Ostatnio przeprowadziłem bardzo prostą, banalną wręcz rozmowę. Oczywiście mój zlasowany mózg musiał się gdzieś doczytać "drugiego dna". Zaowocowało to dłuższą rozkminą oraz masą sprzecznych wniosków.
Do rzeczy.
Uzależnienie od pokera.
Może mieć wiele twarzy.
Gambling



To niekoniecznie musi być poker.
Ogólnie podatność na gry hazardowe.
Schemat "Tym razem mi się uda"
Osoba wygrywa przypadkowo większą sumę pieniędzy rozpuszczając ją na lewo i prawo. Koduje sobie w główce gambling=git. Idzie do kasyna, siada przed kompem etc. za ostatnie siano próbuje powtórzyć wyczyn. Nie udaje się. "Tym razem mi się uda" Przeznacza na gambling pieniądzie, które planowała wydać na coś innego. Fail again "Tym razem mi się uda" fail again "Tym razem mi się uda" kończy się siano, pożycza "Tym razem mi się uda"
fail i taka pętla się robi aż do wyczerpania zapasów. Nawet jak się uda wygrać trochę to trzeba zwiększyć stawki, zeby odrobić straty i tym sposobem przegrywa się to co juz sie wygrało.
No ale tutaj nie chodziło mi o taki rodzaj nieogarnięcia umysłowego.
A chciałem poruszyć inna kwestie.
Piątek wieczór wpada kumpel "idziemy na piwo chodź teraz" nie mogę mam turniej "za ile kończysz" nie wiem albo za chwile albo za 4h nie mogę Ci sprecyzować jak teraz wyłącze to strace kasę a już dobrze idzie bo zaraz ITM. "o jezu tylko bys gral w tego pokera jestes uzależniony" ech...
Gdybym tak wpadł do niego w poniedziałek rano o 7:30 i strzelił "idziemy na piwo dawaj" -nie mogę zaraz do pracy musze leciec, jak nie przyjde to szef mnie wywali. "o jezu jestes uzalezniony od tej pracy"
Tutaj kolejna kwestia niezrozumiała przez ludzi "normalnych" nie wymagająca większego tłumaczenia.
Też nie ten aspekt. Chodzi mi o sytuacje, gdzie wchodzimy już na poziom ciekawych kwot. Powiedzmy wyciągasz 100$/h gry. Zostajesz postawiony w sytuacji, w której jesteś w stanie grać kiedy chcesz i ile chcesz. Nie masz żadnych innych zobowiązań. Żony, dzieci, psa, mszy do odprawienia etc. Taka wolna amerykanka, czyli to co w pokerze jest najciekawsze. Siadasz do stolików i w jeden dzień jesteś w stanie zarobić na przeżycie kolejnego miesiąca. W głowie pojawia się diaboliczny plan. Pogram miesiąc bez przerwy to potem będę mógł mieć cały rok wolnego. Git.
Kończy się miesiąc gry takiej no life only cards. Przystępuje się do fazy relaksu po ciężkiej pracy. Mając na koncie całkiem ciekawą sumkę można trochę zaszaleć. Kupić sobie trochę niezbędnych dupereli ułatwiających/uprzyjemniających życie oraz wypocząć w "wielkim stylu". Po tygodniu nieróbstwa i totalnego chilloutu na koncie nie ma już aż tak imponującej kwoty, a jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia to nagle człowiek zauważa, że mógłby sobie dokupić jeszcze więcej niezbędnego stuffu. Zapala się lampka. NEED MORE $$$ na WIĘKSZY telewizor SZYBSZY samochód no i co kto tam lubi na dokładnie tej samej zasadzie zaspokojenia wyimaginowanych potrzeb.
Jasne, że można żyć w ascetycznych warunkach jedząc to co dadzą w PCK i śpiąc tam, gdzie akurat nie pada. Można też poświęcić życie na gromadzenie różnych mniej, lub bardziej potrzebnych rzeczy i kapitału na zaspokajanie nowych zachcianek.
Istnieje też "złoty środek". Każdy ma ten środek dostosowany do własnych ambicji.
Ciekaw jestem jak wygląda taki "złoty środek" niektórych osób z tego forum.
W szczególności takiej jednej co nie chce podwyżki:]
Kiedy osiąga się już ten poziom "grania za dużo"?
Są jakieś normy społeczne określające stosunek czasu poświęcanego na zarabianie pieniędzy do czasu poświęcanego na ich wydawanie?
Coś mi się wydaje, że zaczyna mi się to wszystko mieszać :/
