Przejdź do forum
Powiadomienia
Wyczyść wszystko

Live show tv ;)

220 Posty
57 Użytkownicy
100 Reakcje
14.1 K Wyświetlenia
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Dzisiaj pokerowo.
Zagrałem kilka najtańszych turniejów MTT , 2 satelitki i chyba 6 sitków 90/180 osobowych.
W sumie 12 turniejów.
W Mtt bez historii - w 2 dwóch ITM, ale na niskich pozycjach.
W sitkach 3 ITM 2 ft. ( siódme i czwarte )

Czwarte po takim spocie :

http://www.boomplayer.com/pl/poker-hands/Boom/13608547_32BFB06DCD

Upolowałem wreszcie największego donka na stole callującego 70% rak pre flop i takie cyrki :(
Odpadł zaraz po mnie ....

No i kilka łapek :

Spoiler

Gracie to ? :
http://www.boomplayer.com/pl/poker-hands/Boom/13605716_C9BCD16BC0

Callujecie to ? :

http://www.boomplayer.com/pl/poker-hands/Boom/13606271_8FBE3CCF18

http://www.boomplayer.com/pl/poker-hands/Boom/13606556_19C2F4B01E

http://www.boomplayer.com/pl/poker-hands/Boom/13609165_5568E4E506

No i z cyklu "śmieszne" :

http://www.boomplayer.com/pl/poker-hands/Boom/13604304_6CD96182CF

http://www.boomplayer.com/pl/poker-hands/Boom/13606265_F073DB3608

Pozdrawiam.


Odpowiedz
Cytat

Napisane przez incasent
Gracie to ? :
http://www.boomplayer.com/pl/poker-hands/Boom/13605716_C9BCD16BC0

No ja osobiście raczej bym cbetował flopa bo tak dajesz mu miejsce do blefu. Oczywiście do jego re-raise'u to raczej fold chyba, że masz tam jakieś notatki na niego


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Nie miałem o Nim żadnego info. Świeży na stole.
Przebijał PF, i sprawdził 3beta oraz call . As zabił akcję, bo po jakimkolwiek moim c-becie i Jego AI i tak musiałbym sprawdzić.
Moje 750 i Jego AI, to w puli mielibyśmy 3.500 żetonów, a ja musiałbym dołożyć tylko 480.
W przypadku przegranego rozdania zostało by mi 1000 żetonów, czyli 10bb.

Push pre też chyba odpada przy 28bb. Szkoda, że Big blind się dołożył, bo dał Mu oddsy.
Z drugiej strony mając na ręku KK liczymy na call ;)

Jeśli źle rozumuję, to mnie poprawcie.


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Pokerowo.
Zagrałem znów dzisiaj kilka turków i sitków.
Na 7, albo 8 sitów dwa FT. 2-gie i 3-cie miejsce... znów bez shipa :(

Spoiler

Oprócz tego parę gównomiejsc płatnych w MTT.
W sumie sesja na plus, ale mogło być lepiej..

Łapki :

Spoiler

Royal :

http://www.boomplayer.com/en/poker-hands/Boom/13705200_E69D7CC360

Callujecie taki 4-bet ?

http://www.boomplayer.com/en/poker-hands/Boom/13705111_6F459FC35F

Fold pre ?

http://www.boomplayer.com/en/poker-hands/Boom/13705166_14DE2908B8

Długo sie zastanawiałem nad callem..

http://www.boomplayer.com/en/poker-hands/Boom/13706616_47870EB3B6

No i z cyklu śmieszne :

http://www.boomplayer.com/en/poker-hands/Boom/13706999_BA6F8D1E08

Pozdrawiam.


Odpowiedz
Cytat

Może faktycznie masz rację. Cbet i fold tutaj jest ciężki. Ale ja chyba i tak bym tam cbetowal.

Zrobiło się bardziej pokerowo i nagle wszyscy przestali pisać :P chyba czekają na dalsze części opowiadania ;)


Odpowiedz
Cytat

Co do tego 4betu to nigdy w życiu bym tam nie callowal z A9o za 30bb. No chyba ze villain robił takie rzeczy wcześniej ze smieciowymi kartami. Ale nawet i tak nieopłacalne zagranie raczej


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Napisane przez Kaczorq92
Co do tego 4betu to nigdy w życiu bym tam nie callowal z A9o za 30bb. No chyba ze villain robił takie rzeczy wcześniej ze smieciowymi kartami. Ale nawet i tak nieopłacalne zagranie raczej

To faktycznie było złe zagranie :(
Ale robił mi to kilka razy..

Dzisiaj znowu drugi :f_confused:

Spoiler

I łapki - jedna z przegranego HU.
Gostek farcił niemiłosiernie ..

Spoiler

http://www.boomplayer.com/en/poker-hands/Boom/13734027_2D2F3D0E82

http://www.boomplayer.com/en/poker-hands/Boom/13731785_58C613263B

Dalsza część opowiadania będzie :)
Obiecuję w weekend nadrobić zaległości :)

Pozdrawiam.

EDIT :

Jeszcze jedna łapka..
Jak to rozegrać, żeby wyciągnąć max value skoro już to mamy ..

http://www.boomplayer.com/en/poker-hands/Boom/13734962_74564C9676


Odpowiedz
Cytat

No to ostatnie rozdanie z fullem to myślę że spoko rozegrane. Bo z mocnymi układami jest trudniej o value niestety niż ze słabszymi rękami. I tak raczej więcej byś tu nie mógł wyciągnąć. Może ewentualnie all in na riverze by mógł słabiej wyglądać ale nie sądzę żeby to sprawdził i tak ;)

Tak się jeszcze zastanawiam czy 3bet pre flop nie powinien być trochę większy.

Co to rozdania z HU, to jak gość takie coś sprawdza to nie ma na niego rady raczej niestety. Czesciej po prostu nie będzie wygrywał bo mu nie dojdzie i tyle ;)

AA na 77 - taki poker :P


Odpowiedz
Cytat
sebano2
Dołączył: 28.07.2009
PokerStrategist

Weekend się dawno skończył, a Ty tylko o pokerze...
Dawaj dawaj


Odpowiedz
Cytat
02bub02
Dołączył: 15.11.2009
PokerStrategist

Świetny blog. Zwłaszcza życiowe kawałki. :f_drink:


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Musiałem dzisiaj zwolnić (kolejnego na przestrzeni lat) pracownika.
Zatrudniłem Go ok. 3 lat temu.
Regularnie miał problemy z alkoholem. Umoralniałem, tłumaczyłem, prosiłem .. wiele razy.
2 tyg. wcześniej znów zaleczony z rana przewoził pokrowce do magazynu w deszcz.
Towar był nie przykryty i mókł. Zwracałem Mu na to uwagę wiele razy, aż wreszcie się zagotowałem. Powiedziałem Mu, że pracuje do 30-ego. Ale wczoraj znowu zawołałem Go do biura i jeszcze raz walnąłem umoralniającą 15-sto minutową spokojną „ojcowska” rozmowę.
Powiedział ( ofcourse ja głupi znowu uwierzyłem ), że nigdy więcej alko, i że będzie się stosował do zaleceń...
Jak przyszedłem dzisiaj do pracy był nawalony w trzy dupy. Nie wiem jak to zrobił, bo tego nie oglądałem, ale chłopcy z krojowni powiedzieli mi, że obsrał cały kibel.. cały sedes, podłogę nawet płytki na ścianie... obrzydlistwo.
Jak kazałem Mu się wynosić rozłożył ręce i wybełkotał - „no przecież pracuję”.....

Napisane przez 02bub02
Świetny blog. Zwłaszcza życiowe kawałki. :f_drink:

Dzięki :f_drink:

Napisane przez sebano2
Weekend się dawno skończył, a Ty tylko o pokerze...
Dawaj dawaj

No to lecimy dalej :)

_____________________________________________________________________________

….. Wieczorami świętowałem przez cały tydzień.
W ciągu dnia wyjazdy + dodatkowe zajęcia związane z rozruchem szwalni, wieczorami opijanie z kumplami zdrowia nowo narodzonego syna.
Moja żona w szpitalu z dnia na dzień wyglądała coraz lepiej, ja natomiast (jak to określiła) zaczynałem wyglądać jak zombi ;). Po tygodniu przywiozłem „rodzinę” do domu i skończyło się „świętowanie”. Całe szczęście, bo mogłem nie wytrzymać następnych kilku dni :D

Zaczęła się harówka.
Ojciec przestał jeździć z nami na stadion i zajął się krojeniem tkanin (pomagał Mu świeżo zatrudniony chłopak), a mama przyuczała szwaczki i nadzorowała produkcję. Sama również szyła. My natomiast po powrocie ze stadionu składaliśmy i wiązaliśmy w paczki gotowe pokrowce. Nie było sensu pakować ich w blistry, bo i tak musieliśmy je później rozrywać. Dzięki temu klienci dostawali nienaruszone opakowania, a nam usprawniało to pakowanie towaru do toreb/worków, czy na busy. Niestety składanie i wiązanie zabierało nam dodatkowo 2-3 godz. każdego dnia.

Bywały dni że pracowaliśmy po 18 – 19 godz. dziennie zostawiając jedynie Sławkowi trochę więcej czasu na sen. On był naszym kierowcą i musiał być wypoczęty. Ja z bratem mogłem podrzemać w czasie jazdy. Dziś sobie tego nie wyobrażam...

To był wieczny zapierdol. W dalszym ciągu wyjazdy na stadion, zbieranie towaru od dostawców (nasza produkcja na początku była za mała), co tygodniowe wyjazdy po materiał pod Poznań, pakowanie busów które przyjeżdżały na miejsce i jeszcze to składanie uszytych pokrowców...
Możecie mi nie wierzyć, ale mój rekord w pracy bez snu (bez snu w łóżku) to ponad 72 godz. non stop.... Jedynie kilka krótkich (max 1,5 godz.) drzemek w czasie drogi do Warszawy. Litry Redbulla i kawy zastępowały zdrowy rozsądek. Jak padłem po tym maratonie, to spałem 16 godzin...

Tak się nie dało.
Nie mieliśmy już nawet siły i ochoty napić się wódki w sobotni wieczór.
Po kilku tygodniach do składania pokrowców zatrudniliśmy mojego Teścia (również emerytowany policjant jak mój ojciec).

Szwalnia nabierała rozpędu.
Szwaczki się wprawiały i szyły więcej i więcej. Coraz większym problemem stawał się brak miejsca. W piwnicach mieściło się tylko 5 maszyn (na 2 zmiany) + stół do krojenia.
Blaszak równie szybko stał się niewystarczający. Wynajęliśmy magazyn na materiały kilka ulic dalej.

Na początku 1997r. osiągnęliśmy maximum wydajności. Więcej nie dało się zrobić w tych warunkach. Nasza produkcja pokrywała tylko 40% - 50% naszego zapotrzebowania, a to nie o to przecież chodziło. Chcieliśmy być całkowicie niezależni od innych.
Po za tym produkcja dawała dodatkowe zyski. Potrzebowaliśmy więcej miejsca !

Zacząłem się również rozglądać za mieszkaniem dla siebie. Nie dawaliśmy rady w kuchni z łóżkiem i łóżeczkiem dla Michałka (mojego syna). Pracownicy korzystali z naszej toalety ( w piwnicy nie było) a drugi pokój większość czasu był zajmowany przez klientów. Syf w pokoju, syf w łazience – DOŚĆ !

Przeglądając ogłoszenia ( w gazetach :D ) znalazłem coś, co rozwiązywało obydwa problemy.

Pod Wolanowem oddalonym o 15km. od Radomia znalazłem budynki na działce 2,5 hektara.
Nie chcieliśmy ich kupić. Nie było nas na to stać. Chcieliśmy to wynająć (taka opcja również była w ogłoszeniu). Po rozmowie tel. z właścicielem pojechaliśmy na miejsce.

Na miejscu zastaliśmy dwa niewykończone budynki. Obydwa pozostawiały wiele do życzenia.
W pierwszym właściciel planował otwarcie domu weselnego. Dwu pozimowy – 220 m/kw. każdym z poziomów + poddasze. W sumie ponad 450m/kw. powierzchni użytkowej . Całość w kiepskim stanie. Z zewnątrz biała cegła, wewnątrz zlepek różnych materiałów w większości nieotynkowane. Wszystko zawalone gruzem i masą śmieci. Drugi budynek w jeszcze gorszym stanie. Pomieszczenie magazynowe (90m/kw.) z przylegającym do niego niby mieszkaniem (80m/kw.) w którym nawet nie było schodów, tylko dziura w stropie z drabiną na I piętro... Wszystko nieotynkowany pustak żużlowy. Wyglądało to fatalnie... nie nadawało się na wynajem.
Dodatkowo między budynkami były fundamenty ewentualnego łącznika o wymiarach 30x6mtr. Żeby ruszyć tu z produkcją potrzebny był czas i inwestycje..... ale.....

Właściciel widział, że nie jesteśmy „zachwyceni” i zamiast wynajmu zaproponował nam zakup … na raty. Na 24 miesięczne raty ! Nie mogliśmy tego zostawić !
To była jedyna szansa kupić taką nieruchomość. Nie było szans na zebranie takiej kwoty.
W Radomiu za samą działkę tej wielkości zapłacilibyśmy minimum 10 razy tyle, a gdzie budynki ?
Był marzec. Doszliśmy do wniosku, że najpóźniej do lipca będziemy gotowi. Pomęczymy się jeszcze kilka miesięcy w Radomiu i od lipca będziemy na swoim !!!
Podpisaliśmy umowę.

Do remontu budynków pod szwalnie i magazyn zatrudniłem mojego kumpla budowlańca (Marcin), jego siostrzeńca (Michał) i jeszcze jednego chłopaka. Michał pracuje z nami do dziś.

Remont układał się po naszej myśli.
Panowie mieli do przygotowanie na początek 3 pomieszczenia. 7x8mtr. (szwalnia) 7x6mtr. (krojownia) i 14x6mtr. (magazyn na materiały). Łącznie mieli do posprzątania i wykończenia (razem z wylewkami których nie było) 182mtr/kw. Marcin powiedział, że w czerwcu się przeniesiemy.

Ale zaczęły się problemy z młodym krojczym (pomocnikiem ojca).
Po kilku miesiącach pracy obrósł w piórka.
Rodzice wyjechali w maju na pierwsze prawdziwe wakacje do Egiptu. Nigdy i nigdzie nie byli razem. Młody krojczy oświadczył, że żąda 50% podwyżki, bo On nie będzie robił za mojego ojca podczas Jego nieobecności...

Moment, moment...
Masz stawkę na godzinę. Dobrą stawkę. Tyle dostaje mechanik samochodowy...
Jeśli będziesz pracował dłużej, to zarobisz więcej. Za każdą godz. pracy masz płacone...
- On nie będzie pracował dłużej, ale w ciągu ośmiu godzin musi robić więcej niż wcześniej...

- Nie rozumiem .. to wcześniej pracowałeś wolniej ?? Płacę za godz. Twojej pracy. Efektywnej pracy. Pracując z ojcem stałeś pół dnia czy co ? Nikt nie płaci za siedzenie, tylko za pracę...
Z czasem im więcej będziesz umiał, tym więcej będziesz zarabiał, ale żądanie takiej kwoty podczas nieobecności mojego taty jest nadużyciem...

- „Nie poradzicie sobie beze mnie. Dostanę podwyżkę, albo odchodzę”...

To był ostatni dzień Jego pracy. Nikt nie będzie mnie szantażował.
Jeśli kogoś zatrudniam to na MOICH warunkach. I jeśli On na to się zgadza, to niech wykonuje swoją pracę wg ustaleń. A jeśli się nie zgadza, to niech szuka innej pracy. Nikogo nie przykułem kajdankami do kaloryfera. Droga wolna.

Poradziliśmy sobie.
Sam stanąłem do krojenia i wziąłem do pomocy Michała (siostrzeńca Marcina). Sławek z moim bratem bez większych problemów dali sobie rade ze stadionem przez 10 dni. Po prostu schodziło Im z tym kilka godz. dziennie dłużej. Klientów przyjeżdżających na miejsce pakowaliśmy razem.
Niestety, opóźniło to trochę remont naszego nowego lokum.

Jednak nie ma tego złego.... co by na dobre nie wyszło ;)

Sam krojąc materiał, odkryłem gdzie możemy zaoszczędzić na jego zużyciu. Żeby to wyjaśnić opiszę pokrótce proces.

Z belki rozwijamy materiał i rozkładamy na stole. Za pomocą specjalnej kredy odrysowujemy na materiale kartonowe szablony. Wszystkie elementy składowe pokrowca. Ważne aby wszystkie elementy zostały narysowane zgodnie z „włosem”. Welury maja włos ułożony w jedną stronę, i zawsze elementy muszą być połączone (zszyte) w tym samym kierunku. W innym wypadku ma się wrażenie, że jeden element jest ciemniejszy/jaśniejszy od drugiego. Rysunek odcinamy zaznaczając poprzednio jego długość. Następnie układamy z belki żądaną ilość warstw (lag) odpowiedniej długości jedna na drugiej. Na koniec kładziemy na sama górę nasz „rysunek” i wycinamy to pionowym nożem po naszych kreskach.
Pokrowiec składa się z trzech różnych materiałów – kolor (część centralna), boki (łączone z kolorem), i obszycia ( łączone z bokami, elementy z którymi nie mamy styczności w aucie).
Każdy z tych materiałów jest inny, więc cały proces, aby uzyskać komplety musimy powtórzyć trzy razy.

I teraz - ten pierwszy rysunek jest najważniejszy. To on decyduje o długości „układu” i zużyciu tkaniny, a zużycie tkaniny decyduje o kosztach produkcji.

Robiąc rysunki podczas nieobecności ojca zacząłem „mieszać włos na elementach”...
Ważne było tylko to, aby na jednym układzie były narysowane dwa komplety. Jeden „z włosem” , drugi „pod włos”... musieliśmy to tylko po skrojeniu odpowiednio rozłożyć.
Jeden komplet trafiał do szycia cały „z włosem” drugi odwrotnie. Nie było widać żadnej różnicy :)
Dzięki temu mogłem na układzie wykorzystać wszystkie łuki w szablonach. Zużycie spadło o dobre kilka % :).
Zauważyłem również, że co bym nie robił, zawsze na układzie pozostają dziury (niewykorzystany materiał) i doszedłem do wniosku, że mając dłuższy stół i rysując więcej kompletów na jednym układzie jestem to w stanie poprawić.. Niestety wciąż ograniczało nas miejsce.

Rodzice wrócili. Ojciec był wściekły na byłego pracownika, ale zadowolony ze zmian.
Michał został z Nim na „krojowni”. Wróciliśmy do „normalnego” systemu pracy.
Z czasem zatrudniliśmy następnego „krojczego” Poważny 30-to kilkuletni facet z rodziną...Janek.
Janek szybko stał się prawą ręką mojego ojca.

Nowa szwalnia była gotowa w połowie lipca.

Na szwalnie wstawiliśmy 8 maszyn (o 3 więcej niż u nas w domu), a na krojownie dwa stoły do krojenia (do tej pory był tylko jeden). Produkcja wzrosła w ciągu kilku tygodni o 50%. Każda ze szwaczek (średnio) szyła po 20 kompletów na zmianie. Jedne 17, inne 24. Przy 14-stu zatrudnionych dziewczynach (jedna maszyna była „awaryjna”) produkcja kształtowała się na poziomie 250-300 kompletów dziennie. Wciąż za mało... zaczęliśmy się zastanawiać nad uruchomieniem 3-ej zmiany.

Nie było to łatwe. Choć pokrywaliśmy dziewczynom koszty dojazdu z Radomia, to powoli zaczęły się wykruszać. Na szczęście na Ich miejsce przychodziły nowe - miejscowe. Problem w tym, że trzeba było uczyć Ich wszystkiego od podstaw a to wymaga czasu. Szwaczek było coraz więcej, a produkcja malała... na szczęście do czasu...

Pod koniec pierwszego kwartału 1998r. osiągnęliśmy cel.
Produkcja oscylowała w granicach 400 – 450 kompletów na dobę. Było to tyle, ile potrafiliśmy sprzedać średnio dziennie. Jednego dnia 100, następnego dnia 1000.
Uniezależniliśmy się całkowicie od zewnętrznych dostawców. Przyjeżdżali, dzwonili, prosili, ale nigdy więcej nie kupiliśmy na zewnątrz ani jednego kompletu więcej !

Niestety były też minusy...
Musiałem się przeprowadzić z domu do zakładu... od poniedziałku do piątku włącznie.
Jedynie w weekendy „dyżury” brali rodzice, Jacek, bądź Sławek.. Noż qwa.. ale ja jedyny miałem rodzinę w Radomiu i na weekend musiałem być w domu. Ja weekendowych dyżurów nie brałem !

Przestałem też jeździć na stadion.
Częściowo z tego powodu, że coraz więcej klientów trafiało do nas na miejsce i nie było tam roboty dla 3-ech osób. Ale głównie dlatego, że zająłem się krojownią. Chłopcy nie dawali sobie rady z rosnącą produkcja i brakowało rąk do pracy. Zresztą... ojciec zaczął się powoli wycofywać licząc tylko kasę …
Przygotowywałem też dla mojej rodzinki (żona i synek) część budynku mieszkalnego mieszczącego się nad zakładem. Nic specjalnego. Boazeria, drewniana podłoga, aby szybciej ! Miałem dość mieszkania z rodzicami.... Nie muszą i nie powinni wiedzieć co, jak, z kim i gdzie !

Znowu wpadłem w kierat....
Rysowanie, krojenie - rysowanie, krojenie...rozładunek, załadunek....
W ciągu dnia zakupy potrzebne do remontu, późną nocą szykowanie chłopakom rysunków na rano..
Rano pobudka i od nowa. Byłem czasami tak zmęczony, że nie budziła mnie krajzega tnąca boazerię w pomieszczeniu obok oddzielonym kotarą...
Znów pracowałem po 18 godz dziennie, sypiałem 4-5 godz. na dobę..
Marcin (budowlaniec) skończył następne pomieszczenia i wziąłem Go do pracy na krojownię. Było nas teraz czterech. Zyskałem dla siebie dodatkowe dwie godziny na dobę :D.

Był sierpień.
Byliśmy „rozpędzeni jak lokomotywa”.
Produkowaliśmy ok. 10.000 kompletów miesięcznie. Żeby dać lepszy obraz – jest to 4 pełne ciężarówki o ładowności 80 metrów sześciennych. Praktycznie wszystko sprzedawaliśmy na pniu.

I nagle stop !
Praktycznie z tygodnia na tydzień sprzedaż spadła do 200 kompletów tygodniowo.
W Rosji załamała się giełda i nastąpił ogromny spadek kursu rubla. W ciągu kilku tyg. Dolar podrożał kilkukrotnie. Dla klientów kupujących u nas towar za dolary przestało to być opłacalne..
Produkcji nie zatrzymaliśmy przez kilka następnych tygodni. Dostaw również. Mieliśmy nadzieję, że cała ta sytuacja szybko się ustabilizuje. Myliliśmy się.

Pod koniec września 1998r zostaliśmy z kilkoma ciężarówkami uszytych pokrowców i magazynem pełnym tkanin. Szwalnia została zamknięta.

Ciąg dalszy nastąpi...

Edit: Zapomniałem o "malunku" ;)


Odpowiedz
Cytat
sebano2
Dołączył: 28.07.2009
PokerStrategist

No proszę Cię w takim momecie....ajajaj budujesz thriller


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Zrobiłem dzisiaj 4kg. sałatki jarzynowej, 3 kg. pasztetu, 6 rolad serowo pieczarkowych i posprzątałem w mieszkaniu...
Czas otworzyć brandy.

Wszystkim odwiedzającym życzę zdrowych, spokojnych i rodzinnych świąt.


Odpowiedz
Cytat
89deny89
Dołączył: 26.12.2010
Elite Grinder

Super się czyta ! Nie przestawaj :)

.


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Napisane przez 89deny89
Super się czyta ! Nie przestawaj :)
.

Nie przestanę dopóki nie skończę :)
Pewnie jeszcze zanudzę Was kilkoma odcinkami i puentą ;)

Dzięki za odwiedziny :f_drink:

______________________________________________________________________________________

….... Po raz pierwszy (nie ostatni) znaleźliśmy się na krawędzi bankructwa. Choć w magazynach leżał towar za setki tysięcy złoty, to mogliśmy sobie z niego co najwyżej zupę ugotować. Całkowicie straciliśmy płynność finansową. Nie mieliśmy kasy na uregulowanie za ostatnie dostawy materiałów. Nawet uzbieranie niecałych 10-ciu tysięcy na ratę za zakupioną nieruchomość było problemem. Jednak najbardziej szkoda mi było moich pracowników. Musieliśmy Ich wysłać na urlop bezpłatny i zostali bez środków do życia. Dotarło do nas, że czas poszukać innych, nowych kanałów dystrybucji...

Ruszyliśmy na giełdy samochodowe i sklepy. Nie po to, żeby tam sprzedawać, ale po to, żeby zaopatrywać tam handlujących.
Nie było łatwo, bo kryzys w branży (nie tylko naszej) dopadł wielu, poza tym mieliśmy braki w asortymencie. Nasza produkcja oparta była w 80% na pokrowcach uniwersalnych. Oprócz tego kilka rosyjskich marek takich jak Łada Samara, czy Łada 2107.

Mimo problemów sprzedaż powoli rosła. Braki w asortymencie nadrabialiśmy jakością i wyborem kolorów. Zaczęliśmy też wprowadzać do produkcji pokrowce typowe (pasujące tylko pod dany model auta). Mój Tata robił formy na każde auto jakie tylko wpadło Mu w ręce. Szwalnia powoli ruszyła. Cały personel wrócił w niezmienionym składzie. Co prawda dziewczyny pracowały krócej (czterogodzinne zmiany), ale to wystarczało, aby przetrwać ciężki okres. Pod koniec roku zaczęli również wracać klienci z Ukrainy i Białorusi. Pojawili się też nowi - nawet z Mołdawii. Niestety klienci z Rosji (Oni robili największe obroty) nie dawali znaku życia.

W grudniu zakończyłem remont części mieszkalnej. Święta Bożego Narodzenia spędzałem już z moją rodzinką we własnym domu. Powoli wszystko zaczęło się układać.

Pokrowce typowe to był strzał w dziesiątkę. Choć wprowadziliśmy je z myślą o Polskim rynku, to właśnie na rynkach wschodnich zrobiły największą furorę.
Już na początku 1999r to właśnie one stanowiły ponad 50% sprzedaży. Co prawda dziewczyny szyły ich o wiele mniej (5-6 kompletów na zmianę ze względu na stopień skomplikowania), ale marże które na nich uzyskiwaliśmy były o wiele wyższe od pokrowców uniwersalnych.
Zwyczajnie nikt poza nami (albo niewielu) nie produkował tego na rynek wschodni, i pomimo wciąż trwających problemów kursowych to właśnie pokrowce typowe przyciągały klientów.

Dowiedziałem się też , że Jola jest w ciąży i będziemy mieć drugiego dzidziusia :). Poród planowany był na lipiec.

W kwietniu nastąpił kolejny przełom.

Właściciel zaprzyjaźnionej laminarni z Łodzi ( Laminacja = przyklejanie pianki do materiału ) skontaktował na z Włoską firmą, która niedawno otworzyła oddział w Polsce. Zajmowali się sprzedażą wszelkiego rodzaju akcesoriów samochodowych – wiecie – lusterka, dywaniki, gałki na drążki biegów itp. Przedstawicielami w Polsce byli Antonio (nie pamiętam nazwiska) i Paolo Cozza... Tak, tak – to właśnie ten celebryta z tv :D. Razem z Nimi pracowała piękna wysoka Polka Magda, która zajmowała się „tłumaczeniem”... chyba ;).

Bottari (tak nazywała się firma) sprzedawała towar do supermarketów w całej Europie. Mieli i maja oddziały w wielu krajach. Polski oddział nosił nazwę „AutoKasia”. AutoKasia miała zaopatrywać markety w Polsce. Brakowało Im dostawcy pokrowców.

Po kilku telefonach i uprzejmościach doszło do spotkania.

Pierwszy raz usłyszałem pojęcie „pierwsza cena” ..
Potrzebowali produktów na stałą gamę i na akcje promocyjne. Stałą gamę stanowiło ok. 30 pozycji. Kilka modeli w różnych kolorach – oczywiście wszystko uniwersalne. Wszystko proste, ceny które ustaliliśmy też nam odpowiadały. Natomiast na akcje promocyjne mieliśmy przygotować „pierwszą cenę” ..
Jak usłyszałem o jakiej cenie rozmawiamy, to złapałem się za głowę !
- „ To jest awykonalne ! „ odpowiedziałem.
Włosi byli zdziwieni.. -” Jak to możliwe, że pasują Wam ceny ze stałej gamy, a nie jesteście w stanie produkować pokrowców promocyjnych ? „. Przynieśli nam jeden komplet na wzór...
W ciągu kilku sekund zdałem sobie sprawę, że to Oni mieli rację ..

Nigdy w życiu nie widziałem większego szajsu! Dla porównania napiszę tylko, ze jeśli „normalnych” pokrowców można było zapakować na ciężarówkę ok. 2.500szt, to tych spokojnie 10.000. Wszystko było gorsze. Materiał, pianka ( której prawie nie było) opakowanie.
- „Damy radę !!!” :D

W połowie maja przyszły pierwsze dostawy materiałów z Włoch. Były to materiały na stałą gamę która obowiązywała w całej Europie. O „pierwszą cenę” mieliśmy się zatroszczyć sami :)

Akcje promocyjne mają to do siebie, że zamówienia idą w tysiące sztuk. Nie pamiętam dokładnie cyfr, ale już na pierwszą promocje zamówili ogromne ilości. Myślę, że było to w granicach ~ 10.000 kompletów.
Nikogo poza ceną nie interesowało co jest w środku. Mogliśmy się wreszcie pozbyć niechodliwych tkanin i pokrowców, które zalegały na magazynie od miesięcy. Jedynym problemem był termin płatności....ale lepsze to niż kisić to co zalega przez następne lata licząc, że uzyskamy lepszą cenę.
Nawet nie liczyliśmy na zyski, chcieliśmy się tylko tego pozbyć. Część towarów sprzedaliśmy dużo poniżej kosztów produkcji. Zarobimy następnym razem :)

Ogólnie handel z dużymi korporacjami jest ciężki jeśli chodzi o terminy płatności. Zwykle jest to 90 dni, a i tak kasa przychodzi z opóźnieniem. Czasami czekaliśmy 150 dni i więcej zanim pieniądze były na koncie. Piszę o tym, bo będzie to miało ogromne znaczenie w następnych częściach tej historii.

Pod koniec czerwca znowu szwalnia pracowała na pełnych obrotach. Przyszedł też czas porodu :)
Jola trafiła do szpitala na 2 tyg. przed porodem. Tym razem cesarka była już planowana. Zwykle tak jest, jeśli tak rodziło się pierwsze dziecko, a okres między porodami był zbyt krótki.

Siódmego lipca 1999r. urodziła się moja córeczka :). Monika. Byłem przeszczęśliwy :).

Przez tydzień czasu nie trzeźwiałem :D ofcourse..
Deja Vu.....Jola w szpitalu wyglądała z dnia na dzień coraz lepiej – ja coraz gorzej ;)
Ostatnie dwa dni przed powrotem moich dziewczyn do domu nic już nie miałem w lodówce poza wódką i paroma słoikami grzybków marynowanych :) - wystarczało ! ;) Nikt nie narzekał !
Znajomi taksówkarze pakowali nad ranem „zwłoki” moich kumpli do aut :D
Jak przestałem świętować, to kac trzymał mnie 2 dni :D

Nastał okres stabilizacji której brakowało mi od lat.
Sprzedaż i produkcja utrzymywała się na jednakowym poziomie przez wiele miesięcy.
Coraz rzadziej wyjeżdżaliśmy po materiały do Puszczykowa (większość docierała do nas na miejsce ciężarówkami), Jacek ze Sławkiem mieli coraz mniej wyjazdów na stadion, bo większość klientów przyjeżdżała na miejsce. A jeśli już, to zwykle byli to umówieni na konkretną godzinę klienci, i wszystko odbywało się mechanicznie. Dostawa - rozładunek – powrót.

Postanowiłem zainwestować trochę kasy w w naszą nieruchomość.

Największym problemem był dojazd pod magazyny. Od ulicy do budynków mamy ok. ~ 200mtr.
Cała posesja jest położona na glinie. Nie raz prosiliśmy o pomoc okolicznych rolników, żeby ciągnikami wyciągali ciężarówki tonące w błocie.. Postanowiliśmy to zmienić i utwardzić podjazdy.

W Szydłowcu, gdzie jest zagłębie kopalni piaskowca miałem Wujka. Pojechaliśmy z Nim na objazd po okolicznych kopalniach, żeby kupić tani odpad. Ceny były kosmiczne biorąc pod uwagę skalę przedsięwzięcia (chcieliśmy utwardzić ponad 2.000 metrów kwadratowych). Ale mieliśmy fart.
W jednej z kopalni właściciel robił odkrywkę nowego złoża i nie wiedział co zrobić z materiałem z górnych warstw. Kazał nam to sobie zabierać. Mieliśmy jedynie zorganizować transport i zapłacić za koparkę...

Według wstępnych szacunków potrzebowaliśmy 30 zestawów kamienia Tatra z przyczepą.
Skończyło się na 130...
Cała inwestycja pomimo że kamień mieliśmy za darmo kosztowała ponad 150.000 złotych..
Sam transport, koparka, i maszyny pracujące u nas na posesji.
Na wierch piaskowca wysypaliśmy tłuczeń granitowy, i puściliśmy na to walec. Cały teren wyglądał jak kort do tenisa :).

Na początek 2001r planowaliśmy również wybudowanie łącznika (którego fundamenty istniały) między budynkami. Dałoby to nam dodatkowe 180m/kw. Powierzchni. Raty za nieruchomość się skończyły, mogliśmy inwestować w poprawę warunków pracy.
Skrócił się też czas mojej dniówki. Może nie do ośmiu godzin dziennie, ale nie przekraczałem dwunastu. Looz.

Jedyny problem jaki miałem to zarządzanie firmą.
Moi rodzice, mój brat Jacek i Sławek - wszyscy byli na udziałach % (do dzisiaj tego żałuję – powinienem Ich zatrudnić na dobrej pensji), i ciągle mi się wpierdalali w moje decyzje...
To ja stworzyłem tą firmę.. Ja wiem, że bez Ich pomocy pewnie nie dałbym sobie rady.. chociaż kto wie..

Szczególnie denerwowało mnie luźne podejście mojego ojca.
Wypić drinka, czy flaszkę z chłopcami na krojowni, to była dla Niego norma.
Ja im tłumaczyłem co maja zrobić – On Im puszczał oczko.. noż QWA !!
Miałem tak złe doświadczenia z alkoholem w pracy, że dostawałem białej gorączki...

Pewnego dnia doszło do nieuniknionej konfrontacji.

Wróciliśmy z Poznania z dostawą tkanin.
Robota nie zrobiona, Ojciec z Jankiem raczą się kolejną butelką. Marcin z Michałem dawno pojechali do domu...
- Czemu Ich nie ma ? Mamy cały zestaw do rozładowania..
- Kazałem Im skończyć na dziś. Mieliśmy z Jankiem sprawy do obgadania (oczko)
- Nie naszykowaliście na rano pracy, poza tym rano Sławek z Jackiem jadą na stadion i bus musi być przygotowany ! Powinni go dzisiaj jeszcze rozładować i załadować na jutro !
- Dacie sobie radę....
- Jakie dacie sobie radę ?? jest po 17-tej !! jesteśmy od drugiej w nocy na nogach a Wy tu chlacie !!

Rozpętało się piekło. Mnie i mojego Ojca słyszeli chyba wszyscy w promieniu kilometra.
Rozładowaliśmy samochód, załadowaliśmy samochód.
Jacek ze Sławkiem pojechali do domu, a ja jeszcze zostałem, żeby przygotować pracę na pierwsze kilka godzin rannej zmiany. W sumie nic nowego...

Najgorsze jednak przyszło następnego dnia.
Mój ojciec spalił w nocy wszystkie szablony. Wszystkie.
Rano nie mieliśmy na czym pracować. Nie tylko rano. Przez wiele kolejnych dni...
Chciało mi się płakać.

Jak wytrzeźwiał spotkaliśmy się wszyscy na poważnej rozmowie.
Powiedziałem że ja rezygnuję. Mają mnie spłacić włącznie z kasą którą wydałem na nieruchomość.
A byłem jedynym inwestorem tej imprezy. Chciałem, żeby to należało do mnie i tylko do mnie.
Nikt poza moim ojcem nie wyobrażał sobie funkcjonowania firmy beze mnie i prosili, żebym to przemyślał. Nie było nad czym myśleć.
Oznajmiłem, że albo zarządzam firmą w 100% i podejmuje wszystkie decyzje, albo nie mamy o czym rozmawiać. System w którym kilka osób ma decyzyjny głos po prostu się nie sprawdza.
Był tylko jeden głos sprzeciwu. Nie muszę pisać czyj.
Ojciec odsunął się na bok z firmy na dobre kilka miesięcy. Przywoził tylko Mamę i znikał.

Potrzebowaliśmy wielu tygodni na rekonstrukcję szablonów.
Zaczęliśmy od najpilniejszych - stała gama dla Bottari.
Musieliśmy spruć każdy z potrzebnych modeli (które jeszcze były w magazynie), odrysować to na kartonie i skorygować. Szwaczki szyjąc na overlockach ścinają delikatnie materiał i musieliśmy to uwzględnić. Nie wszystko udało się odzyskać od ręki, ale z czasem klienci na naszą prośbę przywieźli brakujące formy.

Przyszedł okres prosperity.
Produkcja powoli stawała się niewystarczająca. Wybudowaliśmy ten łącznik o którym wspominałem wcześniej, i tam przeniosłem krojownie. Część tej powierzchni przeznaczyłem również na biuro 2,5x4mtr.. ale miałem biuro :D
Najważniejsze było dla mnie, że na krojowni mogłem wstawić długie stoły. Pisałem o tym wcześniej. Im dłuższy stół, tym więcej kompletów można narysować na jednym układzie.
Wstawiłem dwa stoły 8-metrowe (do tej pory jeden miał 2,5- drugi 3metry.).
Po wielu próbach dla każdego z modeli znalazłem optymalne układy. Znowu zaoszczędziłem kolejne kilka % materiału.

Szwalnię również rozbudowaliśmy. Zrobiliśmy więcej miejsca w starym pomieszczeniu, i zaadoptowaliśmy pomieszczenie po byłej krojowni. Wstawiliśmy kolejne 3 maszyny.

AutoKasia zamawiała coraz więcej. Pokrowce typowe produkowane na wschód i produkcja dla AutoKasi była bardziej skomplikowana niż to co szyliśmy na początku, ale i tak w krótkim czasie znowu przekroczyliśmy miesięczną produkcję na poziomie 10.000 kompletów.

Zdaliśmy sobie sprawę, że nasza przyszłość nie leży na wschodzie. Ja sobie zdałem sprawę.
Na wschodzie powoli zaczęły się pokazywać pojedyncze szwalnie. Co prawda nie mieli jeszcze pomysłu, nie potrafili zrobić nic nowego, ciekawego, ale to wróżyło nieuniknione...

Zachciało mi się do Europy.

Poinformowałem „zarząd” że w maju (2002r.) będziemy się wystawiać na targach Motor Show w Poznaniu. Oczywiście wszyscy jak jeden mąż kazali mi się yeahbnąć w czółko.
- „Zapomnieliście naszą ostatnią rozmowę?”

Postawiłem na swoim.
Kilka tygodni przygotowań (wieszaki, próbniki, ulotki, itp.) i w drugiej połowie maja zameldowaliśmy się z moją żoną na naszym stoisku. Czułem się głupio...
Garnitur, krawat... Nie przywykłem i nie lubię...
Nie jestem urzędnikiem, ani pieprzonym politykiem, tylko zwykłym robolem z trochę większą odpowiedzialnością niż przeciętny Kowalski.

Targi trwały 7 dni.
To była bardzo udana impreza. Byliśmy „świeżynką” wśród wystawców i złapaliśmy masę nowych kontaktów. Najciekawszym miał się okazać kontakt z niepozornym, grubym, niechlujnym i zapuszczonym Francuzem. Philipe Peshard. Był przedstawicielem jednego z oddziałów największej na świecie w owym czasie firmy zajmującej się dystrybucja akcesoriów samochodowych .
Przedstawicielem firmy GTI (Gery Transtesuax Industries ).

Bardzo szybko rozpoczęliśmy współpracę.
Już kilka tygodni po targach byliśmy umówieni na spotkanie w Ich Polskim oddziale (PSANS) produkującym dywaniki samochodowe. Dostaliśmy parę wzorów pokrowców z prośba o wycenę. Po kilku dniach wysłaliśmy ofertę wraz z odszytymi próbami. Czekałem na ten telefon jak na pierwszy sex.
Telefon zadzwonił. Wszystkie próby i ceny zostały zaakceptowane ! :D

Na początku robiliśmy dla Nich wzory, które już mieli w sprzedaży, ale szybko przekonali się również do naszych pomysłów. Cały towar trafiał do Francji. Największego rynku na tego typu towar na świecie.

Poszliśmy za ciosem.

Po wielu rozmowach z importerem tkanin z Puszczykowa (Zdzichu) dałem się namówić na wyjazd na targi do Frankfurtu nad Menem. Oni też mieli się wystawiać. Mieli już opłacone stoisko, ale Zdzichu uważał że jest za duże, i chętnie odstąpi nam połowę. Same plusy. Tak duża firma jak Jego zajmująca się handlem materiałami obiciowymi ściągnie na nasze stoisko dodatkowych potencjalnych klientów. W ciągu lat współpracy Zdzichu stał się moim dobrym znajomym. Bywał u mnie w domu na imprezach, ja u Niego. W czasie majowych targów Poznańskich spaliśmy u Niego w domu. Był dla mnie przykładem. Podziwiałem Go za to co robił, i jak to robił.

Znowu wprawiłem mój „zarząd” w osłupienie.

- Wystawiamy się na targach Automechanika we Frankfurcie.
- Kiedy ?
- We wrześniu.
- W którym roku ??
- Za dwa miesiące...
- Poyeahbało cię ?? ( nikt tak nie powiedział, ale pomyśleli wszyscy ;) )

Dopiąłem swego.
Po efektach jakie przyniosły Targi Poznańskie nikt już ze mną nie dyskutował.

Automechanika to horrendalnie kosztowna impreza.
Szczególnie dla takiej małej firmy jak nasza. Nie pamiętam już cyferek, ale stoisko, hotel i przejazdy pochłonęły masę kasy. Na targi pojechałem z żoną. Pomagała nam jeszcze zatrudniona na okres targów tłumaczka. Młoda Niemka Polskiego pochodzenia znająca angielski. Idealna kombinacja.

W czasie targów poznaliśmy większość liczących się producentów i dystrybutorów z branży w Europie i nie tylko. Nie przeszkadzał mi już garnitur i krawat. Nawet wysoka temperatura nie zakłócała mojej ekscytacji. Nasza tłumaczka po kilku spotkaniach mówiła: -”Od razu czuć, że to gruby kaliber”. My też to czuliśmy. Wszystko była dla nas nowe i trochę inne.

Wróciliśmy do domu.
W pierwszych tygodniach po powrocie wysłaliśmy setki prób w dziesiątki miejsc.
Liczyliśmy na szybki odzew, tak jak to było w przypadku GTI, ale to tak nie działa.

Nie miało to dla nas większego znaczenia. I tak pilnie musieliśmy zając się produkcją.
PSANS zaczął składać coraz większe zamówienia. Nie wyrabialiśmy się.
Potrzebne były następne maszyny i następne szwaczki. I to szybko !
Stała gama się rozszerzała, dodatkowo kilka z naszych pomysłów trafiło na akcje promocyjne.
Mieliśmy zamówienia na kilka ciężarówek towaru tylko dla Nich

Z maszynami nie było problemu... jedziesz/kupujesz i masz. Jeszcze ci przywiozą i zmontują.
Gorzej ze szwaczkami.
Oczywiście na hasło „potrzebujemy następnych dziewczyn” pojawiały się nowe, ale potrzeba było czasu na przyuczenie. Żeby dziewczyna osiągnęła maximum swoich możliwości potrzeba czasami 5, 6 miesięcy. No ale już po miesiącu szyje „zauważalne ilości” więc była nadzieja.
Zimowy spadek sprzedaży na wschodzie i dodatkowo zatrudnione dziewczyny załatwiły temat.
Wywiązaliśmy się ze wszystkich zamówień na czas. Staliśmy się wiarygodnym partnerem.

Na przełomie grudnia i stycznia 2003r. moi rodzice wyjechali na Sylwestra w góry … hmmm...
Czyżby się zaczęło ? Okres przekwitania czy co? Szukają wrażeń ?
Oni na Sylwestra w GÓRY ??. Nigdy wcześniej nic takiego nie miało miejsca …

W połowie stycznia zaprosili nas na niedzielny obiad.

- Nie byliśmy na Sylwestrze. To znaczy byliśmy, ale nie to było głównym celem wizyty.
- ??
- Byliśmy obejrzeć ośrodek wypoczynkowy, który jest na sprzedaż. Tu są zdjęcia.
- Gdzie to jest ?
- W Przesiece. W trójkącie między Jelenią Górą, Karpaczem i Szklarską Porębą.
- Ile to niby ma kosztować ?
- Jeszcze nie wiemy dokładnie. W marcu zostanie ogłoszony przetarg przez komornika. Chcielibyśmy wziąć w nim udział. Ale potrzebujemy Waszej aprobaty...Poza tym potrzebujemy pieniędzy na wadium. Komornik wycenił wstępnie obiekt na 2mln. złotych, więc potrzeba nam 200tys....Bez Was nic nie zrobimy...

Obejrzałem zdjęcia i się zakochałem...
60 pokoi, prawie 4.000 metrów kwadratowych budynku na 4 kondygnacjach i to wszystko położone na działce ponad 2,5 hektara.

Największym problemem były pieniądze na wadium. Taka kwota gwarantowała nam utratę płynności finansowej. Miałem sporo do myślenia.

Doszedłem do wniosku, że musimy to kupić. Przynajmniej zrobić wszystko co w naszej mocy.
Zorganizowałem pieniądze na wadium. Miałem kilku klientów, do których odzywałem się tylko i wyłącznie mając dla Nich specjalne oferty ( specjalne = super tanie ). Wycięliśmy wszystko co zalegało w magazynach. Wyszło tego ze dwie ciężarówki. Towar upłynniłem w ciągu kilku tygodni.
Wpłaciliśmy pieniądze na wadium i złożyliśmy ofertę pod koniec lutego.
10-ego marca miał być ogłoszony „zwycięzca” ….

Ciąg dalszy nastąpi...

I jeszcze malunek. Inspirowany wodospadem Podgórnej z Przesieki. Polecam odwiedzić :)


Odpowiedz
Cytat
Stellified
Dołączył: 23.02.2013
PokerStrategist

Żartujesz. Mieszkałem/mieszkam rzut beretem. Możesz mi napisać na prv który ośrodek? Znam tam wszystkie


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Mogę na priv, mogę i tu. Nie mam nic do ukrycia.
Były DW Łucznik. Obecnie Rezydencja Markus. A właściwie to od kilku tygodni Pensjonat Markus :)


Odpowiedz
Cytat
Stellified
Dołączył: 23.02.2013
PokerStrategist

Łucznik to kawał historii, a Markus znany mi jest jedynie z rajdu polibudy, znajomy opowiadał ;)


Odpowiedz
Cytat
incasent Autor wątku
incasent
Dołączył: 07.12.2010
PokerStrategist

Szepnij proszę co tam kumpel opowiadał.
Bo i ja kilka ciekawych historii z pobytów studenckich słyszałem :D


Odpowiedz
Cytat
bialko91
Dołączył: 06.09.2011
PokerStrategist

WOW! mega wpisy! Dzięki za ten kawał historii polskiego kapitalizmu oraz swojej własnej :) bardzo ciekawe i bardzo dobrze się to czyta! :) Szacunek za kreatywność, pracowitość i przedsiębiorczość! Świetnie, że dzielisz się z nami przeżyciami i doświadczeniem, super historia i ciekawe życie! Powodzenia od stałego czytelnika :)


Odpowiedz
Cytat