W sumie łatwiej, jak napiszę tutaj. Zasadniczo cała sprawa jest prosta, aczkolwiek nieco absurdalna, czyli taka mieszanina normalności i naszych komunistycznych realiów.
Może zacznijmy od tego dlaczego ktoś o zdrowych zmysłach miałby podpisywać cokolwiek z tym bandyckim socjal-państwem. Otóż niestety nie istnieje na polskim rynku oferta prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego, która byłaby ekwiwalentem ubezpieczenia w nfz. A to płatny ambulans, a to hospitalizacja tylko do danej kwoty, a to zabiegi tylko w partnerskich pacówkach, taka sytuacja. Jak wiadomo takie ubezpieczenie nie jest nam potrzebne do terapii antykatarowej, ale po to, żeby w razie przejechania nas na pół przez tramwaj nasi bliscy nie musieli utrzymywać warzywa za 10k ojro miesięcznie, więc niestety tutaj żadny prywatny pakiet po prostu się nie sprawdza.
Generalnie umowę o dobrowolne ubezpieczenie zdrowotne z nfz może podpisać każdy, kto nie ma ubezpieczenia z innego tytułu i ogólnie nie podlega obowiązkowi takiego ubezpieczenia (czyli np. nie przedsiębiorca, który musi dawać się okradać zusowi), czyli np. niezgłoszony bezrobotny (lub bezrobotny bez prawa do ubezpieczenia), czy freelancer. W tym celu należy:
1. Na dzień dobry problem. Jeśli obywatel ośmielił się nie być ubezpieczony u monopolisty (NFZ) lub w innym, zaprzyjaźnionym socjal-państwie (UE), musi ponieść z tego tytułu kare (!), której wysokość uzależniona jest od okresu pozostawania poza sidłami państwa. Za okres od 3 do 12 miesięcy zapłacimy ~750 zł, powyżej tego czasu jest już tylko gorzej. Jeśli poza mackami systemu pozostawałeś ponad 10 lat, szykuj sie na wydatek rzędu 7500 zł.
2. Po uiszczeniu kary (!), udajemy się do lokalnego oddziału NFZ (w Krakowie mieści się ten przybytek na ulicy Batorego), gdzie w relatywnie przyjemnych i bezkolejkowych warunkach wnioskujemy sobie o taką umowę. Jeśli ktoś kiedyś był ubezpieczony (np. prowadził działalność) warto przynieść jakiś papier dotyczący tego jak i kiedy to ubezpieczenie ustało (np. zaświadczenie o zawieszeniu działalności gosp.). Z cyklu "Opowieści z PRLu" - oczywiście oni wszystkie dane maja w systemach, więc od razu wiedzą kim jesteś i kiedy ustało Twoje ubezpieczenie, ale kartke przynieść trzeba i tak, "no bo ja to musze dostać od pana a nie z komputera". Pozdro.
3. Wypełnioną umowę odbieramy i podpisujemy parę dni później, bo "przecież i tak dzisiaj nie ma pani kierowniczki".
4. Teraz to, co tygryski lubią najbardziej, czyli ZUS (tadam). Do rzeczonego królestwa zła i absurdu udajemy sie w ciągu 7 dni od podpisania umowy, celem poinformowania o podpisaniu umowy. Pozdro#2
5. Jeśli ktoś myśli, że ZUS ma już z głowy, to albo naogladał się filmów, albo jeszcze nie naoglądał się w życiu ZUSu. Do tego złodziejskiego molochu na skraju bankructwa (tzn. dopóki jest co kraść z OFE to będzie sobie dogorywał) należy udawać się co miesiąc (sic!, pozdro#3), celem złożenia druczku(druczka?), którego treść...jest taka sama co miesiąc. "Po co mam tu być za miesiąc, skoro wpisze w te kratki to samo? -Może pan w sumie złożyć dwa druczki do przodu." o_0
6. Potem pozostaje już "tylko" płacić co miesiąc składkę, która zmienia się co kwartał, a obecnie wynosi coś koło ~350 zł za miesiąc.
Tak więc polecam