Napisane przez 89deny89
Super się czyta ! Nie przestawaj
.
Nie przestanę dopóki nie skończę
Pewnie jeszcze zanudzę Was kilkoma odcinkami i puentą
Dzięki za odwiedziny
______________________________________________________________________________________
….... Po raz pierwszy (nie ostatni) znaleźliśmy się na krawędzi bankructwa. Choć w magazynach leżał towar za setki tysięcy złoty, to mogliśmy sobie z niego co najwyżej zupę ugotować. Całkowicie straciliśmy płynność finansową. Nie mieliśmy kasy na uregulowanie za ostatnie dostawy materiałów. Nawet uzbieranie niecałych 10-ciu tysięcy na ratę za zakupioną nieruchomość było problemem. Jednak najbardziej szkoda mi było moich pracowników. Musieliśmy Ich wysłać na urlop bezpłatny i zostali bez środków do życia. Dotarło do nas, że czas poszukać innych, nowych kanałów dystrybucji...
Ruszyliśmy na giełdy samochodowe i sklepy. Nie po to, żeby tam sprzedawać, ale po to, żeby zaopatrywać tam handlujących.
Nie było łatwo, bo kryzys w branży (nie tylko naszej) dopadł wielu, poza tym mieliśmy braki w asortymencie. Nasza produkcja oparta była w 80% na pokrowcach uniwersalnych. Oprócz tego kilka rosyjskich marek takich jak Łada Samara, czy Łada 2107.
Mimo problemów sprzedaż powoli rosła. Braki w asortymencie nadrabialiśmy jakością i wyborem kolorów. Zaczęliśmy też wprowadzać do produkcji pokrowce typowe (pasujące tylko pod dany model auta). Mój Tata robił formy na każde auto jakie tylko wpadło Mu w ręce. Szwalnia powoli ruszyła. Cały personel wrócił w niezmienionym składzie. Co prawda dziewczyny pracowały krócej (czterogodzinne zmiany), ale to wystarczało, aby przetrwać ciężki okres. Pod koniec roku zaczęli również wracać klienci z Ukrainy i Białorusi. Pojawili się też nowi - nawet z Mołdawii. Niestety klienci z Rosji (Oni robili największe obroty) nie dawali znaku życia.
W grudniu zakończyłem remont części mieszkalnej. Święta Bożego Narodzenia spędzałem już z moją rodzinką we własnym domu. Powoli wszystko zaczęło się układać.
Pokrowce typowe to był strzał w dziesiątkę. Choć wprowadziliśmy je z myślą o Polskim rynku, to właśnie na rynkach wschodnich zrobiły największą furorę.
Już na początku 1999r to właśnie one stanowiły ponad 50% sprzedaży. Co prawda dziewczyny szyły ich o wiele mniej (5-6 kompletów na zmianę ze względu na stopień skomplikowania), ale marże które na nich uzyskiwaliśmy były o wiele wyższe od pokrowców uniwersalnych.
Zwyczajnie nikt poza nami (albo niewielu) nie produkował tego na rynek wschodni, i pomimo wciąż trwających problemów kursowych to właśnie pokrowce typowe przyciągały klientów.
Dowiedziałem się też , że Jola jest w ciąży i będziemy mieć drugiego dzidziusia :). Poród planowany był na lipiec.
W kwietniu nastąpił kolejny przełom.
Właściciel zaprzyjaźnionej laminarni z Łodzi ( Laminacja = przyklejanie pianki do materiału ) skontaktował na z Włoską firmą, która niedawno otworzyła oddział w Polsce. Zajmowali się sprzedażą wszelkiego rodzaju akcesoriów samochodowych – wiecie – lusterka, dywaniki, gałki na drążki biegów itp. Przedstawicielami w Polsce byli Antonio (nie pamiętam nazwiska) i Paolo Cozza... Tak, tak – to właśnie ten celebryta z tv :D. Razem z Nimi pracowała piękna wysoka Polka Magda, która zajmowała się „tłumaczeniem”... chyba ;).
Bottari (tak nazywała się firma) sprzedawała towar do supermarketów w całej Europie. Mieli i maja oddziały w wielu krajach. Polski oddział nosił nazwę „AutoKasia”. AutoKasia miała zaopatrywać markety w Polsce. Brakowało Im dostawcy pokrowców.
Po kilku telefonach i uprzejmościach doszło do spotkania.
Pierwszy raz usłyszałem pojęcie „pierwsza cena” ..
Potrzebowali produktów na stałą gamę i na akcje promocyjne. Stałą gamę stanowiło ok. 30 pozycji. Kilka modeli w różnych kolorach – oczywiście wszystko uniwersalne. Wszystko proste, ceny które ustaliliśmy też nam odpowiadały. Natomiast na akcje promocyjne mieliśmy przygotować „pierwszą cenę” ..
Jak usłyszałem o jakiej cenie rozmawiamy, to złapałem się za głowę !
- „ To jest awykonalne ! „ odpowiedziałem.
Włosi byli zdziwieni.. -” Jak to możliwe, że pasują Wam ceny ze stałej gamy, a nie jesteście w stanie produkować pokrowców promocyjnych ? „. Przynieśli nam jeden komplet na wzór...
W ciągu kilku sekund zdałem sobie sprawę, że to Oni mieli rację ..
Nigdy w życiu nie widziałem większego szajsu! Dla porównania napiszę tylko, ze jeśli „normalnych” pokrowców można było zapakować na ciężarówkę ok. 2.500szt, to tych spokojnie 10.000. Wszystko było gorsze. Materiał, pianka ( której prawie nie było) opakowanie.
- „Damy radę !!!”
W połowie maja przyszły pierwsze dostawy materiałów z Włoch. Były to materiały na stałą gamę która obowiązywała w całej Europie. O „pierwszą cenę” mieliśmy się zatroszczyć sami
Akcje promocyjne mają to do siebie, że zamówienia idą w tysiące sztuk. Nie pamiętam dokładnie cyfr, ale już na pierwszą promocje zamówili ogromne ilości. Myślę, że było to w granicach ~ 10.000 kompletów.
Nikogo poza ceną nie interesowało co jest w środku. Mogliśmy się wreszcie pozbyć niechodliwych tkanin i pokrowców, które zalegały na magazynie od miesięcy. Jedynym problemem był termin płatności....ale lepsze to niż kisić to co zalega przez następne lata licząc, że uzyskamy lepszą cenę.
Nawet nie liczyliśmy na zyski, chcieliśmy się tylko tego pozbyć. Część towarów sprzedaliśmy dużo poniżej kosztów produkcji. Zarobimy następnym razem
Ogólnie handel z dużymi korporacjami jest ciężki jeśli chodzi o terminy płatności. Zwykle jest to 90 dni, a i tak kasa przychodzi z opóźnieniem. Czasami czekaliśmy 150 dni i więcej zanim pieniądze były na koncie. Piszę o tym, bo będzie to miało ogromne znaczenie w następnych częściach tej historii.
Pod koniec czerwca znowu szwalnia pracowała na pełnych obrotach. Przyszedł też czas porodu
Jola trafiła do szpitala na 2 tyg. przed porodem. Tym razem cesarka była już planowana. Zwykle tak jest, jeśli tak rodziło się pierwsze dziecko, a okres między porodami był zbyt krótki.
Siódmego lipca 1999r. urodziła się moja córeczka :). Monika. Byłem przeszczęśliwy :).
Przez tydzień czasu nie trzeźwiałem
ofcourse..
Deja Vu.....Jola w szpitalu wyglądała z dnia na dzień coraz lepiej – ja coraz gorzej
Ostatnie dwa dni przed powrotem moich dziewczyn do domu nic już nie miałem w lodówce poza wódką i paroma słoikami grzybków marynowanych
- wystarczało !
Nikt nie narzekał !
Znajomi taksówkarze pakowali nad ranem „zwłoki” moich kumpli do aut
Jak przestałem świętować, to kac trzymał mnie 2 dni
Nastał okres stabilizacji której brakowało mi od lat.
Sprzedaż i produkcja utrzymywała się na jednakowym poziomie przez wiele miesięcy.
Coraz rzadziej wyjeżdżaliśmy po materiały do Puszczykowa (większość docierała do nas na miejsce ciężarówkami), Jacek ze Sławkiem mieli coraz mniej wyjazdów na stadion, bo większość klientów przyjeżdżała na miejsce. A jeśli już, to zwykle byli to umówieni na konkretną godzinę klienci, i wszystko odbywało się mechanicznie. Dostawa - rozładunek – powrót.
Postanowiłem zainwestować trochę kasy w w naszą nieruchomość.
Największym problemem był dojazd pod magazyny. Od ulicy do budynków mamy ok. ~ 200mtr.
Cała posesja jest położona na glinie. Nie raz prosiliśmy o pomoc okolicznych rolników, żeby ciągnikami wyciągali ciężarówki tonące w błocie.. Postanowiliśmy to zmienić i utwardzić podjazdy.
W Szydłowcu, gdzie jest zagłębie kopalni piaskowca miałem Wujka. Pojechaliśmy z Nim na objazd po okolicznych kopalniach, żeby kupić tani odpad. Ceny były kosmiczne biorąc pod uwagę skalę przedsięwzięcia (chcieliśmy utwardzić ponad 2.000 metrów kwadratowych). Ale mieliśmy fart.
W jednej z kopalni właściciel robił odkrywkę nowego złoża i nie wiedział co zrobić z materiałem z górnych warstw. Kazał nam to sobie zabierać. Mieliśmy jedynie zorganizować transport i zapłacić za koparkę...
Według wstępnych szacunków potrzebowaliśmy 30 zestawów kamienia Tatra z przyczepą.
Skończyło się na 130...
Cała inwestycja pomimo że kamień mieliśmy za darmo kosztowała ponad 150.000 złotych..
Sam transport, koparka, i maszyny pracujące u nas na posesji.
Na wierch piaskowca wysypaliśmy tłuczeń granitowy, i puściliśmy na to walec. Cały teren wyglądał jak kort do tenisa :).
Na początek 2001r planowaliśmy również wybudowanie łącznika (którego fundamenty istniały) między budynkami. Dałoby to nam dodatkowe 180m/kw. Powierzchni. Raty za nieruchomość się skończyły, mogliśmy inwestować w poprawę warunków pracy.
Skrócił się też czas mojej dniówki. Może nie do ośmiu godzin dziennie, ale nie przekraczałem dwunastu. Looz.
Jedyny problem jaki miałem to zarządzanie firmą.
Moi rodzice, mój brat Jacek i Sławek - wszyscy byli na udziałach % (do dzisiaj tego żałuję – powinienem Ich zatrudnić na dobrej pensji), i ciągle mi się wpierdalali w moje decyzje...
To ja stworzyłem tą firmę.. Ja wiem, że bez Ich pomocy pewnie nie dałbym sobie rady.. chociaż kto wie..
Szczególnie denerwowało mnie luźne podejście mojego ojca.
Wypić drinka, czy flaszkę z chłopcami na krojowni, to była dla Niego norma.
Ja im tłumaczyłem co maja zrobić – On Im puszczał oczko.. noż QWA !!
Miałem tak złe doświadczenia z alkoholem w pracy, że dostawałem białej gorączki...
Pewnego dnia doszło do nieuniknionej konfrontacji.
Wróciliśmy z Poznania z dostawą tkanin.
Robota nie zrobiona, Ojciec z Jankiem raczą się kolejną butelką. Marcin z Michałem dawno pojechali do domu...
- Czemu Ich nie ma ? Mamy cały zestaw do rozładowania..
- Kazałem Im skończyć na dziś. Mieliśmy z Jankiem sprawy do obgadania (oczko)
- Nie naszykowaliście na rano pracy, poza tym rano Sławek z Jackiem jadą na stadion i bus musi być przygotowany ! Powinni go dzisiaj jeszcze rozładować i załadować na jutro !
- Dacie sobie radę....
- Jakie dacie sobie radę ?? jest po 17-tej !! jesteśmy od drugiej w nocy na nogach a Wy tu chlacie !!
Rozpętało się piekło. Mnie i mojego Ojca słyszeli chyba wszyscy w promieniu kilometra.
Rozładowaliśmy samochód, załadowaliśmy samochód.
Jacek ze Sławkiem pojechali do domu, a ja jeszcze zostałem, żeby przygotować pracę na pierwsze kilka godzin rannej zmiany. W sumie nic nowego...
Najgorsze jednak przyszło następnego dnia.
Mój ojciec spalił w nocy wszystkie szablony. Wszystkie.
Rano nie mieliśmy na czym pracować. Nie tylko rano. Przez wiele kolejnych dni...
Chciało mi się płakać.
Jak wytrzeźwiał spotkaliśmy się wszyscy na poważnej rozmowie.
Powiedziałem że ja rezygnuję. Mają mnie spłacić włącznie z kasą którą wydałem na nieruchomość.
A byłem jedynym inwestorem tej imprezy. Chciałem, żeby to należało do mnie i tylko do mnie.
Nikt poza moim ojcem nie wyobrażał sobie funkcjonowania firmy beze mnie i prosili, żebym to przemyślał. Nie było nad czym myśleć.
Oznajmiłem, że albo zarządzam firmą w 100% i podejmuje wszystkie decyzje, albo nie mamy o czym rozmawiać. System w którym kilka osób ma decyzyjny głos po prostu się nie sprawdza.
Był tylko jeden głos sprzeciwu. Nie muszę pisać czyj.
Ojciec odsunął się na bok z firmy na dobre kilka miesięcy. Przywoził tylko Mamę i znikał.
Potrzebowaliśmy wielu tygodni na rekonstrukcję szablonów.
Zaczęliśmy od najpilniejszych - stała gama dla Bottari.
Musieliśmy spruć każdy z potrzebnych modeli (które jeszcze były w magazynie), odrysować to na kartonie i skorygować. Szwaczki szyjąc na overlockach ścinają delikatnie materiał i musieliśmy to uwzględnić. Nie wszystko udało się odzyskać od ręki, ale z czasem klienci na naszą prośbę przywieźli brakujące formy.
Przyszedł okres prosperity.
Produkcja powoli stawała się niewystarczająca. Wybudowaliśmy ten łącznik o którym wspominałem wcześniej, i tam przeniosłem krojownie. Część tej powierzchni przeznaczyłem również na biuro 2,5x4mtr.. ale miałem biuro
Najważniejsze było dla mnie, że na krojowni mogłem wstawić długie stoły. Pisałem o tym wcześniej. Im dłuższy stół, tym więcej kompletów można narysować na jednym układzie.
Wstawiłem dwa stoły 8-metrowe (do tej pory jeden miał 2,5- drugi 3metry.).
Po wielu próbach dla każdego z modeli znalazłem optymalne układy. Znowu zaoszczędziłem kolejne kilka % materiału.
Szwalnię również rozbudowaliśmy. Zrobiliśmy więcej miejsca w starym pomieszczeniu, i zaadoptowaliśmy pomieszczenie po byłej krojowni. Wstawiliśmy kolejne 3 maszyny.
AutoKasia zamawiała coraz więcej. Pokrowce typowe produkowane na wschód i produkcja dla AutoKasi była bardziej skomplikowana niż to co szyliśmy na początku, ale i tak w krótkim czasie znowu przekroczyliśmy miesięczną produkcję na poziomie 10.000 kompletów.
Zdaliśmy sobie sprawę, że nasza przyszłość nie leży na wschodzie. Ja sobie zdałem sprawę.
Na wschodzie powoli zaczęły się pokazywać pojedyncze szwalnie. Co prawda nie mieli jeszcze pomysłu, nie potrafili zrobić nic nowego, ciekawego, ale to wróżyło nieuniknione...
Zachciało mi się do Europy.
Poinformowałem „zarząd” że w maju (2002r.) będziemy się wystawiać na targach Motor Show w Poznaniu. Oczywiście wszyscy jak jeden mąż kazali mi się yeahbnąć w czółko.
- „Zapomnieliście naszą ostatnią rozmowę?”
Postawiłem na swoim.
Kilka tygodni przygotowań (wieszaki, próbniki, ulotki, itp.) i w drugiej połowie maja zameldowaliśmy się z moją żoną na naszym stoisku. Czułem się głupio...
Garnitur, krawat... Nie przywykłem i nie lubię...
Nie jestem urzędnikiem, ani pieprzonym politykiem, tylko zwykłym robolem z trochę większą odpowiedzialnością niż przeciętny Kowalski.
Targi trwały 7 dni.
To była bardzo udana impreza. Byliśmy „świeżynką” wśród wystawców i złapaliśmy masę nowych kontaktów. Najciekawszym miał się okazać kontakt z niepozornym, grubym, niechlujnym i zapuszczonym Francuzem. Philipe Peshard. Był przedstawicielem jednego z oddziałów największej na świecie w owym czasie firmy zajmującej się dystrybucja akcesoriów samochodowych .
Przedstawicielem firmy GTI (Gery Transtesuax Industries ).
Bardzo szybko rozpoczęliśmy współpracę.
Już kilka tygodni po targach byliśmy umówieni na spotkanie w Ich Polskim oddziale (PSANS) produkującym dywaniki samochodowe. Dostaliśmy parę wzorów pokrowców z prośba o wycenę. Po kilku dniach wysłaliśmy ofertę wraz z odszytymi próbami. Czekałem na ten telefon jak na pierwszy sex.
Telefon zadzwonił. Wszystkie próby i ceny zostały zaakceptowane !
Na początku robiliśmy dla Nich wzory, które już mieli w sprzedaży, ale szybko przekonali się również do naszych pomysłów. Cały towar trafiał do Francji. Największego rynku na tego typu towar na świecie.
Poszliśmy za ciosem.
Po wielu rozmowach z importerem tkanin z Puszczykowa (Zdzichu) dałem się namówić na wyjazd na targi do Frankfurtu nad Menem. Oni też mieli się wystawiać. Mieli już opłacone stoisko, ale Zdzichu uważał że jest za duże, i chętnie odstąpi nam połowę. Same plusy. Tak duża firma jak Jego zajmująca się handlem materiałami obiciowymi ściągnie na nasze stoisko dodatkowych potencjalnych klientów. W ciągu lat współpracy Zdzichu stał się moim dobrym znajomym. Bywał u mnie w domu na imprezach, ja u Niego. W czasie majowych targów Poznańskich spaliśmy u Niego w domu. Był dla mnie przykładem. Podziwiałem Go za to co robił, i jak to robił.
Znowu wprawiłem mój „zarząd” w osłupienie.
- Wystawiamy się na targach Automechanika we Frankfurcie.
- Kiedy ?
- We wrześniu.
- W którym roku ??
- Za dwa miesiące...
- Poyeahbało cię ?? ( nikt tak nie powiedział, ale pomyśleli wszyscy
)
Dopiąłem swego.
Po efektach jakie przyniosły Targi Poznańskie nikt już ze mną nie dyskutował.
Automechanika to horrendalnie kosztowna impreza.
Szczególnie dla takiej małej firmy jak nasza. Nie pamiętam już cyferek, ale stoisko, hotel i przejazdy pochłonęły masę kasy. Na targi pojechałem z żoną. Pomagała nam jeszcze zatrudniona na okres targów tłumaczka. Młoda Niemka Polskiego pochodzenia znająca angielski. Idealna kombinacja.
W czasie targów poznaliśmy większość liczących się producentów i dystrybutorów z branży w Europie i nie tylko. Nie przeszkadzał mi już garnitur i krawat. Nawet wysoka temperatura nie zakłócała mojej ekscytacji. Nasza tłumaczka po kilku spotkaniach mówiła: -”Od razu czuć, że to gruby kaliber”. My też to czuliśmy. Wszystko była dla nas nowe i trochę inne.
Wróciliśmy do domu.
W pierwszych tygodniach po powrocie wysłaliśmy setki prób w dziesiątki miejsc.
Liczyliśmy na szybki odzew, tak jak to było w przypadku GTI, ale to tak nie działa.
Nie miało to dla nas większego znaczenia. I tak pilnie musieliśmy zając się produkcją.
PSANS zaczął składać coraz większe zamówienia. Nie wyrabialiśmy się.
Potrzebne były następne maszyny i następne szwaczki. I to szybko !
Stała gama się rozszerzała, dodatkowo kilka z naszych pomysłów trafiło na akcje promocyjne.
Mieliśmy zamówienia na kilka ciężarówek towaru tylko dla Nich
Z maszynami nie było problemu... jedziesz/kupujesz i masz. Jeszcze ci przywiozą i zmontują.
Gorzej ze szwaczkami.
Oczywiście na hasło „potrzebujemy następnych dziewczyn” pojawiały się nowe, ale potrzeba było czasu na przyuczenie. Żeby dziewczyna osiągnęła maximum swoich możliwości potrzeba czasami 5, 6 miesięcy. No ale już po miesiącu szyje „zauważalne ilości” więc była nadzieja.
Zimowy spadek sprzedaży na wschodzie i dodatkowo zatrudnione dziewczyny załatwiły temat.
Wywiązaliśmy się ze wszystkich zamówień na czas. Staliśmy się wiarygodnym partnerem.
Na przełomie grudnia i stycznia 2003r. moi rodzice wyjechali na Sylwestra w góry … hmmm...
Czyżby się zaczęło ? Okres przekwitania czy co? Szukają wrażeń ?
Oni na Sylwestra w GÓRY ??. Nigdy wcześniej nic takiego nie miało miejsca …
W połowie stycznia zaprosili nas na niedzielny obiad.
- Nie byliśmy na Sylwestrze. To znaczy byliśmy, ale nie to było głównym celem wizyty.
- ??
- Byliśmy obejrzeć ośrodek wypoczynkowy, który jest na sprzedaż. Tu są zdjęcia.
- Gdzie to jest ?
- W Przesiece. W trójkącie między Jelenią Górą, Karpaczem i Szklarską Porębą.
- Ile to niby ma kosztować ?
- Jeszcze nie wiemy dokładnie. W marcu zostanie ogłoszony przetarg przez komornika. Chcielibyśmy wziąć w nim udział. Ale potrzebujemy Waszej aprobaty...Poza tym potrzebujemy pieniędzy na wadium. Komornik wycenił wstępnie obiekt na 2mln. złotych, więc potrzeba nam 200tys....Bez Was nic nie zrobimy...
Obejrzałem zdjęcia i się zakochałem...
60 pokoi, prawie 4.000 metrów kwadratowych budynku na 4 kondygnacjach i to wszystko położone na działce ponad 2,5 hektara.
Największym problemem były pieniądze na wadium. Taka kwota gwarantowała nam utratę płynności finansowej. Miałem sporo do myślenia.
Doszedłem do wniosku, że musimy to kupić. Przynajmniej zrobić wszystko co w naszej mocy.
Zorganizowałem pieniądze na wadium. Miałem kilku klientów, do których odzywałem się tylko i wyłącznie mając dla Nich specjalne oferty ( specjalne = super tanie ). Wycięliśmy wszystko co zalegało w magazynach. Wyszło tego ze dwie ciężarówki. Towar upłynniłem w ciągu kilku tygodni.
Wpłaciliśmy pieniądze na wadium i złożyliśmy ofertę pod koniec lutego.
10-ego marca miał być ogłoszony „zwycięzca” ….
Ciąg dalszy nastąpi...
I jeszcze malunek. Inspirowany wodospadem Podgórnej z Przesieki. Polecam odwiedzić
