...nie półtora ....po półtorej godziny ;
Nie, no przecież zawsze było litra półtora pitę od razu, a nie po półtorej... aaa. Ok, edytowałem.
Spoiler
Tak na dobrą sprawę to nawet się z tego nie próbuje głupio napierdalać, bo można zauważyć, że moje posty są edytowane częściej niż była morda Jacksona i to nawet czasami po kilku miesiącach. Zależy mi na poprawnej polszczyźnie i czasami jak zauważę gdzieś nawet brak kropki, to staram się tego nie zostawiać, choć często nie wychodzi, bo dużo pisze i zawsze coś zjebie. No i miałem sporą przerwę w mówieniu po Polsku i jakieś tam naleciałości pozostały. W postach sprzed kilku miesięcy można zauważyć jak stawiałem z uporem maniaka przecinek przed każdym "i", więc w sumie...dzięki?!
Może poczytam Cię za "następnym czytaniem".
I tak wszystko idzie NOW ;
...ale tak no offence, ja nie jestem jakiś gramma nazi ; po prostu czasami czytam te wasze zdania złożone.
Wiem...
O skurwysyn...
Kto odpowiada za tą jawną prowokację? Mam zajechane w tym tygodniu ponad 15 godzin stosunkowo ciężkiej gierki w kosza i poważnie zastanawiałem się, czy przypadkiem nie zrobić sobie jutro dnia wolnego od aktywności i nagle YT troluje mnie kolesiem, który robi 6 razy w tygodniu trzy treningi dziennie. No to jutrzejszy odpoczynek poszedł się właśnie kochać
Polecam. Interesująca osobistość.
Miałem wiele razy napisać coś w tym miesiącu, ale sierpień to miesiąc abstynencji i... Wrócę do tego jak znajdę chwilę, bo z tymi godzinami na boisku się nie zgrywam. No brakuje czasu na narzekanie na forum, ale postaram się jakoś to nadrobić w przyszłości. Poziom żenady musi wszak być constans
No i wyszedłem sobie wczoraj na kosza, tylko gdy otwierałem drzwi zewnętrze nagle zgasło światło. Jeżeli o 10 rano robi się ciemno, to albo zbliża się koniec świata (ten błysk w oku, no bo ileż kurwa można czekać), albo Bóg zasłonił żaluzję w chacie, bo mu Słońce przeszkadza grindować Netflix. Tak czy inaczej w momencie, w którym postanowiłem wyjść na boisko, jeżeli opaczność była przekonana, że wizja burzy z piorunami zniechęci mnie do treningu, to powinna zwolnić swój wewnętrzny głos, bo ten skurwysyn jest większym nieudacznikiem od tego, który podpowiada mi.
Polazłem, jednak na boisku spędziłem siedem i pół minuty, więc dłużej ubierałem buty, niż rzucałem piłką (no co?, obuwie nie jest na rzepy). Pogoda nie stanowi większego kłopotu. Hej przecież całe wakacje gram najczęściej w 30+ stopniowych upałach, więc sam deszcz mógłby sobie zacinać dość konkretnie. Swoją drogą miałem okres, w którym regularnie biegałem, a tak naprawdę nie lubię tej formy aktywności. Jedynym dniem, w którym biegło mi się komfortowo był ten, w którym pierdoło godzinnym oberwaniem chmury, a wiatr wiał na tyle mocno, że był problemem z przemieszczaniem się ruchem jednostajnie prostoliniowym. Nawet nie będę próbował tłumaczyć skąd to się u mnie bierze, wiem za to, iż lubię deszcz <smutna żaba.jpg>
Problem stanowi nawierzchnia boiska, bo gdy namoknie, to bez splinterskich kolców...
...można sobie zrobić po prostu krzywdę. Jest za ślisko, a alternatywą jest poruszanie się po boisku jak stulatek z balkonikiem, więc uznałem, że jednak odpocznę sobie i poczekam, aż boisko wyschnie i się nie doczekałem.
Tak, dowiedziałem się, że sierpień to miesiąc abstynencji (na pewno nie od słodkiego, bo to znajdę nawet pod ziemią jak świnia trufle). Mam tam jakieś przemyślenia z tym związane, którymi być może się podzielę, ale jeszcze nie teraz. Na początku września minie drugi rok jak nie pije i może wtedy coś wysmaruje, albo i nie.
Kończą się wakacje, więc organizuje się festyny i w tym roku ratusz postanowił uhonorować mnie za zasługi dla miasta i z tej okazji zrobić mi je pod oknem. Jak miło z ich strony, szkoda tylko, że jakieś trzy lata za późno. Serio jak się dobrze z okna wybije, to wyląduje w samym środku imprezy. Czy ma to na mnie jakieś wpływ? Nie wiem, wiem natomiast, że obudziłem się dzisiaj rano i poszedłem sprzątać kuchnie używając do tego celu octu spirytusowego
Trochę mi przeszkadza ta atmosfera pod blokiem, bo czuje się czasami jak żyd w mennicy, z której nie można nic ze sobą zabrać. Mały spadek samopoczucia, ale świat się nie kończy. Wczoraj musiałem się wyprowadzić z pokoju, bo albo ktoś ma urodziny, albo ktoś się napierdala, albo ktoś jęczy i drze mordę dla samego darcia mordy. Mogę to jedynie akceptować, albo… przygotować garnki z wrzącą wodę i w sumie nie wiem, czemu wpadłem na to dopiero teraz. Normalnie bym tam do nich zszedł i szybko znalazł sobie towarzystwo, no ale ktoś musi zachować powagę i klasę w tym zepsutym mieście. Ulica po wczorajszym festynie wygląda jak z postapokaliptycznych filmów, ale za to udało mi się z kaucji za butelki uzbierać na obiad na cały tydzień…
Byłem sobie dzisiaj u znajomego w szpitalu i tak sobie siedzę i słyszę jak kobieta wykrzykuje z bloku obok „Nie podchodzić, bo was zajebie” i takie tam. Pytam się czy to psychiatryk, a on na to nie: porodówka
Głupio tak się śmiać jak ktoś cierpki katusze, ale co typiara kleiła pancze to koniec. Ubaw po czubek nosa.
Idę sobie odpocząć, bo się nie wyspałem nic przez weekend. Tymczasem myszki
Ostatnie kilkanaście dni było całkiem udane (mimo małych problemów związanych z ZZA), jednak w połowie tygodnie skręciłem staw skokowy (:ayfkm: ) i mam z tym mały problem, bo wyłącza mnie to z aktywności pewnie na co najmniej dwa tygodnie. Mam w planach dłuższy wpis odnośnie samej kontuzji. Obecnie weryfikuje od dwóch dni czy moje przemyślenia i sposób radzenia sobie z urazem mają oparcie w faktach, co nie jest łatwe do ogarnięcia, bo nie wpisuje się raczej z wnioskami do jakich doszedłem w typowy zalecany przez niemal wszystkich sposób postępowania przy tego typu wypadkach. Jeżeli uda mi się chociaż w części zweryfikować to, do czego doszedłem, to się tym podzielę. Decyzja była dość spontaniczna i może się okazać, że jestem kompletnie w błędzie i sposób regeneracji jaki stosuje pozwoli mi stanąć na podium tegorocznych nagród Darwina, bo tylko wydłuży czas rekonwalescencji (moment, w którym okaże się, iż nie będę mógł klepać dłuższy czas w kosza z własnej głupoty [nie wiem trzy tygodnie zamiast dwóch(?) heh] sprawi, iż miejsca gram w rosyjską ruletką półautomatem).
Nawyk niechodzenia do lekarzy nie pomaga, ale z marszu nie miał mnie kto tam zabrać, a zaraz na drugi dzień oceniłem, że nie ma raczej takiej potrzeby (akurat sprawy ze stawem skokowym z oczywistych względów bym nie bagatelizował [jak to mam w zwyczaju] gdybym nie musiał
). Mimo wszystko ufam mojej ocenie sytuacji (chuj tam, że najczęściej funta kłaków niewarta heh) i jakiejś tam wiedzy jeżeli chodzi o fizjologię i anatomię, tym bardziej, że nie mam za bardzo teraz już wyjścia, skoro nie zastosowałem się do protokółu polecanego przez przytłaczającą liczbę lekarzy, fizjoterapeutów i naszych rodziców :). Albo to co robię ma sens, albo robię z siebie debila. Czas pokaże...
Inny problem jest taki, że wrzesień to jeden z ostatnich miesięcy, gdzie w miarę swobodnie można grać w kosza niemal codziennie. Wstrzeliłem się w końcu fajnie w redukcję i zdaje się, że osiągnął bym cel jaki sobie założyłem jeżeli chodzi o wagę, no ale obecnie powinienem odpoczywać i to nie jest dla mnie łatwe zadanie, aby tego, co udało mi się do tej pory wypracować nie spierdolić w momencie, w którym przez większość dnia leżę i ma to wyglądać tak przed dłuższą chwilę. No chce się żreć po prostu
Obiektywnie to naprawdę będzie najgorszy rok w moim życiu, nawet jak wygram miliard dolarów 8-), a jeszcze trochę zostało do końca. Przypominam tylko, że miewałem już w swoim życiu takie lata, w których prawie umarłem (dosłownie i w przenośni), więc ten tego... To nie jest fajne
I to wszystko dzieje się gdy nie pije damm! (Kto by pomyślał? Powtarzam się, ale chyba będę miał ból dupy z tym związany już do końca).
Miałem podzielić się tym przy innej okazji (wrócę do tego), ale zdaje się, że pasuje wcisnąć play teraz. Jedna z lepszych płyt ever...
Spokojnej nocy.
Albo wczoraj, albo dzisiaj (na pewno w tym tygodniu) minęło/minie dwa lata jak nie pije alkoholu...

Właściwie napisałem dłuższy post na ten temat, który jest wstępem do jeszcze bardziej obszerniejszego, ale ciężko go namówić, bo wstydzi się wystąpień publicznych. Zdaje się, że bez terapii się nie obejdzie
No niby coś tam nabazgrałem, ale nie wiem czy chce mi się przynudzać o tym samym przez cały miesiąc. Może zostawię to na kiedy indziej...
Z fartem myszki.
Napisane przez hairysnake
Kawał dobrego hip hopu. Gratulacje wytrwałości ... trzymaj tak dalej.

Taaa...
Dziękuje, zarówno Tobie jak i wszystkim, którzy ten fakt docenili. Cały czas się zastanawiam czy mam coś interesującego w tym temacie do napisania i zdaje się, że trochę tak, a trochę nie. Jak wspomniałem popełniłem dłuższy post, ale jeżeli się pojawi, to w bliżej nieokreślonej przyszłości. Gdyby z jakichś względów ktoś był ciekawy, to moja historia została w dużej części przedstawiona w pewnym serialu animowanym i w zasadzie nie żartuje, bo wypisz/ wymaluj jakbym widział siebie, ale o tym kiedyś tam
Polecam cały epizod. Jeden z moich ulubionych. Chyba sezon 9 "Bloody Mary" o ile mnie pamięć nie myli.
Napisane przez baadnewz01
Enter the 36 chambers miałem na kasecie, sztos! ♠_thumbsup:
U mnie do tej pory wala się gdzieś podwójna kaseta "All Eyez on Me".
Wiecie z jakim gatunkiem muzycznym stary dobry rap ma bardzo wiele wspólnego?
Spoiler
Tak, tym gatunkiem jest Miley
A tak serio każdy pewnie zdaje sobie sprawy kogo to cover. Country w niemal identyczny sposób często opowiada historię ludzi, miejsc z których pochodzili i takie tam bzdury. Analogi jest cala masa.
Kurła, kiedyś to było!
A skoro przez chwilę ocieram się o nostalgię, to jak ktoś jest po 30, to pamięta pewnie stare występy Copperfielda pokazywane w telewizji (tak to były czasy kiedy się jeszcze miało telewizor w domu). W tamtym okresie myślałem, że on tak serio potrafi latać, ale potem nauczyłem się tej rutyny i czar prysł...
Spoiler
Niemniej jak ktoś nie ma co robić, to niech sobie obejrzy, a następnie zobaczy, co można zrobić z tego samego konceptu, jak weźmie się za niego Azjata
Skurwy... heh.
Chodzę sobie od kilu dni na boisko. Okazało się, że nogę nieźle sobie załatwiłem i wciąż jeszcze odczuwam tego skutki, ale jest całkiem ok. Pomimo obaw udało się również nie tyle utrzymać wagę, co nawet zrzucić 1.5 kg i to bez aktywności. W ogóle pierwsze 15 dni września to jedne z lepszych w tym roku, ale obecnie notuje spadek nastroju, dlatego wpis o niczym w zasadzie. Udało mi się też zjebać pralkę - nie pytajcie, po prostu koło niej stałem. Tak się składa, że w tym roku wystarczy, ze się czegoś dotknę, by się rozjebało. Naprawdę, aż strach podawać rękę znajomym
Tymczasem, bo nic ciekawego dzisiaj nie uda mi się napisać...
Dostałem alert RCB , że na południu województwa mordują, gwałcą i takie tam <troll>. Wyglądam dla pewności przez okno i wszystko jest w porządku, więc stwierdziłem, że pójdę na boisko, bo wczoraj i przedwczoraj od dłuższego czasu pozwoliłem sobie zjeść więcej (3 magnum, pól kilograma ciasta i 3/4 największej pizzy w mieście). Nie minęło pięć minut, jak jebnęło we mnie gradem. Normalnie jak już wyszedłem, to mi zbytnio nie przeszkadza pogoda, ale wiatr był tak silny, że gałęzie na głowę spadały i się rzucać nie dało. Trudno i darmo.
Odechciało mi się totalnie grać w karty, bo od dwóch miesięcy jestem BE, a wcześniej wyniki pozostawiały wiele do życzenia. Powoli mnie to wkurwia, a przecież przerwę ostatnio miałem przez rok, gdzie za pretekst do niej wystarczył mi fakt, iż P* zaktualizowało soft i musiałem sobie na nowo motyw ustawić <troll>. Testują moją cierpliwość skurwysyny. Oczywiście jest w tym sporo mojej winy, ale nie będę teraz robił czegokolwiek z tym, skoro i tak mam zmieniać odmianę. Zdaje sobie sprawę z błędnego koła i mógłbym to załatwić od ręki po prostu wpłacając hajs, ale nigdy nie grałem za swoje i grać nie zamierzam...
Niepotrzebnie sprawdziłem wynik wyjątkowo wcześniej, bo teraz jak widzę, że nic się nie ruszyło, to do końca miesiąca za nic nie włączę softu. Gdybym nie miał świadomości, to bym pewnie grał bez żadnych przerw. Głupie karty, głupi ja.
Od początku stycznia za to schudłem 8 kilogramów. Wrzesień przed długi czas nie dokazywał i samopoczucie było powyżej średniej (pomimo skręconego stawu skokowego), co u mnie się nie zdarza za często, ale powoli nadchodzi korekta za ten sick upswing heh
Tymczasem myszki.
Właśnie napisałem post o tym, jak nie chce mi się pisać postów... (w szerszym kontekście oznacza to tyle co #sezonowachandra). Sra jesienią, więc nawet nie próbuje z mojego samopoczucie robić mało śmieszny rolling-joke. Tak będą teraz wyglądały moje wpisy i nie mam na to wpływu, bo się neuroprzekaźniki popierdoliły pewnie na kilka miesięcy ( będę jedynie informował o tym, że napisałem coś, czego w gruncie rzeczy napisać nie chciałem i na tym skończy się opowieść
)
Jak źle jest? Nie wiem, może sprawdzimy. Opowiem wam coś i jak się uśmiechniecie...
If 2 vegans fight with each other...
Spoiler
Is it still beef?
Nic z tego? To może...
Po co Jezusowi dziury na rękach?
Spoiler
By mógł oszukiwać w chowanego...
Widzicie próbowałem, ale wciąż jestem chujowy... więc w zasadzie nic się nie zmieniło i jak poprawię kropki i przecinki wracam z kolejnym wyrzyganym za długim wpisem
Miałem przez chwilę szanse być kolesiem o niewyobrażalnym poczuciu humoru (podobno pożądanym w środowisku pokerowym tak bardzo jak Liv Boeree, która niesie na barana toples Vanessę Russo, która niesie na barana nagą Vanessę Selbs... eeee wróc, no co przecież pisałem, że się neuroprzekaźniki popierdoliły, chociaż z drugiej strony...), ale przespałem okazje i strategia zamknęła mi wątek, w którym psiał typ, od którego z kolei mogłem się wiele w kwestii poczucia humoru nauczyć
Trudno i darmo.
Pozostańcie czujni...albo idźcie spać, bo już późno. Spokojnej nocy.
A, teaser do następnego posta, choć chyba wszyscy domyślają się o czym będą te gorzkie żale...
Tymczasem myszki.
Wygłupie się, bo zwiedzając ostatnio forum zauważyłem kilka rozrywkowych wątków i zdaje się, że społeczność Strategy ma co robić, ale mimo wszystko jak ktoś jednak by się nudził, a chce się nudzić jeszcze bardziej polecam śledzić Polaków...

Na ten moment całkiem przyzwoicie im idzie…
Ten wpis ma ze trzy strony A4, więc utnę go w tym miejscu, bo obecnie próbuje zmusić się by wyjść na kosza i nie mam czasu na edycję. O ile nie narzekam z reguły na warunki atmosferyczne, to dzisiaj jest strasznie nieprzyjemnie. Jak ważyłem blisko stówę, to w zasadzie miałem wyjebane na chłodne dni. Jeszcze na początku roku przy 72 kg całkiem nieźle to znosiłem, ale obecnie ważę 64 i przy 10 stopniach i silnym wietrze odczuwam spory dyskomfort, a w obecnym stanie i przy tym samopoczuciu to za dobrą wymówkę uznaje fakt, że nalałem sobie za gorącą zupę i muszę odczekać minutę, aż ostygnie, więc nawet nie muszę racjonalizować sobie tego i szukać konkretnych powodów aby nie pograć. Ot chociażby takich, że na wietrze nie da się za bardzo rzucać, wciąż mam małe problemy ze stawem skokowym, doszła z rana do mnie niezbyt dobra wiadomość związana z problemami najbliższych, ze skrzynki wyciągnąłem kwit od komornika, który chce jakieś pieniądze za picie alkoholu sprzed kilku lat (nie, to mnie akurat rozbawiło)...
Dobra kończę, bo sam wpis ma charakter motywujący (:coolface: ). Próbuje przekonać sam siebie, że jednak warto wyjść porzucać. Zobaczymy...
Może wieczorem wrzucę dalszą część jęczenia jak to się nie układa. Bez chusteczek na otarcie łez nie wchodzić
Pamiętacie jak po skręceniu stawu skokowego stwierdziłem, że nie będę wdrażał zalecanego protokołu, który stosuje się w tego typu kontuzjach, tylko ogarnę to po swojemu? No cóż, coś chyba poszło nie tak…
Spoiler

Chyba pierwszy raz w tym roku na ostatni set z Brazylią włączyłem telewizor, bo chciałem się go pozbyć, jednak siatkarze to nie piłkarze, więc trochę się przy końcówce seta biedak spocił, jednak nie wyleciał ostatecznie przez okno z trzeciego piętra jak swojego czasu pół akademika łącznie z drzwiami, spłuczkami od kibli, porozwalanymi szafami... w zasadzie łatwiej będzie wymienić, co przez okna tej placówki nie wyleciało, jak jej lokatorzy zaczynali kolędować. Oczywiście co złego to nie ja, bo po alkoholu jestem do rany przyłóż. Po prostu gasiłem tam często światło, więc siłą rzeczy byłem świadkiem tego i owego, choć sam mieszkałem na stancji.
Nie ma za bardzo jak pisać na forum publicznym o tym, co tam się działo, bo ten akademik to jakiś kurwa przedsionek piekła był, ale z tego co napisać mogę to pamiętam minę portiera jak Marek próbował mu „sekatorem” dywan w kanciapie w biały dzień obciąć przy widowni złożonej ze zmieszanych pierwszoroczniaków, którzy zaraz obok czekali na parterze tego akademika na zajęcia, a które mieli w piwnicy (urok polskiej uczelni). Oczywiście nie było w tym krzty złej woli, po prostu chciał pomóc cieciowi (który swoją drogą był w porządku) się wyluzować po tym, jak doszedł do wniosku, że go dyrektor za ten dywan zajebie i to jeszcze przed tym, zanim została podjęta próba, aby go elegancko niczym garnitur na miarę...
Tak się złożyło, że ekipa po całonocnym żłopaniu nalewek wymyśliła sobie wyzwanie, kto rozbije gołymi pięściami więcej porcelanowych talerzy (po tym jak garnki tłuc się nie chciały) i tak się złożyło, że byli zmuszeni zejść po swojej pierwszej (skądinąd udanej) próbie do portierni z pytaniem, czy może nie ma jakichś bandaży na stanie (na szczęścia nie doszło do mnie i nie musiałem udowadniać, że talerz z grubej porcelany w kontakcie z tkankami miękkimi na ogół powoduje dyskomfort). Klasyka, jeden z jakichś powodów uznał, że fajnie jest zacząć rozbijać talerze, po czym zalał się krwią, na co drugi to widząc stwierdził: „ty pizdo, pokaże ci jak to się robi” i spierdolił sobie łapę jeszcze bardziej. A że zaraz potem trafili do szpitala i łącznie wrócili z kilkunastoma szwami (no co swoją drogą mało kto zwrócił uwagę, bo przynieśli ze sobą reklamówkę bełtów), to trochę zajebali w drodze po schodach na dół cały akademiki, bo lało się jak z przetaka. Naturalnie dywan w portierni również zmienił swój kolor z jasnego na karmazynowy, bo mało kto uważałby w ich stanie świadomości na cokolwiek.
Nie ujmując nic Markowi, ale był z wioski. Naprawdę zabawny i w porządku koleś, no ale wpisywał się w stereotyp z wioski i zdaje się stwierdził, że jak obetnie pół dywanu, to problem zniknie. Swoją drogą wspomniany dyrektor akademika gdy wrócił do roboty w poniedziałek, kiedy już nie było co zbierać (więc przesadnie się nie spieszył), a wszyscy odsypiali kilkudniową imprezę i nikomu nie chciało się przed ósmą wstać otworzyć mu dziwi, pierdolnął pod nosem jakąś mało zrozumiałą groźbę i polazł, więc ogólnie było przekonanie, że zrozumiał swój błąd i że nie zakłóca się studentom „ciszy nocnej”, ale zaraz niestety wrócił z cieciem i… wiertarką, którą zaczął rozwiercać zamek w drzwiach –taki był z niego gagatek. Ja tam go rozumie (heh). Zresztą sam twierdził, że przez 15 lat pracy nie widział na oczy takich dzbanów. Wspomniał coś o typie, któremu odjebało i powybijał szyby na jednym z pięter, ale na tym się skończyło i na następny dzień przyszedł przeprosić i zapłacić za szkody, natomiast to co odpierdalali ludzie, w tym często z mojego roku mu się w głowie nie mieściło. Studenci z sąsiednich pokoi, którzy byli również niezbyt ogarnięci (jednak czasami czymś się przejmowali) potrafili się na nich żalić, no ale po części pewnie przez to, że Marek, jako iż z wioski, to nie przywiózł ze sobą MP3 do słuchania muzyki, tylko kurwa kolumny estradowe (serio dwie jebane kolumny estradowe). Na koniec dnia dyrektor i tak zachował się w miarę spoko, bo co prawda wyjebał ich z akademika, ale załatwił drugi 30 metrów obok. Trzyosobowy, więc w zasadzie z korzyścią dla mnie, bo moja wątroba przed długi czas była mu wdzięczna. Zanim ich wyrzucili mieli czwórkę z wolnym łóżkiem.
Nie, jednak cofnę, bo bardziej bezcenna od ciecia miny była ta pracownika w dziekanacie, jak zdaje się tego samego dnia po tym małym wyzwaniu z talerzami i kilku godzinach znieczulania się po szyciu chałupniczymi metodami przypomniało się komuś, że trzeba złożyć wnioski o warunkowe przedłużenie sesji. Normalnie nikt by się nie ruszył, ale to był chyba jeden z ostatnich dni (jak nie ostatni), w którym można było to zrobić. Rafał nie oszacował poprawnie zasobów energii i co prawda wszedł i położył wniosek na blat, ale do wyjścia już się zbytnio jebany nie kwapił. No trzeba było go stamtąd w zasadzie wynosić, z czym we trójkę mieliśmy problem, bo w sekundę zamienił się właściwie w worek ziemniaków. Tyko raz wcześniej byłem świadkiem tego, jak ktoś w jednej chwili gadając w miarę poprawnie nagle zalicza totalny zgon, ale to było w sytuacji, w której typ założył się, że wypije pól litra wódki haustem, po tym jak już był pijany. Oczywiście założył się o następne pół i wygrał skubany (heh). Dyskusyjnym natomiast może być to, czy było warto, bo skończył na sofie w klubie z opuszczonymi gaciami, (które gdzieś tam mu się zsunęły) świecąc gołą dupą. Ktoś wykorzystał okazję i między pośladki wsadził mu ~30 centymetrową świece, która była elementem wystroju tego „klubu” (w rzeczywistości to mordownia, o której nawet na samym początku pisania bloga popełniłem wpis). Nie wiem czy ktoś jeszcze inny uznał, że gdy tą świecę odpali, to w ten sposób typ się obudzi, czy to miało po prostu symbolizować „zgon”. Wiem natomiast, że nie jest fajnie tak się śmiać z cudzego nieszczęścia, ale jak ktoś widzi coś takiego… No pierdolnąłem na plecy ze śmiechu wychodząc z kibla jak to ujrzałem i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.
Wracając do wątku z warunkiem nie wiem czemu nikt nie zareagował na to, że przez pól uczelni niesiemy w samo południe zwłoki, a potrafili się przyjebać jak ktoś błota naniósł w zimę, ale sam zakup alkoholu, który tak trzepał po łbie był pocieszny, bo ten sam Marek od dywanu ubrany w garnitur (jako, że to po sesji) i obwieszony złotem (jako, że z wioski <troll>) odegrał w sklepie scenkę zarobionego szefa, który właśnie dzięki nam zarobił 200 tyś złotych wygrywając przetarg i chce się odwdzięczyć skrzynką dobrego alkoholu. Sprzedawca (raczej niezbyt ogarnięty) chyba był przekonany, że coś na tym ugra (i zdaje się coś do ugrania miał), bo z jęzorem wywalonym zacierał ręce i do porzygania cukrzył, po czym Marek wypalił „20 lip z miodem”, a na kwaśna minę sprzedawcy dodał: „No przecież od początku mówiłem, że dobry alkohol, „Patykiem pisane” to nie jest co nie?”. Ciężko to opisać, bo żeby dobrze zrozumieć atmosferę i pełen profesjonalizm Marka, który zachował zimną krewa do końca (w przeciwieństwie do nas) trzeba było widzieć to na własne gały.
Skoro już udało mi się uśpić wszystkich uwagę rynsztokowymi anegdotami z okresu studiów, to czas trochę ponarzekać...
(W poniedziałek ten wpis miał kolejne trzy strony jak to nie fajnie jest być mną, ale doszedłem do wniosku, że nie ma sensu o tym za bardzo przynudzać, więc ograniczę się do jednego akapitu).
Mam kilka zaległych wpisów, którymi chciałbym się podzielić (ot chociażby ten o stawie skokowym, no bo tak naprawdę wyszło na moje), ale nie mam ani ochoty, ani chęci nawet nie tyle co na pisanie samych postów, tylko na robienie czegokolwiek. Niestety w miesiącach jesienno- zimowych choruje. Czasami bardziej, czasami mniej, ale produktywnością zazwyczaj bije mnie na łeb na szyję w tym okresie słup telegraficzny. Od lat nierozwiązany problem z sezonowymi zaburzeniami afektywnymi. Wiem, że obecnie ktoś, kto nie ma depresji nic nie znaczy, a w necie ludzie przekrzykują się, kto jest bardziej szalony i z iloma chorobami psychicznymi naraz nie przyszło mu się zmagać robiąc w zasadzie z tego atut, który warto wpisać w CV, dlatego chociażby z tego powodu ja sobie daruje. Krótko zaznaczę jedynie, że to jeden z problemów, którego do tej pory nie udało mi się w pełni rozwiązać, a że siłą rzeczy ma na mnie wpływ, to również na to jaki wydźwięk mają moje posty.
A może, zanim mnie jebnie konkretnie (zwykle okolice listopada) postanowię sobie, że w tym roku nie będzie żadnej depresji? Brzmi jak dobry plan co nie? A co mi tam, postanawiam, że w tym roku nie będzie żadnych jazd z leżeniem całymi dniami nie tyle co na łóżku, tyko w miejscu przeznaczonym na pościel. No i co mi zrobisz depresjo huh? Handluj z tym głupia depresjo… Głupia, smutna depresjo z krzywym ryjem O!
Spoiler
Jak każda pizda w świecie, kozak w necie mam nadzieje, że nie słyszy, bo w innym wypadku dupa+jesień +średniowiecze= …
Tak wiem, że zamiast gorzkich żali na forum powinienem w jakiś sposób reagować i coś zmienić, tylko jak ktoś odnosi wrażenie, że tylko jęczę (a takie można i będzie to uprawnione), to jednak nie do końca tak to wygląda. Po prostu jestem typem, który równie dobrze mógłby się nazywać „beznadziejny przypadek”. Nie jest tak, że nie próbuje zmieniać sytuacji w jakiej się znajduje (to robiłem nawet jak piłem). Po prostu wiele z tego co normalnie powinno rozwiązać w dużej mierze moje kłopoty i pomaga innym, w moim wypadku często się nie sprawdza (łącznie z terapią, chociaż to akurat bardziej skomplikowane ), cześć sprawdza się tylko połowicznie i to z reguły jedynie na pewien czas, dlatego mało kiedy uda mi się skutecznie coś poradzić na gówno, które się do mnie przykleja (co to by nie było). No a jak robię coś, co jednak się nie sprawdza w pełni, albo wcale, to nie widzę powodu dla którego miałbym się tym dzielić, bo nie warto skoro nie działa. Stąd można odnieś wrażenie, że jestem emanacją stwierdzenia "Tylko głupiec robi wciąż to samo i oczekuje różnych rezultatów”, czy jakiegoś innego wytartego sloganu motywacyjnego, który jest dobry na T-shirt, bo umówmy się z dobrą radą, która realnie coś zmienia ma tyle wspólnego, co dziwka z dziewictwem. Zresztą całe to motywacyjne gadanie sprowadza się do tego, że po usłyszeniu czegoś w stylu „Wszyscy powtarzali, że coś jest niemożliwe do zrobienia, aż nie przyszedł ten, który tego nie wiedział, i to zrobił” w najlepszym razie można odpowiedzieć: „Jadłem chleb, a po przeczytaniu tego jem tosty”, bo w skrócie do tego sprowadza się cały ten motywacyjny koncept (biłem się ze sobą, żeby nie napisać bełkot...ups). Ostatnio pomogło mi co prawda oszukiwanie samego siebie wyjść na kosza jak było zimno, ale gdybym nie ubrał się w przeciągu dwóch minut i nie wybiegł z domu jak poparzony (zapominając przy tym piłki) po tym jak dmuchałem ten balon motywacyjny na forum, to pękłby mi w ryj i skończyłbym na kanapie żrąc chrupki. I to nie jest tak, że mi się coś wydaje. Są na to kwity i choć może być tak, że kilka osób z forum będzie mieć fochy na to co piszę, to fakty są jakie są. Jeżeli ktoś od wrzucania motywacyjnych treści niepotrzebnie się teraz na mnie wkurwia, czy też odbiera mój sceptycyzm w tej kwestii jako jakiś przytyk i traktuje to osobiście, to spieszę z wyjaśnieniem, że nie mam problemu z tym, że ktoś coś tam sobie wrzuca, a zaznaczam jedynie, że to się nie sprawdza na dłuższa metę w 99% przypadków. A gdyby to komuś nie starczyło jako wyjaśnienie, to oszczędzę mu czasu i fatygi. Wczoraj kupiłem już sobie maść na ból dupy w całkiej dobrej cenie, więc nie trzeba mi jej polecać:

Oj dobrze już starczy. Ci, którzy zaglądają wiedzę, że jestem typem od kontrastu, więc następny wpis będzie cukierkowy, że aż mdły. Jedzcie dużo warzyw i owoców
Tymczasem myszki.

R.I.P...
Dwie sprawy:
1. Dlaczego nikt do tej pory nie zwrócił mi uwagi, że zbyt często i nieumiejętnie używam wielokropka..?
2. Zapłacę każde pieniądze, jak ktoś podpowie jak wejść w Internet i nie dostać w ryj czyjąś opinią o filmie „Kler”
Może jednak trzy:
Ale byłoby dziwnym, gdybym nie wyleczył do końca nogi, a skręcił staw skokowy w drugiej... nie, czekaj przecież to się dzisiaj wydarzyło
Jakiś gnojek kopnął w moją stronę piłkę i opadając po rzucie do kosza spadłem sobie na nią, a że co prawda klaun, ale w cyrku nie robię, to nie dałem rady się na niej utrzymać i jebnęło mi się na glebę fest. No tak, na chuj mi nogi
Miałem wrócić do gry w poniedziałek (zeszły). Jeżeli nie uda mi się w następny, to będzie kara. Jestem otwarty na sugestię. Żadna nie będzie gorsza od życia, ale możecie próbować
A tak poza tym to dobry dzień. Skręcenie zdaje się tym razem jest pierwszego stopnia i prawdopodobnie uda mi się to rozchodzić bez większych problemów. Udało się przez ostatni tydzień ogarnąć w jakimś niewielkim stopniu problem z odkładaniem wszystkiego na później, ale to kropla w oceanie. No z grą w karty nie dało się nic zrobić i to mnie smuci, ale trudno i darmo. Maszeruje dalej.
Może mnie ktoś odesłać do jakieś rzetelnej serii o budowaniu zakresu preflop w no limit? Nie wiem nawet za ile się otwiera, więc nie chce zgadywać, które video warto sprawdzić.
Do później.
Może mnie ktoś odesłać do jakieś rzetelnej serii o budowaniu zakresu preflop w no limit? Nie wiem nawet za ile się otwiera, więc nie chce zgadywać, które video warto sprawdzić.
Preflop - wskazówki i porady Governa tam chyba było 7 części o ile dobrze pamiętam. Bardzo fajna produkcja ♠_thumbsup:
Lipa z miodem była zajebista
Nie udało się odpalić proga, więc była zapowiadana kara. W ramach tej kary próbowałem postawić laptopa z chyba pierwszym biosem Pheonix'a na Windows XP, który przestał działać po tym, jak jego obudowa pękając zdaje się naruszyła bebechy
Przez pewną chwilę zastanawiałem się na serio, czy nie lepszym rozwiązaniem dla mojej psychiki byłoby być po prostu zgwałconym
Spoiler
może przez Camile Cabello?
Kiedyś pewnie dałbym rady ogarnąć to w krótkim czasie, ale potem polubiłem piwo przez co zapomniałem o bożym świecie na dziesięć lat i męczyłem się z tym ponad pół dnia (a podobno umiarkowane spożycie wpływa korzystanie na zdrowie -mówią), a i tak dalej nie wszystko chodzi tak jak powinno (no kiedyś umiałem w informatykę <chlip>). Ja nie wiem co ci w USA odpierdalają z waterboardingiem, przecież rzucenie komuś takiego laptopa do naprawy w pełni rozwiązuje sprawę. Żodyn tego nie wytrzyma...
O kartach, skoro to już forum pokerowe napiszę coś więcej w najbliższej przyszłości, ale nie będzie to nic pozytywnego, ale napiszę, bo liczę po cichu, że w końcu coś pozytywnego z tego wyniknie. To znaczy się na obecną chwilę to bardziej myślenie życzeniowe, ale jestem na Strategii, więc powinna pomóc rozwiązać ten problem, bo chyba prócz edycji postów #konkurencja prowadzi jeszcze jakąś inną działalność? Nie wiem, może w zakresie szkolenia chociażby? Bo jak nie, to pozostanie donieś na samego siebie do US, bo z gry nie zrezygnuje od tak, nawet ja ma na mnie negatywny wpływ. Mam pewne niepozałatwiane sprawy z kasynem. No bo co oni mi starają się wmówić? Mogę być słaby w gierkę pod tytułem "życie", ale w poker to dopiero byłby wstyd. Taki chuj jak im odpuszczę to pomówienie
Peace out.