Zaktualizowano 03 mar 26 przez

Z cyklu: The Men of the Game - Jeff Lisandro

Ci, którzy myślą, że Jeff Lisandro "zaczął się" w 2009 roku, są w koszmarnym błędzie - gracz ten od lat już uchodził za jednego z najlepszych specjalistów cash na świecie i trzy lata temu potwierdził tylko swój skill turniejowy.

Dobranocka, poker i spać!

Oh, look! Marlon Brando over there!

Jeffrey Lisandro urodził się w 1966 roku w australijskim Perth, w famiglii włoskich imigrantów. Narodziny latorośli nie przeszkodziły państwu Lisandro w uskutecznianiu cotygodniowych pokerowych gierek, na które spraszali rodzinę i sąsiadów. Mały Jeff kołysał się pośród pustych opakowań po kartach, by w wieku pięciu lat stanowić dodatkowy target rozdającego, ku ogromnej uciesze pełnych, włoskich twarzy. Ale szkrab bardzo poważnie podchodził do pokera i w wieku ośmiu lat regularnie zgarniał żetony ojca, matki i wszystkich piątkowych gości państwa L., a cztery lata później zarabiał więcej, niż mogłaby mu dać jakakolwiek praca właściwa dla dwunastolatków (roznoszenie gazet, koszenie trawników).

Gdy Jeffrey skończył osiemnaście lat, mógł w duchu australijskiego prawa przejść na pokerowe zawodowstwo. Decyzja nie należała do łatwych, bo choć zdawał sobie sprawę, że na kartach zarobić może znacznie więcej, niż gdziekolwiek indziej, to jednak widmo downswingów i nieregularnych dochodów nieco odstraszało. Rozsądek - rozsądkiem: stanęło na pokerze. W latach osiemdziesiątych turniejowy poker w Australii właściwie nie istniał, wobec czego Jeff zagłębił się w tajniki nocnego życia Melbourne i gry cashowej. Wkrótce zdał sobie sprawę ze słuszności podjętej decyzji - zarabiał o wiele więcej, niż w którejkolwiek ze swych poprzednich, półetatowych fuszek.

Z grą turniejową Jeff zaczął romansować w połowie lat dziewięćdziesiątych. W swym debiutanckim w karierze turku dostał się na final table, jednak gdy po 10 godzinach gry odebrał czek na marne 2800 $, nie przekonał się do tego wariantu - wszak taką kasę przy stole cash mógłby zrobić w kilka minut. Po kilku mniejszych sukcesach w kasynach Austrii, Holandii, Rosji i Słowenii zadebiutował w końcu w World Series of Poker. Zaliczył dwa miejsca w kasie - w Razzie oraz swym koronnym PLHE, jednak na mistrzowską arenę nie powrócił aż do czasów pokerowego boomu.

Triple Stud Crown w jednym roku

Koszulina - klasa. Dla mnie też trzy, bez lodu.

Do 2003 roku turniejowy rekord Lisandro wynosił 27,5 tys. $, zgarniętych w wiedeńskim Austrian Classic 2002. Prywatną hierarchię Włocha zburzył na szczęście event Bellagio Five Diamond World Poker Classic, za zwycięstwo w którym odebrał on swą pierwszą "sześciocyfrówkę". W 2004 roku Jeff zaliczył dwa trzecie miejsca w grach WSOP, w tym w mistrzostwach świata Stud Hi/Lo. Kolejny rok przywitał zwycięstwem w Main Evencie Harrah's Lake Tahoe Poker Festiwal z nagrodą przekraczającą pół zielonego melona.

Rewelacyjny był dlań rok 2007, kiedy to zdobył swą dziewiczą bransoletkę w turku 1500 $ Seven Card Stud i został runner-up w mistrzowskim turnieju pot-limit Hold'em, ustępując jedynie Allenowi Cunninghamowi. Pięć lat temu znów zbliżył się do mistrzostwa - tym razem w NL Deuce-to-Seven Single Draw, gdzie w heads-upie nie sprostał Mike'owi Matusowowi. Jeśli jednak mówimy o rewelacjach - wszystko blednie przy magicznym dla Lisandro roku 2009.

Do czasu rozpoczęcia jubileuszowego, 40. World Series of Poker, Jeffrey był jednym z wielu posiadaczy jednej bransoletki w kolekcji. Po zakończeniu edycji cyklu odbierał nagrodę WSOP Player of the Year, gdyż został jednym z czterech graczy, którzy w jednym roku wygrali trzy eventy królewskiej serii. Pierwszy skalp trafił do włoskiej szkatuły po minievencie Seven Card Stud i pokonaniu w HU jednego z największych speców w dziedzinie siedmiokartowca, Rodneya Pardey. O wiele lepiej smakować musiał triumf w 10 000 $ Seven Card Stud Hi/Lo World Championship, do którego cztery dni później dorzucił sukces w Razzie. Zaledwie czterech graczy w historii może poszczycić się zdobyciem Triple Stud Crown, a Jeff Lisandro dokonał tego w jednym tylko roku!

Jednym z marzeń Jeffa była wygrana na ziemi, która go wychowała - jednak pomimo dziesięciu finałowych stołów na Crown Australian Poker Championship, APPT Sydney i Aussie Millions nigdy nie dane było mu wysłuchać "Aussie, Aussie". Sam Lisandro jednak już dawno temu powrócił do obywatelstwa przodków i zamieszkał w kampanijskim Salerno. Ostatnim wielkim sukcesem Lisandro było zdobycie piątego brejsletu WSOP - tym razem przy okazji eventu PLO w europejskim rozdziale cyklu. W tegorocznych zmaganiach World Series pokerzysta ugrał aż sześć miejsc w kasie w wyjątkowo wszechstronnym stylu, wliczając w to piąte miejsce w mistrzostwach Studa i 13. lokatę w The Poker Players Championship.

Iceman złodziejke?

"You callo mea thief, you lilo finocchio?"

Lisandro wiele lat temu zyskał przydomek "Iceman", ale ci, którzy liczą na to, że nadał mu go w podziwie dla mrożącego spojrzenia i zimnej krwi jeden z rywali, muszą przyjąć bardziej błahą otoczkę: od samego początku Jeff żuł gumę w trakcie gry, by ograniczyć tellsy. Pewnego dnia po raz kolejny ustawił się w kolejce do przykasynowego sklepiku po paczkę IceGum i jeden z ekspedientów krzyknął po prostu "O, jest i Iceman".

Jeffrey amatorom youtube'owych filmików kojarzy się z pewnością ze scysji, której razem z Prahladem Friedmanem był głównym bohaterem. Lisandro znany jest raczej z powściągliwości przy pokerowym stole i trzymania nerwów na wodzy, ale obok oskarżeń Friedmana o złodziejstwo ante nie mógł przejść obojętnie.

W 2006 roku na Jeffa spadła fala krytyki ze strony regularsów Bellagio's "Big Game" po tym, jak Włoch nie powrócił do gry po wygraniu kilku milionów dolarów. Słuszność żądnych rewanżu głosów jest raczej nie na miejscu, bo oczekiwania co do "zwrotu" pieniędzy i utrzymywania równowagi w pokerowym ekosystemie profesjonalistów niewiele mają wspólnego z ideą gry, ale do Lisandro przylgnęła na pewien czas łatka "tego obcego". Dziś ma on w dorobku pięć błyskotek WSOP i milionów na turniejowym koncie, więc najprawdopodobniej opinie otoczenia ma głęboko w swym zarobionym culo. Zresztą bardzo słusznie.

Na koniec trochę historii udokumentowanej:

Ladies and gents, let me introduce to you: AGGRESSION!

Trash talk: level hard.

by acebestini