"Brak słów"
W tym tygodniu rząd wykonał projekt ustawy o kompletnym zakazie hazardu internetowego oraz ograniczenia go w przysłowiowym realu do wysoko opodatkowanych kasyn.
Miałem sen, ale mnie odszedł. Jeszcze kilka miesięcy temu Minister Finansów
oraz połowa naszego rządu liczyli szumnie ogromne pieniądze, jakie
przyniesie legalizacja hazardu. Gracze również zacierali ręce,
ponieważ w końcu mogliby się przestać bać tego, że w pewien
piękny poranek zapuka do drzwi pan, lub kilku panów, przedstawią
się, jako policja skarbowa i zabiorą nowy monitor kupiony za
wygrane na PokerStars dolary oraz wlepią wezwanie.
Niestety, ani Minister
Finansów, ani połowa rządu nie mogą już liczyć na dodatkowe
wpływy do budżetu państwa. Dlaczego? Ot, krótka historyjka.
Wszystko zaczęło się w Gdańsku, skąd pochodzi nasz
obecny premier. Do żony wszechmogącego przyszła w pewien
październikowy poranek sąsiadka. Ot tak sobie, na poranną kawkę.
Przyniosła ze sobą nieco nowości o znajomych, rodzinach znajomych,
znajomych znajomych oraz ich rodzinach i znajomych. Wśród wielu
wielce interesujących historyjek była też jedna, która
zapoczątkowała wielką aferę. Otóż, syn szwagra znajomej siostry
owej sąsiadki dostał od babci 100 PLN na urodziny. Wiadomo, trzeba
się zabawić, ponieważ stówa to już całkiem spora kasa. Poszedł
więc do baru ze znajomymi swoimi i po części również ze
znajomymi swoich znajomych - rodziny nie było - aby zakosztować
alkoholu tudzież innych przyjemności. Niestety pech chciał, że do
domu przyszedł całkowicie trzeźwy! Niebywałe. To oczywiście
wywołało wielką aferę, bo jak to się stało, że chłopak
poszedł na urodziny i to ze stówą, a wraca trzeźwy. Od słowa do
słowa, okazało się, że biedaczek wrzucił wszystko w automat do
gry o niskich wygranych i nie wygrał nawet najniższej wygranej.
Mama w płacz, tata w złość, tylko siostry się cieszyły, bo jak
one miały urodziny, to babcia dała owszem stówę, ale do podziału
- pech bliźniaczek. Po wielkich dyskusjach wyszło na to, że
nieszczęśnika ze stówy ograbił ten piekielny ktoś, kto postawił
automaty do gry o niskich wygranych. Żona wszechmogącego tak się
tą historią przejęła, że musiała posłać temat dalej. Od ust
do ust i słowa do słowa doszły wieści w końcu do naszego
premiera, który przejęty faktem ograbiania biednych ludzi za pomocą
automatów do gry o niskich wygranych, wypowiedział wojnę całemu
hazardowi, włącznie z tym wirtualnym. Na podparcie miał jeszcze
kilku podobnych delikwentów, aferę hazardową z ostatnich tygodni
oraz pradziadka (nie swojego), który przegrał kamienicę w Wilnie.
Historyjka jest oczywiście
zmyślona, ale gdyby się przypatrzeć całej sprawie bliżej, to
znajomość tematu przez premiera Tuska właśnie do takiej logiki
oraz łańcucha przyczynowo skutkowego pasuje.
Nie wiedzieć
dlaczego kilka dni temu, rząd nasz wspaniały począł zajmować się
hazardem, jakby był to wróg publiczny numer 1 w Polsce. We wtorek
większość jajogłowych na stołeczkach zajmowała się założeniami
do ustawy, która ma się rozprawić z hazardem raz na zawsze
zakazując go totalnie poza kasynami, a te mają być dodatkowo
objęte jakimś horrendalnym podatkiem. Projekt ustawy pojawił się
w okolicach czwartku, a tam czytamy rzeczy, o których w państwie
należącym do Unii Europejskiej raczej nie może być mowy.
Kilkukrotnie pada tam słowo monopol,
a to na urzędników z Brukseli działa, niczym płachta na byka.
Ustawa poza zakazami hazardu w miejscach innych niż kasyna
oraz Internecie, ma dawać jeszcze narzędzia do represjonowania
tych, którzy dopuszczą się tego przestępstwa. Tutaj wkracza vice
przewodniczący Klubu Platformy Obywatelskiej Sławomir Nowak, który
w wywiadzie dla RMF.FM opowiadał o tym, jak to będzie się
degeneratów ścigało. Jak ograniczyć hazard internetowy? Jak to
zrobić?
Zrobić tak, jak robią to w innych
krajach... mhmmm... na świecie... My chcemy wprowadzić taki system,
na wzór ... innych państw, gdzie osoba grająca popełnia
przestępstwo. (...) to jest banalnie prosta sprawa. Firmy, które
zajmują się tego rodzaju profesją, hazardem internetowym, nie są
nieznane, to nie jest tak, że to są jakieś 'nonamy'. My możemy
poznać ich nazwy, poznać ich rachunki bankowe i wiedzieć, jak
wyglądają ich transfery do Polski.
Jak
widać pomysł jest, ponieważ wyszedł i dlatego ... go nie ma. W
kolejnych godzinach po ukazaniu się owego nieszczęsnego wywiadu,
który bardziej przypominał wypowiedzi górala na temat gramatyki
chińskiej, ukazały się już bardziej konkretne pomysły, jak to
zrobić, aby wyłapywać hazardzistów. Jednym z nich był pomysł
włączenia stron oferujących e-hazard w poczet witryn zagrażających
państwu. Co to znaczy? Oznaczałoby to, że ktokolwiek połączy się
z powiedzmy Full Tilt Poker będzie traktowany identycznie, jak ktoś,
kto odwiedza zakazane w naszym kraju i nie tylko witryny o tematyce
powiedzmy sobie faszystowskiej. Administratorzy w przypadku takiego
połączenia musieliby momentalnie alarmować właściwe organy
państwowe i pewnie CBA puka takiemu klientowi do drzwi w przeciągu
24 godzin.
Problem
z postawieniem sprawy w ten właśnie sposób jest całkiem prosty. Ile osób
gra w sieci, a ile osób włazi na portale o tematyce faszystowskiej?
To tak, jakby porównać napad na bank z pistoletem i jednym
magazynkiem z wybraniem się uzbrojonym w takie właśnie narzędzie
na wojnę z Iranem ... samemu.
Znacznie sceptyczniej do pomysłu podchodzi Komenda Główna Policji. Rzecznik Komendanta
Głównego Policji Mariusz Sokołowski powiedział, że oficjalne
stanowisko już powstało i wcale nie jest dla premiera przyjemne.
Nie zostało jeszcze upublicznione, ale zupełnie otwarcie mówią o
tym specjaliści Policji do walki z cyberprzestępczością. - Nie
da się zablokować ani monitorować wszystkich stron, które oferują
ruletkę. To będzie martwy przepis. I
z drugiej strony rzecz biorąc - Zakaz stworzy nową
przestępczość i zrobi przestępców ze zwykłych obywateli, którzy
lubią dreszczyk hazardu. Ściganie ich będzie dużo kosztować, a
skuteczność będzie znikoma. Co
więcej, policjanci twierdzą wprost, że znacznie lepszym
rozwiązaniem jest stworzenie prawa, które umożliwi funkcjonowanie
e-hazardu w Polsce.

hazardowa wejdzie w życie od 1 stycznia 2010 r. co również brzmi
jak science fiction. Chodzi przede wszystkim o vacatio
legis, czyli okres między
publikacją danego aktu prawnego, a jego wejściem w życie. Czas
vacatio legis nie jest
jakoś specjalnie określony w tego typu przypadkach, ale ma służyć
temu, aby obywatele mogli zapoznać się z takimi zmianami w prawie
oraz przystosować do nowej rzeczywistości. Aby było bezpiecznie
dla nowego pomysłu premiera, publikacja ustawy musiałaby się odbyć
najpóźniej 30 listopada, czyli miesiąc przed wejściem w życie.
Eksperci mówią, że nie ma na to szans. Redaktorzy portalu
Dziennik.pl Mikołaj Wójcik oraz Robert Zieliński są takiego
samego zdania i również nie zostawiają na pomyśle suchej nitki.
Gdyby premier jednak chciał dotrzymać słowa i popełnił błąd w
produkowaniu kolejnego legislacyjnego bubla, to możemy być pewni,
że branża hazardowa momentalnie odda sprawę pod rozpatrzenie
Trybunału Konstytucyjnego, a ten już raz pokazał rządzącym, co
to jest vacatio legis.
Miało to miejsce w 2005 r. kiedy Parlament przyjął nowelizację
ustawy PIT 18 listopada, została ona opublikowana 13 grudnia i ...
wyrzucona do kosza, ponieważ Trybunał orzekł, że vacatio legis
było zbyt krótkie.
Biorąc
te wszystkie prawne dywagacje na bok i zastanawiając się nad
ludzkim sensem wprowadzania tego typu ustaw, można się zawiesić,
jak Windows 98. Ludzie, którym przyszło to do głowy zupełnie nie
zwracają uwagi na to, co miało miejsce w innych krajach. Ustawa o
zakazie hazardu weszła w Niemczech oraz Austrii. Podobne regulacje
miały miejsce jeszcze w Szwecji oraz Holandii. Wszystkie te kraje
muszą tłumaczyć się teraz przed Komisją Europejską, zmieniać
przepisy, aby unikać wielkich kar, a pożytku praktycznie nie widać.
Przykładowo, pokerowa społeczność niemiecka rośnie z dnia na
dzień, pomimo tego, że jej nie wolno.
Jak
przeto wyglądałaby przyszłość po ewentualnym wejściu takiej
ustawy? Z całą pewnością nic by się nie zmieniło. Wyglądałoby
to mniej więcej tak, jak w USA, po wejściu UIGEA. Na początku
byłoby kilka spektakularnych aresztowań, kilku graczy posmakowałoby
miecza Urzędników Skarbowych, nieco graczy by się tego
przestraszyło, a następnie wszystko wróciłoby do normy. Różnica?
Ano taka, że grając w pokera, czulibyśmy się, jak przestępcy.