąć handel do przodu i poszło. Gdyby miesiąc nie kończył się na środzie a na piątku, miałbym rekord obrotów od jakiś 3 lat. Potrzebowałem takiego miesiąca. Od dawna firma nie zarobiła normalnej pensji, teraz tak było pomimo że księgowo mam wykazaną stratę. Jest to związane z dużymi zakupami przez co magazyn pierwszy raz do dawna był pełny.
Pomimo, że wydawać by się mogło, że nie jest źle, to i tak wszystko jest zależne od Francji. Wszystko razem funkcjonuje pod warunkiem, że z każdego źródła są przychody.
Co do „lokalnych” wyjazdów to opierają się głównie na kółku: Poznań – Szczecinek – Kutno.
Natomiast holowania to: Łódź oraz w kierunku Kalisza.
W sumie nie ma tego dużo, ale jestem zadowolony.
W lipcu pierwsze telefony od kolegów z sadów. Zaczynam czuć klimat Francji, nie da się ukryć, że niedługo przyjdzie wracać.
A jednak udało się, dokończyłem wpis :D.
Zdjęcia następnym razem. Wracam do gry. Zastanawiacie się do jakiej ??. Nie powiem, a przynajmniej nie dzisiaj.
natraj - nie zgadłeś, chociaż byłbym z siebie dumny, gdyby zabrał się za porządne granie czyli powrót do totalnych podstaw. Niestety stage piano stoi nie tknięte od wakacji 2018 roku !!!. Jeśli jeszcze zimą mogłem się jakoś wytłumaczyć krótką przerwą od pracy, teraz nie mam nic na usprawiedliwienie pomimo, że zawsze przechodząc między piętrami widziałem jak mnie zaprasza, jak zachęca. Odpowiadałem, tak, tak, za chwilę i tak do następnego razu, który nigdy nie nadszedł. Żałuję, gdyż granie było takim SPA dla mojego umysłu.
„Dlaczego, pytam się dlaczego...................... pozwoliłyście mi wejść na wagę. Dlaczego !!!”.
Jest 30.08, ostatni punkt czyli Lewiatan, dziewczyny siedzą przy wędliniarskim, obok waga.
- Mogę się zważyć ? - grzecznie zapytałem
Spojrzała na mnie, zrobiła minę
- Chyba żartujesz. Spojrzała dziwnie, następnie rozjaśniła się – wskakuj !!!.
Wskakuj, wskakuj, chyba wtocz się, to lepiej pasuje.
No więc „wskoczyłem” na wagę. Ponowiłem próbę drugi jak i trzeci raz, bez zmian, na liczniku 100,15 kg !!!. Wykrzykniki powinny pójść na resztę strony i na tym powinien zakończyć się wpis, ale ostatnio tak mało piszę, że postaram się być bardziej kreatywny i nie ograniczyć się tylko do !!!!!!!!. Ok, jeszcze tylko te kilka !!!!!!!!!!! i przechodzę do dalszego pisania.
Nic tylko czekać kiedy pojawią się inteligentne wagi które wyczują stan emocjonalny ważonego i wskażą tyle ile od nich się oczekuje.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że w tym tygodniu mogę się założyć że zgubiłem około 2 kg.
Wraca astma, czuję się coraz gorzej i musiałem odstawić deko jedzenia tym bardziej, że po części produktów mam problem z oddychaniem ( alergeny ). Tak więc na liczniku mogło być jeszcze więcej. Uwzględniając, że miałem na sobie letnią odzież, mogę odpisać max 2 kg co oznacza że jestem przy rekordzie życiowym czyli 98,5 kg.
Gdy przyjechałem do PL, podjechałem pod dom i stojąc na tarasie przyglądałem się żonie, zastanawiałem się o co jej chodzi z tym, że „nie rzuca cienia”. No, w mojej wersji to Ona ten cień zasłaniała, gdyż innej opcji nie widzę. Wieczorem miałem okazję „przyjrzeć się”. Hmmm, Rano widno, więc większe możliwości, ale nadal nie wiem o co biega. Czy najpierw mocno przytyła, później zrzuciła wagę czy co. Nie wytrzymałem i w południe rzuciłem
- Jaki rozmiar odzieży nosisz ?
- 36 – padła odpowiedź
Prawie zaniosłem się śmiechem.
- Kobieto, 36 to ty miałaś jak Ciebie brałem i było tego o połowę mniej :D.
- No może 38 – broniła „figury”
Hahaha. Nie wytrzymałem.
- Tak 38 dla XXXL. Dalej, no powiedz jaki rozmiar.
- Odwal się.
Hmmm, tego rozmiaru nie znam. A może Wy znacie :P.
No więc jak przyjechałem byłem „Tygryskiem”, więc mogłem sobie pozwolić na uszczypliwość, ale dzisiaj już jako „Misiu”, „Pulpecik” nawet się nie odzywam. Jak by nie patrzeć jestem 10 kg do przodu. Teraz sam rozglądam się za swoim cieniem.
Największym moim problemem było bezwzględne skupienie się na zmniejszeniu zadłużenia. Wszystko było temu podporządkowane co doprowadziło co chujowego stanu emocjonalnego. Kasa, kasa, kasa a na koniec przelew. Radość że zadłużenie „topnieje” niewielka, gdyż wszystko to kropla w morzu potrzeb. Zmiana. Zdecydowałem, że weekendy będą aktywne.
Nie chciałem aby było, ze to zawsze ja wybieram, więc poprosiłem żonę, aby sama wybrała.
Jej wybór – UNIEJÓW.
Jestem w piątek w Uniejowie u klienta i luźna gadka, zapytanie, gdzie tu fajnie zjeść, bo wpadamy na weekend się rozerwać. Znajoma patrzy się na mnie,
- To już naprawdę nie macie gdzie jechać tylko do Uniejowa ?.
Rzeczywiście, może moja tu wina, gdyż nie wspomniałem żonie, że wybór to obszar całej Polski, ale jak już padło Uniejów to czemu nie, lubię tam jeździć, a tak naprawdę jeszcze nigdy nie byłem na całodniowym wypadzie aby również skosztować lokalnego jadła. Ostatecznie nie wybraliśmy się do Uniejowa ze względu na koncerty a co za tym idzie olbrzymi tłok, ale pojechaliśmy do Ślesina. Tym samym zapoczątkowaliśmy nową tradycję - weekendy w terenie. Co prawda wypady ograniczyły się tylko do okolicy czyli obszar byłego województwa konińskiego, ale dobre i to.
Nie tylko tutaj poluzowałem, gdyż w gierce w którą gram poszedłem jeszcze dalej. Nigdy w grach on-line nie wydawałem kasy, gdyż wydawało się to głupie, teraz jakoś poszło mi to łatwo i z uśmiechem na twarzy. Dlaczego ?. W następnym wpisie, gdyż będzie o grze i nie tylko.
Wracając do sierpnia to jeśli chodzi o wynik firmy muszę przyznać, że jestem zadowolony. Przy takich upałach udało się zrealizować plany ( okazały się być bardzo ambitne po uwzględnieniu pogody ). W sumie to będzie zysk, nie tylko dlatego że zjechaliśmy ze stanów magazynowych, ale również z samej działalności. Miły akcent tym bardziej, że w następnym tygodniu wyjeżdżam i aż boję się to wszystko zostawiać.
Tak, gdybym tylko miał jeszcze rok zasiłku, to bez problemu siedząc w PL wyciągnąłbym nas o jeden rok do przodu, a tak wracam do Francji, wrócę na przerwę świąteczną, ogarnę zamknięcie roku i ponownie od maja będę pracował nas zamknięciem biznesu, gdyż na dzień dzisiejszy tak to wygląda. Następny rok nie udało się zbilansować chociaż w tej chwili już naprawdę niewiele brakuje.
Oglądam się już za cena produktów które zabiorą do Francji. Z czegoś będę musiał się utrzymać, bo przecież nie mówimy o pracy. Szczęściem, większość w promocji. Pokryje mi to koszty przejazdu, a utarg będzie na start, później wtopię w opłaty.
Pierwotna data wyjazdu na początek września przełożona ze względu na brak kasy. Aby poprawić płynność w firmie wykorzystałem debet na karcie. Teraz nie miałem rezerwy na podróż. Trzeba było czekać na zasiłek, który powinien pojawić się zaraz na początku miesiąca. Tak też się stało.
Następne szczęście to, że na podróż trafił się kolega z okolic Nysy. We dwójkę będzie łatwiej, a że należy do normalnych to i kierować może :).
Po otrzymaniu zasiłku przeszła mi ochota na wyjazd. Policzyłem koszty, okres pracy, warunki i żal się zrobiło opuszczać „cichego zakątka”. Córka zdecydowała się na zmianę środowiska i wyjeżdża z chłopakiem do Poznania, gdzie będą wynajmowali mieszkanie od ich rodziców. Dla mnie są w tym dwie chore sytuacje:
1. Wynajmowanie mieszkania od teściów, do końca roku po kosztach później +1000,00 zł ( chociaż teściu obiecał, że max +700 zł ). Od dzieci nic bym nie wziął, robią opłaty i dziękuję, nawet w mojej sytuacji, gdy brakuje mi kasy, teściom powodzi się, jednak po kasę wyciągną rękę. Dla mnie nie do przyjęcia.
2. Praca w Poznaniu to dla córki podobne zarobki, a koszty jednak zdecydowanie wyższe. Oprócz mieszkania dojdą koszty dojazdu oraz życia towarzyskiego. Mieszkając u nas tylko przyszły potencjalny zięć płacił 300 zł jako symbolika do jedzenia i nic więcej ich nie interesowało, więc mieli spore możliwości odłożenia kasy na przyszłość. Co prawda co jakiś czas On czy córka coś tam kupili, ale dalekie to było od normalnych kosztów. Mieli taki bonus, który miał pomóc na start. Teraz przyjdzie im zmierzyć się z rzeczywistością i to od razu dość kosztowną. Na start muszą sporo wydać, gdyż koszty odświeżenia, wymian no i wyposażenia są wymagane, dojdą jeszcze koszty opłat a w niedalekiej przyszłości odstępnego. Jedna pensja zasysana, druga na życie i coś do odłożenia, gdzie wcześniej mieli niewielkie koszty życia. No ale to ich życie, ich wybór, oby wyszło na dobre.
Tak więc po opuszczeniu domu przez córkę z chłopakiem będzie to prawdziwy Cichy Zakątek.
Kurde, gdybym nie był umówiony z kolegą, zostałbym i działał przy firmie. Zawsze jak coś rozkręcę to muszę zostawić na pastwę żony, a Ona nigdy nie wie co z tym zrobić :(.
Kumpel potwierdził, jedzie ze mną. Teraz już nie ma odwrotu. Wyjazd 04.09. Żegnaj Polsko.
W moim ogrodzie rajskie widoki......



.... i nie tylko. Raj dla każdego

23.06 - godzina 23;30 !!!

"Mgła" pożerająca Konin

Która to elektrownia i po czym poznaliście że to Adamów w Turku ?

Pomnik powstańców w Londyn........, to znaczy się w Lądzie

Widok klasztoru Cystersów w Lądzie zza wody ( Warty ) ![]()

I na koniec "Yuniejów"

Cześć fajnie że wróciłeś:).
Piszesz że od dzieci nic być nie wziął. Nie chcę Cię pouczać ale sam jestem ojcem i co sądzisz o tym że podejście potencjalnych swatów jest właściwe bo nie uczy dzieci że wszystko mogą mieć za darmo , że kochani rodzice zawsze pomogą/zadbają. Sam chyba tak bym się zachował i odkładał te pieniądze które by mi płacili po to aby na koniec tego etapu ich życia przekazać im jako na przykład wkład na własne M.
Pozdrawiam i powodzenia kolego.
Napisane przez pablosc
Cześć fajnie że wróciłeś:).
Piszesz że od dzieci nic być nie wziął. Nie chcę Cię pouczać ale sam jestem ojcem i co sądzisz o tym że podejście potencjalnych swatów jest właściwe bo nie uczy dzieci że wszystko mogą mieć za darmo , że kochani rodzice zawsze pomogą/zadbają. Sam chyba tak bym się zachował i odkładał te pieniądze które by mi płacili po to aby na koniec tego etapu ich życia przekazać im jako na przykład wkład na własne M.
Pozdrawiam i powodzenia kolego.
A ja widzę podobnie jak autor bloga, nie wyobrażam sobie, żeby brać $ od dzieci tym bardziej przy starcie w dorosłe życie. Jak się już na te dzieci decydujesz to moim zdaniem obowiązkiem rodziców jest ich do końca wspierać.
Ilustracje pełne prawdy.
Stellified - dziwnie się poczułem po takim wyznaniu :D.
pablosc, michal19888 - są różne "szkoły" wychowania dzieci z programem edukacyjnym pisanym przez życie. Każda z metod będzie dobra jak i zła. Po prostu jestem dość surowym rodzicem, ale z drugiej strony wolałbym dzieciom zaoszczędzić kilku lat życia, aby ten krótki czas jaki mamy na żywot nie marnowały na start. Ja w ten sposób spaliłem sobie dekady najlepszego momentu w życiu, teraz gdy jestem starszy, z większym bagażem problemów dostrzegam wszystko co mnie ominęło. Od rodziców dostałem tyle ile mogli zaoferować. Były inne czasy. W upraszczaniu życia nie dążę do tego by wszystko dawać za free, co sami ciężko zdobywaliśmy, nie. Mają pracować, i nawet gdybym był majętnym ojcem, tylko bym im pewne rzeczy ułatwił, ale nie dał, a przynajmniej do momentu kiedy nie udowodnią, że "rozumieją życie".
Niezależnie co zrobimy nigdy nie ma gwarancji czy zrobimy dobrze, no i jeszcze kwestia, jak to odbierają nasze "pociechy".
Maturą wychowanie będzie moment, kiedy będziemy już starzy, słabi i będziemy potrzebowali opieki. Gdzie ją znajdziemy ? Czy zaopiekują się nami dzieci czy wylądujemy w DPS czy innym przybytku.
Nie tylko pracą i spłatą kredytów człowiek żyje. Jak wcześniej wspomniałem, postanowiłem urozmaicić to nędzne nudne życie o i ruszyć „dupsko” szukając SPA dla umysłu. Można byłoby się wybrać do Augustowa, może nad Solinę czy też na Kaszuby, ale na to wszystko trzeba mieć chociaż szczyptę kasy, której nie mam. Natomiast prawdą jest, że cudze chwalicie, swego nie znacie.
Ulubione miejsce to wieża widokowa na Złotej Górze, a żeby nie było monotonnie odwiedziliśmy drugą wieżę w Paprotni, pojechaliśmy dalej i rzut oka na Pałac w Kościelcu, gdzie aktualnie mieści się Liceum Plastyczne ( wcześniej w Kole ), następnie Obóz zagłady w Chełmnie, w Uniejowie Zamek Biskupów by na koniec podjechać do Turku na mega hamburgery. Wszystko to zajęło cały dzień, ale było warte. Był czas na SPA umysłu ( Dwie Wieże
), czas na zadumę ( Chełmno ), bardziej wyluzowane to Uniejów ( tu zawsze idę na ulubione lody obok UG ) i na koniec zaspokojenie głodu dość dobrymi i mega wielkimi hamburgerami. Taki weekend to dobry weekend.
Oprócz weekendów miałem mieć aktywne dni w tygodniu czyli powrót do klubu i treningi. Maj odpuściłem, po prostu byłem zmęczony. Czerwiec był tak gorący, że nie szło oddychać, a gdzie tu jeszcze wysiłek, w lipcu byłem już cięższy, więc jak tu biegać gdy ledwo się ruszam, w sierpniu byłem zmęczony otyłością, do tego upały, że zdecydowałem się......................... pójść na trening :D.
A wszystko przez jedną chwilę, gdy zobaczyłem sensei-a. Jechałem na drugą część trasy, mijałem szpital, gdy zobaczyłem mistrza jak szykuje się by przebiec przez jezdnię. Telefon i na momencie byłem po rozmowie. Była połowa sierpnia, więc szału nie było, w sumie zaliczyłem tylko dwa treningi, które uświadomiły mi, że z astmą ponownie jestem głęboko w dupie i jeśli nie zdobędę sterydy, nie mam szans nawet na miesiąc pracy.
Na pierwszym treningu było tak gorąco, że zamiast biegania odbijaliśmy piłkę jak w siatę. Liczone było na 100 odbić, a każdy upadek piłki to 10 pompek. W sumie uzbierało się tego 80 sztuk, ale pozwolono nam mixować czyli wybór, pompka, brzuszki oraz przysiady. Zrobiłem 40 pompek, resztę to brzuszki, ale tu chyba przesadziłem, za duży opór :D, mogłem zrobić same pompki.
Sam trening to................ kata z tonfą. Nowość, nie było mnie 4 lata i w klubie zaszły zmiany. Duże zmiany. Teraz na każdy pas oprócz wymogów technicznych Federacji Shotokan, sensei wprowadził dodatkowe zmiany do dodatkowych zmian. Ano mamy tak, że oprócz tego czego żąda Federacja u nas były dodatkowe wymogi, a teraz doszły kata z bronią. I tak 9-7 kyu 5 x kata z kijem, 6-4 kyu 5 x kata z tonfa, 3-1 kyu 5 x kata z nunchaku. Najlepsze, niezależnie jaki masz pas i tak musisz znać wszystkie, tyle, że na egzaminie zdajesz tylko z wymaganych.
Na drugim treningu było chłodniej więc zagraliśmy w „kosza”, tyle, że miało być bez :brutalnych fauli” czyli zero podcięć, łokci i innych standardowych „technik”. Zasadniczo nie było źle do 3 minuty, gdy byłem na pozycji i sensei rzucił do mnie piłkę, a ja miałem do przebiegnięcia trochę więcej niż pół boiska. Gdy byłem pod koszem, nie miałem już czym oddychać, pozamiatało mnie na miejscu. Ponoć byłem jak kameleon, ot, zmieniałem barwy na momencie, od czerwieni do bieli. Oddech bez sapania odzyskałem w sobotę, gdyż jeszcze w nocy z piątku na sobotę szarpało mnie kaszlem ( trening w piątek ). No i tyle miałem z treningów, ze względu na zlecenia z holownikiem, które jak na złość łapałem w dniu treningów.
Dwa treningi, ale całkiem inne. Nie wiem, może wolę te stare, może były bardziej brutalniejsze, może łapało się sporo kontuzji, ale był klimat tradycyjnego karate, takie które zawsze się ćwiczy, teraz jest inaczej, chociaż doceniam, że umiejętność walki tonfą daje sporą przewagę nad przeciwnikiem. Gdy opanuję kata, obiecuję, że idąc na zakupy do Biedry pójdę mając tonfę za pasem. Już mi żaden moher nie podskoczy.
Co do gierki on-line, podtrzymam Was w niepewności. Może następnym razem.
Spłynięcie zasiłku dało mi możliwość działania.
Najważniejsze to sterydy, bez tego wiedziałem, że nie istnieję. Może tydzień w rajkach i po mnie.
Oprócz łatania dziur, musiałem mieć rezerwę na trasę, na zakupy. Na wszelki wypadek zasiliłem się pożyczką od córki, na tydzień, abym wcześniej zrobił zakupy na handel, gdyż potrzebowałem 3k zł oraz koszty trasy. Sporo, ale miałem stałe zlecenia od mieszkających we Francji czyli: kapusta kiszona, ogórki kiszone, kiełbasa, kaszanka, salceson, boczek wędzony ( wszystko od małych wiejskich producentów ) do tego majonez, ketchup, chrzan, przyprawy i najważniejsze.............. chleb. Polski tradycyjny chleb.
Wiadomo, oprócz tego coś z innej półki czyli: Lubelska 0,1, Soplica, Gorzka Żołądkowa, a z bierów to: Kasztelan, Okocim Jasne, Dębowe Mocne, Tyskie, Warka czyli wszystko co było w promocji. No i na koniec, jak zliczyłem paragony wyszło 3033,00 zł.
Wyjazd 04.09
Pierwotnie miałem wyjeżdżać o 5;30, ale przeniosłem na 9:00, aby jechać wypoczęty. Następna ważna rzecz to spakowanie spożywki z rana. Wszystko na spokojnie, bez bałaganu, hałasu. Maksymalnie jak najdłużej w lodówce, aby towar jak najświeższy dojechał na miejsce. Miałem farta, gdyż w tym okresie nastąpiło załamanie pogody i temperatury z afrykańskich spadły poniżej +24C.
Po zapakowaniu się, podjechałem jeszcze do brata, obejrzeliśmy auto i w drogę, ale nie od razu na Kalisz, tylko na Malanów pod Turkiem, gdzie jechałem po zamówione chleby. W Malanowie u Kubackiego czekało na mnie 40 chlebów pszennych oraz 5 razowych. Prawdziwy polski chleb. Mogłem kupić tanie coś w biedrze i bym na tym nieźle zarobił, ale jeśli jadę swoim samochodem to raczej oczekują, że dostarczę coś więcej niż tylko chleb, to ma być CHLEB.
Po załadowaniu się skierowałem się na Kalisz, następnie Wrocław, aby zawrócić w stronę Nysy. Po zjechaniu z autostrady na BP czekał na mnie kumpel z całkiem sporym.......... bagażem. Jedna torba zajmująca 60% siedziska, do tego wysoka i szeroka, druga już „normalna”. Mój ładunek ważył, teraz to już chyba przesadziliśmy :D. Volvo nawet nie jęknęło, ale powiem Wam, że dupa przy samej ziemi :P. Pożegnanie z ojcem który przywiózł kolegę i możemy jechać.
Ostatni postój w PL to Zgorzelec i stacja po lewej stronie z gigantyczną knajpą. Ostatni polski posiłek, później już nie będzie tak smacznie.
Gdy kolega płacił, aż zakręciło mi się w głowie, 42 zł za talerz jadła z napojem, a tam przecież tylko pyrki, trochę surówki i kawałek mięsa. Teraz kolej na mnie – 24 zł. Niby to samo, powiem więcej, mięsa tyle samo, zdecydowanie więcej surówki, ale zamiast ziemniaków miałem tylko trochę frytek. Przyjrzałem się ponownie promocji – 3X zł za kilogram ( zdaje się 36 zł ), niezależnie co bierzesz, nawet kartofle w tej samej cenie, a że kolega miał tego kopiec, to się uzbierało :P.
Zadowolenie z posiłku ( kolega pewnie mniej ) ruszyliśmy w dalszą podróż, już tylko 1800 km.
Wieczorem w Niemczech zmiana za kierownicą, byłem zmęczony, teraz miał prowadzić Tomek, ja lekka drzemka. Po jakimś czasie słyszę:
- Kurwa, jak to mam szczęście, jak tylko prowadzę to zawsze się dopierdolą.
Patrzę co się dzieje, normalnie jedziemy
- Co jest ?
- Spójrz, gliny nas zatrzymują, ja to zawsze mam pecha – wskazał na auto przed nami, u którego na tylnej szybie wyświetlał się napis POLIZEI.
- Może to nie do nas ? – zapytałem nieprzytomny
Kumpel spojrzał na mnie.
- Jak to nie do nas, a widzisz tu kogoś jeszcze ?
Rozejrzałem się, ciemna noc, tylko my i Oni.
Kawałek dalej był zjazd na parking. Zjechali, my za nimi..............................
Zielony widok z sypialni, ale nie przesiaduję za często by nie być posądzonym o osiedlowy monitoring.

Ślesin z wycieczkowcem "Pawełek".

Pierwsza wieża na Złotej Górze z widokiem na Konin

Miłość można wyznać wszędzie, nawet na deskach wieży.......

.... i nie tylko miłość. Jak widać sława wieży sięga nawet Bełchatowa.

Druga wieża

Również pełna wyznań :).

Liceum Plastyczne w Kościelcu

Obóz zagłady w Chełmnie.




Komnata historii - pomieszczenie w Zamku,
Baszta na Zamku Biskupów z widokiem na Uniejów oraz Termy

Zawody w powożeniu bryczką na terenie Termy Uniejów. Tu praktycznie co tydzień coś się dzieje.

Przebudzenie Giganta.

20.11 - poranek
- Wiesiu, jesteś ? - zapytał Johny.
Ten to kurwa znajdzie człowieka nawet pod prysznicem.
- Co tam Johny – zapytałem
- Masz może jakieś tabletki do ssania. Tak mnie gardło boli, że nie mogę przełknąć śliny.
- Nie, nie mam – odpowiedziałem zgodnie z prawdą – idź do dziadka.
- Byłem, nie ma.
- No to peszek – odparłem na pełnym spokoju i wróciłem do porannego mycia.
Zaszurało, zaszurało i ponownie cisza. Myślę sobie „pewnie to nie koniec”. Nie myliłem się, nie przy Johnym.
- Wiesiu ?
- Co tam Johny – zacząłem się uśmiechać czekając na dalszą część
- Masz może jakąś „setkę” ?
- Mam Johny, mam – wiedziałem, że nie chodzi o tabletki :D.
- A dasz mi jedną ? - poprosił
- Dam Johny, dam.
Śliny nie przełknie, ale setki piłby litrami.
Zdaje się, że będzie to historia o Johnym, tym bardziej, że miałem „przyjemność” pracować z nim w brygadzie.
Panie, dlaczego mi to zrobiłeś ?? !!
Ten wpis ma tylko przypomnieć, że nadal żyję. Kontynuacja ostatniego wpisu będzie, tyle, że się zaciąłem i zatrzymałem na początku przyjazdu, ale jest, tworzy się w bólach.
Teraz powinno pójść lepiej. Tak myślę, gdyż mam motywację :).
Co łączy te dwa teledyski ??
Do niedługo, zdaje się, że coś zaskoczyło :).
Z powrotem do kraju to było trochę historii. Najpierw miałem jechać z Ulką oraz „Szczawiem”, których to miałem wysadzić na BP przy zjeździe z autostrady na Nysę. Tam Ulka miała przesiąść się do drugiego auta i kontynuować podróż z dziećmi, które jechały drugim autem we czwórkę, Szczawiu miał jechać do siebie, pod Nysę. Następnie okazało się, że w sobotę wyjeżdża auto do Stalowej i dosłownie przejeżdża w pobliżu koleżanki, więc zaproponowałem by jechała z chłopakami tym bardziej, że jechali we dwójkę, ale muszą zabrać „Symona” ( Szczawia ), gdyż jechanie z jedną osobą było zbyt kosztowne. Dosłownie dzień później Paweł mówi, że ma wyjebane i spada stąd, więc jedzie ze mną. Podrzucę Go do Łodzi gdzie podjedzie szwagier i zabierze go w dalszą drogę ( tylko 200 km ) na Lubelszczyznę. Wrócił problem jednego pasażera, wrócił temat Szczawia i ustaliliśmy, że jednak jedzie z nami. Było dobrze, miałem dwóch pasażerów ( płacili po 100€ ) i pomimo robienia „koła” moje koszty miały wynieść około 50-60€. Gdybym nie miał pasażerów miałem jechać nacionalkami czyli trasa przez centrum Francji, ale zdecydowanie tańsza od autostrad. Następny bonus to Paweł, który miał być kierowcą, więc miało być szybko, tanio, przyjemnie i na wypoczynku. Miało.
Na starcie dzień przed wyjazdem rezerwowy kierowca tak się najebał, że nie było szans by wsiadł za kierownicą wcześniej niż 24h po bibie, a że pili do późna, czekała mnie męcząca trasa. Quźwa, te prowensalskie pożegnania, jak ja ich nie trawię.
30.11
Ewidentnie widać po koledze, że nie jest w formie i nie nadaje się na kierowcę, przynajmniej nie dzisiaj. Szczawiu nie ma prawka, więc co najwyżej może zagadywać, ale o czym z młodym gadać ?.
Auto zawalone bagażami, gdyż na wszelki wypadek zabieram wszystko. Oprócz bagaży tradycyjnie mam owoce. Dzień wcześniej pojechałem do sadów i narwałem jeszcze jabłek, trochę kiwi, te okazało się, że niepotrzebnie, gdyż koleżanka wracając do kraju nie mogła się zabrać i dostałem od niej sporo dobrego towaru. Oprócz tego miałem jeszcze 3 skrzyneczki jakie dostajemy na zjazd ( dla każdego po jednej ), więc na bogato. Bagażnik dla mnie, siedzisko dla pasażerów. Volvo 850 to spore auto, więc na brak miejsca nie można było narzekać, jedynie torby z owocami które się nie zmieściły poszły jako łup dla Miyagiego.
Mogliśmy jechać. Wyjeżdżamy i mam problem z nawigacją, która domaga się zalogowania do google !!!. Qurwa mać, mieliśmy jechać nacionalkami na Cahors i dopiero tam wbijać na autostradę, ale teraz nie było innego wyjścia, jak ładować się na autostradę i na szybko odpalać inny telefon jako navi.
Telefon Pawła robi za mapę tyle, ze nie ustawił na przekaz głosowy i tak sobie jadąc dojechałem do Tuluzy zamiast zjechać w Mountaban. Na dzień dobry przejechałem ponad 20km x 2 !!!. Reszta trasy już pod kontrolą. Po drodze widzieliśmy miejsca gdzie będą protestować „żółte kamizelki”, natomiast pierwsze zgromadzenia niezadowolonych spotkaliśmy dopiero pod Vichy. Spora ilość demonstrantów na dwóch głównych rondach zwiastowała, że jutro tu nie będzie fajnie. Dla mnie to już bez znaczenia, gdyż będę już w Niemczech, ale innym nie zazdroszczę.
Wyjechaliśmy o 8:00, prowadziłem do 2:00 nad ranem. Byłem wyrąbany, czas na zmianę za kierownicą, gdyż do tego czasu kolega powinien być „czysty”.
Ostatnie sprawdzenie poziomu oleju wypadło pozytywnie, na miarce wskazania na połówce. Całą trasę jechałem 100-110 km/h. Od teraz prowadził kolega, ja poszedłem spać na tył. Obudziłem się około 5:00 i przesiadłem się za kierownicę. Długo nie prowadziłem, gdyż tylko 120 km i zmiana.
Wróciłem do spania. Mieliśmy po przekroczeniu granicy PL stanąć na wyżerkę, ale chyba nikt nie miał ochoty, gdyż tylko przelecieliśmy przez granicę i jazda do domu. Za Wrocławiem zabrakło gazu, więc zjechaliśmy na pierwszą stację by zatankować gaz. Gość z obsługi zwrócił uwagę, że coś mamy mało powietrza w lewym tylnym kole. Podjechałem pod kompresor i rzeczywiście, tylko 1.4, więc dopompowałem do 2.2 bara. Już drugi raz musiałem tłoczyć powietrze i nie wiem dlaczego, gdyż do tej pory nie było problemu. Nie ważne. Sprawdziłem jeszcze stan oleju i …... ojeju. Bagnet był suchy. Już po zatankowaniu gdy się przemieszczałem poszedł za mną biały dymek, teraz wiedziałem dlaczego. Dolałem olej, ale niepokój zaczął ściskać za serce. Czy auto to „przeżyje” ?. Chwile później ruszyliśmy dalej, za nami ciągnął się warkocz białego dymu. Wyglądaliśmy jak Junkers po spotkaniu ze Spitfirem. Pytanie, czy pilot doleci do domu, czy będzie musiał awaryjnie lądować w miejscu X.
Szymona obiecałem wysadzić w Nysie, ale na moje szczęście jego ojciec podjechał na BP przy zjeździe z autostrady. Zwrócił uwagę, że strasznie kopcimy. Ano kopciliśmy. Sprawdziłem ponownie bagnet. Olej na minimum, więc dolałem dodatkową dawkę. Trzeba było pomyśleć jak dojechać, ale tak by nie rzucać się w oczy. Hmmmm, przecież to niemożliwe.
Pawła szwagier miał jechać z Lubelszczyzny, więc zamiast na Łódź mógłby podjechać pod Bełchatów, tu powinno być mniej gęsto od ruchu, chociaż niepokoiło mnie miasto, gdyż bogaty powiat zafundował lokalnej policji sporo nieoznakowanych pojazdów !!!.
Zmiana, spotkamy się w okolicach Bełchatowa.
Zauważyłem, że gdy jadę powyżej 90 km/h nie widać dymku i wychodziło na to, że trzeba utrzymywać taką prędkość. Czyli max omijać miejscowości gdzie muszę redukować szybkość a szukać do maxa – S -.
Przed Łodzią zjechałem na Bełchatów, ale w samo miasto się nie pchałem tylko stanąłem w lesie na stacji MOYA. Szybka analiza stanu auta, wynik: może dojedzie, może nie dojedzie. Paliwa teoretycznie też powinno starczyć. Zobaczymy w praniu.
Gdy podjechano po kolegę, mogłem ruszyć w drogę, tyle, że teraz bez navi. Jechać na Piotrków i wbijać na autostradę czy lecieć na Łódź i od tej strony walić na A2 ??.
Dojechałem do ronda i poleciałem tak jak przyjechałem czyli na -S-kę w stronę Łodzi. Trasa piękna, „prawie nie widać” jak kopcę. Myślę sobie, będzie dobrze.
S-ka skończyła się w pcha mnie na Lotnisko lub do Centrum !!!. Qurwa mać, tego nie miałem w planie. Dochodzą nowe oznaczenia dla kierunku Centrum czyli Warszawa oraz Gdańsk. Tak, teraz pamiętam ten kawałek trasy, jadę przez miasto. Tak więc trasa fajna, ale teraz „prawie mnie nie widać” tak kopcę. Na wszelki wypadek podjeżdżając pod światła już z daleka walę awaryjki by wszyscy uciekali na boczne pasy, gdyż tu nie będzie fajnie. Ruszam i ewentualnie jak ktoś za mną stanął, nie widzę go, był, teraz nie ma.
Policji aż tak bardzo się nie bałem. Gdy staliśmy na MOYA, widzieliśmy 5 wozów prewencji jadącej od Bełchatowa na Łódź. Tego dnia ŁKS grał z Cracowią, więc mundurowi mieli co robić, a jeśli zabezpieczali trasę to raczej od południa, nie od wschodu. Tak sobie wymyśliłem i rzeczywiście, ani jednego patrolu.
Jest Stryków, jest autostrada. Dzięki Panie.
Jeszcze w Łodzi zatrzymałem się na jednej stacji i tankowałem gaz, gdyż wcześniejsza analiza, że paliwa może starczyć wydawała się teraz mało prawdopodobna, wir w zbiornikach robił spustoszenie. Teraz po wjechaniu na A2 byłem pewien, że muszę dojechać. Nadal miałem gaz oraz jakieś 15 litrów benzyny. Każdy przejechany kilometr powodował, że oszczędzałem na ewentualnym holowaniu, które kosztowałoby mnie tylko koszty paliwa, ale zależało mi również by nie blokować r/h ( roboczo-godzin oraz holownika ). Już na wysokości zjazdu na Turek nastąpiło oświecenie – o co będzie jak na zjeździe w Koninie będzie stała Policja, ITD czy celnicy ??. Oni uwielbiają ustawiać się zaraz za bramką, a ja będę musiał się zatrzymać !!!. Gdy ruszę na bank muszę mnie zobaczyć, gdyż zniknie im punkt poboru opłat ( tu miałem panią za okienkiem ostrzec by na wszelki wypadek na chwilę zamknęła szybkę
). Ok, konsultacje z bratem, potwierdza, nie ryzykowałby, więc zjeżdżam z autostrady wjazdem technicznym.
Wiecie, głupio byłoby zrobić tyle kilometrów i 10 km przed celem zapłacić mandat i stracić dokumenty !!!. Pozostało się jeszcze miasto, czyli sztuka jak przejechać przez cały Konin „nie rzucając się w oczy”
po drodze mijając Komendę Miejską :P. Akurat jechałem koło komendy ( pod górkę ), gdy wyjechał jedyny patrol jaki spotkałem na mieście i to było wszystko. Auto w ciężkim stanie, ale dowiozło na miejsce. Co Volvo to Volvo.
Silnik nadal odpala, ale nadal kopci więc auto idzie na sprzedaż, gdzie pewnie zostanie rozebrane na części i ktoś na tym zbije spore pieniądze. Mi pozostaje kupić następne, tyle, że co tu można kupić za pieniądze uzyskane za Volvo ??. Liczę, że za 850-tkę dostanę 1000-1200 zł, a za takie pieniądze to nie wiem czy starczy na rikszę.
Jakby tego było mało to w Saabie poleciała turbina. Regeneracja 950 zł brutto zrobiona 3 tygodnie wcześniej i........................ problem. Jadę samochodem i słyszę świst charakterystyczny dla turbin lub lewego powietrza w nieszczelnych układach, jednak od razu stawiam na turbinę.
W warsztacie gdzie wymieniano twierdzą, że może to być intercooler, ale dzisiaj nie mają czasu, więc przy okazji. Auto dałem do mojego warsztatu ( za chwile wyjaśni się dlaczego nie poszedł od razu do naszego mechanika ), szef słucha i mówi, że jak byk turbina. Nie musi nawet robić jazdy próbnej gdyż wystarczy wsłuchać się w okolicach turbiny i wszystko wiadomo.
Nie kombinujemy i pomimo że nie chciał przyjąć auta na warsztat, musiał to zrobić ( moja sugestia była zbyt wyraźna i nie przyjmowała odmowy ).
Turbina w 30 minut wyjęta i od razu widać luzy na łożysku oraz cała masa błędów podczas montażu. Tak więc auto stoi u mechanika, turbina do ponownej regeneracji. 3 dni później brat dzwoni do serwisu gdzie gość od razu widząc tylko turbinę powiedział dokładnie to co mój mechanik. Podczas wymiany turbiny trzeba wymienić wszystkie oleje oraz filtry, przeczyścić intercooler oraz chłodnicę oraz podczas montażu wymienić wszystkie uszczelki a nie używać silikonu !!! ( chyba nigdzie nie zrobiłem pomyłki, gdyż pamięć szwankuje ). Brat poprosił o ponowną regenerację za którą zapłaci. Dlaczego ?. Gdyż to jego świeży „mechanik” przeprowadził taki „montaż”. Jako stały klient dostał rabat przez co koszt naprawy to 780 zł ( wcześniej jeszcze w innych brata samochodach w tym warsztacie regenerowano turbiny, ale inny mechanik montował
). Turbina jest już w Koninie, ale oprócz „pacjenta” dotarła również wielka kartka z dokładnym opisem co gdzie i jak zrobić. Sam montaż kosztowałby 100 zł max, ale będzie ponad 1000 zł, gdyż trzeba wymienić wszystkie filtry oraz oleje – to nie problem, gdyż ostatnia wymiana była w marcu, a że nie robimy kilometrów więc wymieniamy i tak każdego roku. Koszty dodatkowe to czyszczenia dodatkowych podzespołów, stąd też będzie sporo kosztów. Jestem zły, gdyż od prawie 3 lat trąbię żonie, że auto powinno zmienić właściciela na bogatszego, ale do „baby” nie dociera !!!.
Policzyłem jeszcze koszty jakie spodziewam się przy Saabie:
- regeneracja wtrysków – 1600 zł ( aktualne zużycie wtrysków 80/75/55/50 )
- wymiana foteli przednich – 800 zł komplet
- wypalenie DPF / regeneracja – 600 zł
- lakierowanie jednego elementu – 350 zł ( zabezpieczony fragment, ale jeszcze nie lakierowany )
- nadkola z przodu = 200 zł x 2 = 400 zł
- roleta automatu – 80 zł
zapewne jeszcze jakieś drobiazgi – 400 zł
Razem = 4.230 zł – znając życie dojdzie do 4.500,00 zł
Co prawda auto będzie jak nowe, ale na metryce i tak się nic nie zmieni, więc na wartości nic nie zyska. Cały ten koszt Saabiny musimy zapisać na następny rok, więc będzie bardzo ciężko, tym bardziej, że handel cały czas siada, a ja sam nie pociągnę wszystkich kosztów.
W październiku w PKO S.A. wygenerowała się pożyczka na KLIK czyli klikam i w 30 sekund mam kasę na koncie. Kwota to całe 1.500 zł. Oczywiście, że nie skorzystałem, bo niby co z tym zrobić, którą dziurę załatać. Zostawiłem jak było. W listopadzie podnieśli do 2.000 zł, ale już na początku grudnia pojawiło się...................... 6,800 zł. Myślę sobie, poczekam, gdyż termin oferty zbliżał się ku końcowi, może podbiją i uratują mój plan na życie.
Minął termin, wygenerowała się nowa pożyczka.......................... 6,300 zł – qurwa mać. No tak, dwa tankowania po 200 zł oraz zakupy w Lidlu i 500 zł zeszło z karty automatycznie obniżając moją zdolność kredytową. No cóż, w sytuacjach kryzysowych uruchamiają się u mnie inteligencja, która najwidoczniej na co dzień jest mocno oszczędzana, gdyż szybko przypomniałem sobie sytuację sprzed roku. Każdy wpływ podbijał moją zdolność kredytową !!!. Telefon do córki, potrzebuję 5.000 zł do wtorku. Dziecko kasy nie miało, gdyż pracuje w Biedronce !!!, ale jej chłopak tak. Kasa już na moim koncie, 16.12 traci ważność aktualna oferta, 17.12 powinna wygenerować się nowa. Tak więc czekam i nie mogę doczekać się jutrzejszego dnia. Potrzebuję 10-12k zł z czego na auto poszłoby max 6k, reszta wtłoczona w firmę dla komfortu pracy.
Od 2 tygodni siedzę i szukam auta. Najważniejsze to jego gabaryty. Volvo 850 było spore, ale w sedanie, co okazało się być mankamentem. Dzisiaj szukam wielkiego kombi lub SUV-a w kwocie max do 6k zł.
Faworyci to:
Mercedes W210 kombi
Volvo V70 kombi
Dodge Grand Caravan
Lancia Phedra
Chrysler Voyager III
Kia Carnival
BMW E39 kombi
Większość aut do 7-8 osobowe, co może się przydać, ale nie koniecznie. SUV-y posiadają dodatkowo wielką przestrzeń załadunkową co na bank się przyda w czasie jazdy do Francji. Na dzień dzisiejszy mam zainteresowanie od 3 osób które chcą ze mną wracać, więc na start dostaję 300€ i mam pokryte wszystkie koszty ( przy SUV-ie większe spalanie ), towar zabrany dla lokalnej Polonii dałby zysk około 300-400€, dzięki któremu mógłbym spłacić zaległość tegoroczną i coś zostałoby na start.
Tu jednak liczę, że deko mi pomożecie i może ktoś znajdzie czas by lekko rzucić okiem na moich wybrańców, gdyż auta są rozrzucone po Polsce. Niestety, przed chwilą sprawdziłem i ładny Mercedes 7-osobowy W210 z Elbląga znalazł już nabywcę, ale na przykład KIA stoi w Sopocie, Chrysler w Olkuszu itd. :(. Koszty takich jazd są kosmiczne, o czasie nie wspomnę że takie przemieszczanie się po całej Polsce może kosztować 2-3 dni z życiorysu.
W tym tygodniu powinienem popchnąć tematy do przodu, gdyż większość zaległości jakie powstały w domu mam już ogarnięte i na spokojnie będę mógł dokończyć wpisy, tym bardziej, że działo się, oj panie, działo się tego sporo.
Trochę fotek:
05/09 - drodze do Francji, tylko we dwójkę. Mam nadzieję, że teraz wyjaśniło się dlaczego w Niemczech zatrzymała nas policja

05/09 - ekspozycja na stacji paliw w Niemczech.


06/09 - Castelsarrasin / NOZ i znajomy język:


07/09 - Moisac - kiedyś francuski, później francusko-arabski, dzisiaj bułgarsko-francuski.

07/09 - czyż nie jest piękny
08/09 - mój nowy "apartament" - dlatego napisałem, że będzie ciekawie, bardzo ciekawie.

półka którą widać jest moja, świeżo kupiona w Emmaus za 10€, gdyż nawet tego nie było

Na start jest nas trzech, ale dwóch jeszcze ma dojechać.
