Sesja 7h jest rzeczywiście bardzo długa. Ja osobiście mogę tyle grać na dzień czasem, ale nie w jednym ciągu. Taki temat rzeczywiście musisz ugryźć dobrze mindsetowo.
Może poczytaj coś o mobilizacji do działania itd.
Zacząłem ostatnio czytać podobną tematykę, fajne są np. tematy związane z wojskiem.
Fragment traktujący o jednym z żołnierzy GROM.
"Mjr rez. Krzysztof Wójcik, były oficer GROM-u jest pierwszym Polakiem,
który ukończył kurs rangersa armii amerykańskiej: - To było niesamowite! Na
pustyni w Teksasie nadepnąłem na grzechotnika. Ale gorsze od grzechotników są
węże nazywane „ Czarnymi Mokasynami". Spotykaliśmy je na bagnach Florydy.
Zanim zaczął się właściwy kurs, każdy przyszły rangers musiał przejść kursy
dopuszczające. Były to dwutygodniowe szkolenia: skoczka spadochronowego,
zwiadowcy i instruktora spadochronowego. Z dwudziestu egzaminowanych zdała
połowa. - W ciągu dwóch minut musiałem np. znałeźć po pięć błędów w wyposażeniu
trzech skoczków spadochronowych. Przeoczenie czegokolwiek groziło eliminacją
- mówi mjr Wójcik.
Amerykanie poczuli sympatię do „twardego Polaka", kiedy ten w ciężkich
wojskowych butach wyszedł na pierwszą poranną zaprawę: - W USA uważają
że takie buty niszczą kolana. Więc żołnierze biegają w adidasach. Kiedy przebiegłem
pięć kilometrów w moich ciężkich butach, koledzy wyraźnie okazywali mi
sympatię.
Tam człowiek jest wykańczany fizycznie, czołgany w błocie i szambie,
lżony. W Polsce za stosowanie takich metod instruktor poszedłby pod sąd.
Tam jest to normalny etap szkolenia. Kursanci są namawiani do rezygnacji z kursu.
Wystarczy założyć pagony... i można jechać do domu. Ale wtedy w teczce personalnej instruktorzy piszą, że żołnierz nie ma motywacji.
To w amerykańskiej armiioznacza koniec kariery - opowiada pierwszy polski rangers. Dlatego niektórzy
kursanci padają z wycieńczenia, ale nie poddają się. - Po wyjściu z „gułagu "
szkolenie zaczyna się od dnia „zero ". Niektórzy ostatniego dnia są zawracani na
początek. Spotkałem człowieka, który 72-dniowy kurs załiczałjuż 13,5 miesiąca
- twierdzi rangers.
Drugi etap to bagna Florydy. - Tam skręciłem nogę. Spuchnęła, więc przez
trzy tygodnie nie ściągałem buta - mówi. Kursanci non stop byli w wodzie. W smolistej
mazi jedli, załatwiali wszystkie potrzeby. Żeby nie utonąć w czasie snu,
przywiązywali się do drzew.
Mogli korzystać z pomocy medycznej, pod warunkiem, że łączny czas „chorobowego"
nie przekroczył 72 godzin. A liczy się wszystko: wizyta u dentysty,
czas na zrobienie zastrzyku. - Ukąszenie przez grzechotnika eliminuje z kursu.
Po podaniu surowicy chory musi być na 72-godzinnej obserwacji. A na pustyni
było ich bardzo dużo. Instruktorzy ostrzegali nas, żeby zawiązywać śpiwory, bo
w nocy w poszukiwaniu ciepła wpełzają do środka. Mało spaliśmy, więc to nam
nie groziło. Kiedyś nadepnąłem na węża. Było to w nocy, tylko zagrzechotał. Atakują,
gdy odetnie się im drogę ucieczki. Znacznie gorzej było na bagnach. Tam
żyły „Czarne Mokasyny", węże, które broniły swojego terenu o powierzchni 100
na 100 metrów. Atakowały pod wodą. A na wstrzyknięcie surowicy człowiek miał
tylko kwadrans - opowiada.
Z Florydy kursanci trafili na pustynię w Teksasie. - Przez trzy tygodnie uczyliśmy
się przeżycia. Najważniejsze, to umieć zdobyć wodę. Ten etap najbardziej
mi odpowiadał. W dzień temperatura dochodziła do 60 st. Celsjusza, w nocy spadała
do 10. Przy takich skokach temperatur koledzy nie mogli jeść. Zjadałem
więc wszystko, co zostało. Dzięki temu przytyłem 9 kg. Na pustyni przekonałem
się, że można spać w marszu - mówi K. Wójcik.
Kiedyś omal nie skończyło się to „gułagieirT. Kiedy idący w szeregu zatrzymali
się, major stojąc natychmiast zasnął. Podobnie jak ci, którzy stali za nim. Na
szczęście początek grupy udało się odnaleźć po śladach.
Podczas etapu górskiego zdarzyło się najwięcej wypadków. To już prawie
koniec, kursanci byli wyczerpani i głodni. - W pewnym momencie pomyślałem
sobie: .. To tylko sen. W czasie pokoju nie można tak ryzykować życiem żołnierzy".
Ludzie spadali, widziałem rannych. A myśmy maszerowali - wspomina.
17 lipca 1992 r. skończył kurs. - Ani przez moment nie myślałem, żeby zrezygnować.
W kraju skończyłem szkołę oficerską we Wrocławiu, w wojsku zawsze
zajmowałem się rozpoznaniem, wygrywałem zawody walki wręcz. Nie wyobrażałem
sobie, żeby pierwszy polski oficer mógł odpaść. Nigdy potem nie przeszedłem
czegoś równie ciężkiego - kończy major rez. Krzysztof Wójcik."
Nie chce mi się poprawiać tekstu po kopiowaniu.