Zaktualizowano 03 mar 26 przez

Z cyklu: The Men of the Game - Jack Straus

Niewielu z was pewnie kojarzy tego starszego pana - to niedobrze, bo anegdotami z jego pokerowego życia można by obdarować kilku innych graczy i każdy z nich miałby dzięki temu o wiele ciekawszy życiorys. Poznajcie Jacka Strausa!

4 rollz? 4 life!

Jack Jacyków w modnej akcji

Straus urodził się 16 czerwca 1930 roku. Nie mierzył jeszcze wtedy sześciu stóp i sześciu cali, dzięki czemu otrzymał później karciany przydomek "Treetop". Imponujący wzrost pozwolił mu w młodości osiągać koszykarskie sukcesy. Gdy na teksańskim uniwerku zdobył dyplom z zarządzania, nic nie wskazywało na to, że biznes, w który się zaangażuje, będzie tak różny od standardowych marzeń zdobywców A&M w College Station.

Jack oczekiwał od życia emocji, jakich nie da nawet brawurowe lawirowanie w gąszczu Wall Street. Dlatego też zaczął grać w pokera, co w owych czasach groziło utratą czegoś więcej, niż tylko pieniądze. O BRM w przypadku Strausa nie mogło jednak być mowy - często angażował w zakład wszystkie swoje pieniądze, i nie chodzi tu tylko o kasę, jaką akurat miał przy sobie. W 1970 roku formie Kansas City Chiefs w finale Super Bowl zawierzył cały swój majątek. Wygrał.

Gdy Las Vegas koronowało się na światową stolicę hazardu, Jack z miejsca ruszył na jego podbój. Rywalizował tam z największymi: Doylem Brunsonem, Johnnym Mossem, "Amarillo Slim" Prestonem i nawet w ich świadomości widniał jako nieustraszony bluffer i ultra-agresywny gracz, co w owych tight czasach wymagało szlifu opanowania. "Dostosował" się jednak i stał się jednym z najlepszych.

A chip and a chair

A w co ty potrafisz zamienić jeden żeton?

Swą przygodę w kasie World Series of Poker "Treetop" rozpoczął od 5 miejsca w Main Evencie w 1972 roku, co wówczas było jednak, delikatnie mówiąc, o wiele łatwiejsze niż dziś. Rok później zdobył on swą pierwszą bransoletkę w turnieju 3000 $ No Limit Deuce-to-Seven Draw, by w 1974 roku w turnieju głównym zająć trzecie miejsce. Prawdziwy, największy z możliwych sukcesów trafił go w wieku 52 lat na zakończenie 13 edycji mistrzowskiego cyklu.

Bardziej niż dzięki zdobyciu czempionatu, po który sięgnął pokonując w heads-upie Deweya Tomko, w pamięci potomnych pozostał Jack Straus z innego powodu. W pewnym momencie gry agresywny i zdecydowany "Treetop" nie po raz pierwszy przesunął na środek stołu wszystkie swoje żetony i... przegrał. Gdy zrezygnowany wstawał z myślą o kojącej szklaneczce brunatnego Jima okazało się, że jeden z jego żetonów skrył się przed rozdaniem pod serwetką, a że Straus nie wypowiedział zobowiązującego zaklęcia "all in" - pozwolono mu grać dalej.

Zaskoczony dryblas powrócił z drugim życiem na swoje miejsce i w szybkim tempie zaliczył kilka podwojeń. Po chwili był już liderem przy swoim stole, a na koniec dnia odbierał gratulacje z rąk Binionów za zdobycie tytułu. Prawdziwy rollercoaster, który stał się źródłem powiedzenia "a chip and a chair" i jednym z fundamentów legendy Strausa.

"Jeśli pieniądze są dla ciebie najważniejsze, zapomnij o no-limit Hold'em"

Partyjka, Johnny?

Kolejny z nich dotyczy blefu, którego nie powstydziłby się nawet kapitan Stopczyk na komisji weryfikacyjnej majora Walendy. Biorąc udział w jednej z gier cash no-limit Hold'em, Jack w standardowy, zgodny ze swoim zakresem sposób, podbił preflop z 72o. Przyjazny krupier wyłożył na board 7-3-3, co pozwoliło Strausowi uraczyć oponenta zakładem kontynuacyjnym. Zanitowany rywal odwinął się przebiciem, czym przedstawił się jako "gość z overparą". Mimo to "Treetop" sprawdził, a na dwójkę na turnie zareagował soczystym betem.

Zbity z tropu przeciwnik długo zastanawiał się nad decyzją i Jack postanowił mu dopomóc. Za cenę 25 $ zaproponował, że pokaże mu wybraną przez niego kartę. Zabawa rozpoczęła się, gdy rywal przystał na propozycję i odkrył dwójkę. Trudno przypuszczać, jakie myśli kłębiły się w głowie wielkiego Jacka, jedno jest jednak pewne - rozdanie to zakończył on po mistrzowsku, gdyż przekonany o tym, że Straus ma dwójkowego fulla, przeciwnik spasował swe karty.

Warto zrzucić króle na shorta? Czasem warto. Podczas jednego z turniejów Straus, jak to miał w zwyczaju, miażdżąco zdominował stolik. W obawie przed odpadnięciem na bubble'u wszyscy jego rywale grali wyjątkowo zachowawczo, co szaleńczo agresywny Jack wykorzystywał w każdym niemal rozdaniu. Gdy w końcu jeden z graczy zdecydował się na wsuwkę, Jack pozwolił postrzelać swoim kowbojom i sprawdził zakład. Później przyznał, że był to jego najgorszy call w karierze, gdyż rozbestwieni miejscem w kasie gracze odżyli i wyeliminowali mistrza na 5 miejscu, a gdyby zdecydował się on dalej punktować przerażonych villainów, w końcu, być może, zabrałby im wszystko.

Niektórzy twierdzą, że Straus wyprzedził swoją pokerową epokę. Uwielbiał grać wyjątkowo agresywnie i każdą chwilę poświęcał na raise i re-raise. Stworzył nawet swój pokerowy cykl Jack Straus World Match Play Championship, do gry w którym przyciągał swą serdecznością i gwarancją wysokich wygranych. Zmarł na serce w 1988 roku podczas pokerowego maratonu w Bicycle Casino w Los Angeles. W tym samym roku został włączony do pokerowej Hall of Fame. Niezależnie od tego pewnym jest, że Jack zrobił w swym karcianym życiu zbyt wiele, by można było o nim zapomnieć.

Na koniec trochę historii udokumentowanej:

Czyż ten gość nie budzi sympatii w chwili, gdy zdobywa mistrzostwo świata?

By przybliżyć blef stulecia, dziś trzeba odnieść się do gniota A.W. Vidmera.

To były czasy...

by acebestini