Z cyklu: The Men of the Game - Johnny Moss
Ojciec chrzestny. Nawet w tak atawistycznym świecie pokera, gdzie każdy wygrywa w swoich prywatnych mistrzostwach wszechświata, na widok Johnny'ego Mossa filcowały się kapelusze najtwardszych w starej branży i darzono go szacunkiem, na który, wydawać by się mogło, trudno by się w tamtych karcianych czasach zdobyć.
Nazwać Johnny'ego Mossa dobrym graczem to tak, jakby "solidny wokalista" powiedzieć o Franku Sinatrze. W czasach, które tylko z opowieści zna nawet Doyle Brunson, Moss nie był po prostu najlepszy. Był ikoną gry i wzorem pokerowych cnót (jeśli w kontekście ówczesnego pokera można użyć tego słowa) - w latach siedemdziesiątych nie musiał już niczego udowadniać. Wygrywał jednak przez całe życie.
The Biggest Game in Town
![]() |
| Johnny Moss w sosie własnym |
John Moss urodził się w 1907 roku w Marshall. Ówczesny Teksas niewiele różnił się naszych wyobrażeń o dzikim zachodzie - Cordell Walker mógłby co najwyżej stanąć na straży utylizacji zajeżdżonych klaczy. Johnny nauczył się gamblerki i oszustw w bardzo młodym wieku, zadając się z grupą karcianych szulerów. Nabytych umiejętności nie wykorzystał jednak przy stole, gdyż nie spieszyło mu się do przyjmowania "na klatę" rażących żądeł ozdobnych Coltów. W jednym z saloonów zatrudniony został jako swoisty "szef ochrony", będąc odpowiedzialnym za wychwytywanie oszustów. Legendy głoszą, że Moss, z fotografii znany nam jako dobry dziadzio, nie wahał się pociągać za spust. Na równi z brudnymi zagrywkami cwaniaków obserwował jednak czysto pokerowe zagrania, które wypróbowywał po godzinach.
W szybkim tempie począł przewyższać umiejętnościami okolicznych pokerzystów, wobec czego rzucił pracę i ruszył w podróż po Teksasie w poszukiwaniu akcji. Mimo, iż amatorów kart ścigali wówczas stróżowie prawa, a i wyjechanie z pieniędzmi z obcego miasta nie było prostą sprawą, Moss sukcesywnie budował bankroll, by w końcu wyjechać poza stanową granicę. Gdy w 1949 roku dotarł do Las Vegas i zapytał o grę w karty, polecono mu zgłosić sie do Benny'ego Biniona, byłego gangstera z Dallas, który stopniowo rozkręcał kasynowy interes, borykając się z problemami licencyjnymi. Binion miał dla Mossa godnego rywala - 66-letniego wówczas Nicka "The Greek" Dandolosa, niezwyciężonego mistrza i lokalną atrakcję zarazem.
Wokół "The Biggest Game in Town" urosło wiele legend i niektórzy wątpią nawet w prawdziwość tego wyjątkowego spotkania. Gracze rywalizowali podobno przez bite pięć miesięcy z krótkimi przerwami na sen i posiłki, byli otoczeni setkami obserwatorów i owładnięci żądzą zdobycia nieoficjalnego mistrzostwa absolutnego. W końcu Dandolos wypowiedział słynne "Mr Moss, I have to let you go", tracąc od 2 do 4 mln $, za które wówczas można było kupić wszystkiego po dziesięć. Dla "The Greeka" był to potężny cios. Pokerowo był skończony. Gdy pod koniec swego żywota tłukł 5 $ FL Draw i zapytany został: jak po tak bogatej historii odnajduje się w grze za grosze, odrzekł: "Hey, it's action - istn't it?". Nazwisko Mossa natomiast dotarło w każdy zakątek pokerowej Ameryki.
The Grand Old Man
| "WTF is this s**t?" |
Gdy w 1970 roku Benny Binion w swym Horseshoe Casino postanowił, na wzór Texas Gambling Reunion, zorganizować wyjątkową grę, w której o miano najlepszego w Five Card Stud, Deuce-to-Seven Draw, Razz, Seven Card Stud i Teas Hold'em rywalizować mieli najlepsi z najlepszych, nie mogło przy stole zabraknąć samego Mossa. Gdy po wielogodzinnej rozgrywce przyszło do wytypowania mistrza, każdy z uczestników nagrodził siebie, jednak jako "najlepszego po sobie" wszyscy wskazali sędziwego Johnny'ego. W kolejnym roku pod nazwą World Series of Poker po raz pierwszy rozegrano Main Event w formule freezout i obrońcy tytułu udało się zachować prymat, zgarniając przy tym nagrodę za zwycięstwo w evencie Ace-to-Five Draw.
Trzecie mistrzostwo świata no-limit Hold'em Moss zdobył w 1974 roku po pokonaniu w decydującej rozgrywce Crandella Addingtona. Legenda rosła; Moss posiadał niekwestionowany autorytet, wykorzystując swe doświadczenie i charyzmę. W kolejnych czterech latach do kolekcji dorzucił cztery tytuły ugrane w eventach stud, bezkonkurencyjny okazywał się także w "siedmiokartowcach" organizowanych w ramach Amarillo Slim Super Bowl of Poker.
Do swych ostatnich dni zachowywał godną podziwu trzeźwość umysłu. Swą ostatnią bransoletkę zdobył w 1988 roku w wieku 81 lat, zamykając swój imponujący dorobek WSOP na dziewięciu sukcesach. W 1990 roku potrafił zaliczyć jeszcze trzy finałowe stoły mistrzowskiego cyklu. Swój ostatni cash zaliczył w 1992 roku w wieku 85 lat! Jeśli w pokerze istnieją rzeczy magiczne i niepojęte, są nimi rivery z gwiazdką i pokerowa kariera wielkiego Johnny'ego Mossa.
Cztery dołki, dwie szóstki...
![]() |
| Add on? |
Życie podróżnika-pokerzysty w czasach historycznych chwał i triumfów schyłku dzikiego zachodu musiało obfitować w legendy. Moss znakomicie radził sobie także na kręgielni, w klubach bilardowych i na polach golfowych. Już w 1938 roku podjął rękawicę Titanica Thompsona, który w karty grywał z samym Arnoldem Rothsteinem, a w golfowej gamblerce nie miał sobie równych. Pewnego razu Johnny zaproponował sporo wartą partyjkę golfa pewnemu biznesmenowi. Przez długi czas Moss sromotnie przegrywał, grono jego stakerów było jednak na tyle niebezpieczne, że w razie ewentualnej klęski gotowe było zamordować w nieświadomości machającego kijem biznesmena i zwiać z pieniędzmi. Na szczęście dla rywala Moss w końcu począł mierzyć dokładniej i przeważył szalę triumfu na swoja stronę. Zaskoczony obrotem sprawy biznesmen rzekł: "Jest Pan najszczęśliwszym człowiekiem świata!", na co Moss, trzymający chwilę wcześniej w rękach jego życie, odparł: "Nie, to Pan nim jest...".
"Grand Old Man" często mawiał o sobie "frajer" bynajmniej nie ze względu na pokerowe leaki. Większość zarobionych przy karcianych stołach pieniędzy przegrywał na wyścigach konnych i w kości. Swego czasu przyznał, że w ten sposób stracił ponad 8 mln $. Dziś niewielu pokerzystów zna jego nazwisko; wie, kim jest ten facet w grubo oprawionych okularach, spoglądający z pierwszego zdjęcia pod sufitem Rio All Suite - kiedyś zagrać z nim było większym zaszczytem i przyjemnością niż iść z Monicą Bellucci na premierę "Maleny" w wariancie all-night all-inclusive. Bycie pokerową encyklopedią nic nie daje i żaden piłkarz nie będzie kopał celniej znając na pamięć królów strzelców drugiej ligi Bangladeszu, jednak na każdej płaszczyźnie warto znać właściwą biblię i wiedzieć, jak wygląda monstrancja, bo ignorancja jest podobno gorsza od głupoty.
Na koniec trochę historii udokumentowanej:
Next year, Mr Moss.
Piąte miejsce Johnny'ego. Na waciki.
Świetna robota!
Linki do wszystkich artykułów cyklu dostępne są w tym wątku.
by acebestini

