Długo zbierałem się do napisania tego postu i jeszcze w trakcie pisania próbuję to ułożyć w sensowną całość, a przede wszystkim znaleźć źródło niezidentyfikowanego problemu leżącego gdzieś w mojej głowie, który nie tylko nie pozwala mi wygrywać na idiotycznym NL10, ale też powoduje, że brakuje mi chęci do życia.
Od jakichś 1.5 - 2 tygodni mentalnie (z drobnymi przerwami) zachowuję się jak zombie. Nie mam na nic siły, nie mam zapału do czegokolwiek, nie widzę sensu w wykonywaniu jakichkolwiek czynności, mam problemy ze snem, koncentracją. Mam mordę jak zbity pies, a gdy tylko siadam do pokera i dostanę 1 bad beata to już po prostu odpływam. Mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę i nie próbować już nawet swoich sił. Przez ostatni czas cała moja gra ogranicza się do sinusoidy. Gram raz lepiej, raz gorzej, oglądam filmiki staram się rozwijać, analizować rozdania, ale cały czas wyniki to jajo, usilne próby ogarnięcia tego wszystkiego powodują jedynie, że widzę siebie jako nieudacznika, niezdolnego nawet do zrealizowania głupich i prostych założeń, celów.
Nie tyczy się to tylko pokera, ale tak samo sprawa się ma z siłownią, nauką, zdrowym jedzeniem.
Mam problemy z samodyscypliną i powoli gubię się we wszystkim co mnie otacza. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mam pojęcia co jest tego przyczyną, wszystko stało się tak nagle, bez jakiegoś bodźca z zewnątrz, bo nikt mi nie umarł (jakby mi zależało), z dziewczyną wciąż dobrze mi się układa, sesji nie zawaliłem, po prostu nic. Z dnia na dzień kompletnie się załamałem.
W zasadzie to gram w te karty, żeby nie chodzić do pracy i żeby uzbierać na dwie rzeczy, obie związane z moją dziewczyną, być może jest to pewnego rodzaju strach, że ją zawiodę. Gdybam, bo nie mam pojęcia co robi ze mnie warzywo.
Nawet nie do końca wiem czego oczekuję, ale może Leszek, albo ktoś pomoże mi się ogarnąć i wrócić do starego, żywego mnie, którego było wszędzie pełno.