Zaktualizowano 03 mar 26 przez

Wszystko, co najlepsze

Mistrzostwo świata - w tych dwóch słowach zamyka się definicja ambicji absolutnej. Ale czy świat pokera wciąż wpisuje się w ten schemat?

Zdążyć przed Rio

Touching the sky

Sezon sportowy zamyka się w różnych ramach czasowych w zależności od dyscypliny. Po dość krótkim okresie, kiedy można było w końcu wypić małe piwko i nie odmówić babuni dokładki tak, jak nie zwykło się odmawiać kolejnej transfuzji, nadchodzi czas na rywalizację w Pucharze Świata, Lidze Mistrzów, Diamond League czy World Tourze. Każdy sezon zwykł posiadać w swym harmonogramie cykliczną imprezę docelową. Niekiedy czempionat rozgrywany jest rokrocznie, czasem na obronę tytułu (lub okazję do rewanżu) przychodzi czekać cztery długie lata.

Weźmy taką lekkoatletykę – jednego roku sportowcy ostrzą sobie zęby na mistrzostwa świata, w kolejnym przychodzi rywalizować w kontynentalnych zawodach w hali – wszystko w centrum wobec mniej lub bardziej opasłych mityngów. Jest jednak turniej, który wieńczy każdy wysiłek, najmniejszą kroplę potu czyniąc słuszną. Turniej, który stanowi najwyższą formę prestiżu, który najpełniej pozwala zapisać się w pamięci potomnych. To Igrzyska Olimpijskie, które oprócz oczywistej, stricte sportowej wartości, niosą ze sobą wyjątkową atmosferę, z którą – podobno – nic nie może się równać.

 

Paradise, NV - olimpijska wioska

Pucio henzap for "shuffle up and deal"!

Pokerowy kalendarz nie zna sezonowości – na straży upływającego czasu stoją jedynie następujące po sobie serie i cykle. Obok WCOOPów, SCOOPów, FTOPSów, iPOPSów czy PokerFestów karciany harmonogram oferuje mnóstwo eventów naziemnych – od marek UKIPT, Estrellas, Eureka, LAPT czy APPT po bardziej prestiżowe World Poker Tour i European Poker Tour z wisienką PCA. Jeśli jednak przyszło by wskazać karciane igrzyska, których magia wykracza daleko poza pieniądz – mianem tychże nie sposób nie nazwać World Series of Poker.

Stwierdzicie pewnie, że to za daleko, że okrutne opodatkowanie, że Stary Kontynent naszpikowany jest dziś tyloma eventami, że EV zza Oceanu wydaje się mikroskopijne. I słusznie – nie trzeba bukować lotu na McCarran, by zarabiać na pokerze i potwierdzać swoją wielkość. Czy jednak wśród marzeń każdego z was nie kryje się zwycięstwo w Main Evencie, zdobycie magicznej wręcz bransoletki i wzięcie udziału w święcie kart? WSOP przyciąga – to tam spotykają się najlepsi europejscy gracze, azjatyccy biznesmeni i amerykańscy profesjonaliści, wśród których znajdą się grinderzy ze wschodniego wybrzeża, meksykańscy i kanadyjscy emigranci online, wieczni rezydenci Vegas i leśni dziadkowie, którzy ze swoich nor wynurzają się tylko raz do roku – aby wziąć udział w pokerowej Olimpiadzie.

 

Tworząc historię

Kaplan, Baldwin, Ungar, Addington, Slim, Moss -
how sick is that?

Żeby nie było - ja sam od kilku już lat krytykuję zmiany zachodzące w organizacji mistrzowskiego przedsięwzięcia, czego wyraz znaleźć możecie choćby w tym artykule. Obniżanie wysokości wpisowego i coraz większe ograniczanie schedule w zakresie mniej popularnych odmian przyciąga ubogich w hajs i skilla amatorów kosztem zainteresowania ze strony najlepszych. Zaiste mamy trudne czasy, ale wszystko to deprecjonuje i tak coraz bardziej wątpliwą wartość bransoletki.

Jak bardzo w wyłącznie komercyjną stronę nie uciekłyby myśli organizatorów – to wciąż World Series of Poker: cykl z ponad czterdziestoletnią historią, gdzie tworzyły się legendy Doyle’a Brunsona i Ten-Deuce, Stu Ungara – jego triumfu, upadku i wielkiego come backu, „Orient Expressu” Johnny’ego Chana, Phila Hellmutha – cudownego dziecka, które wyrosło na „bachora pokera”, zielonej bejsbolówki Dana Harringtona, Scotty’ego „you call and it’s gonna be all over, baby” Nguyena czy wreszcie Chrisa Moneymakera, który właśnie na WSOP wstrzymał Słońce, poruszając Ziemię.

 

Who's next?

Witaj w nowym życiu!

To na przełomie maja i czerwca w Rio All Suite dzieje się to, co najważniejsze w turniejowej grze na żywo. Kto z was zna Joe Bartholdiego, który ugrał drugą największą nagrodę w historii World Poker Tour? Ilu słyszało o Glenie Chornym i Poorya Nazarim, którzy okupują podium EPT All Time Money List? A mówią wam coś nazwiska Jamie Gold i Joe Cada? No właśnie. Dlaczego najlepsi turniejowcy mogą przejść obojętnie wobec nie posiadania jakiegokolwiek skalpu, ale członkostwo w klubie „The best without a bracelet” przyprawia ich o smutna buzię? Dlatego, że fakt wyjątkowości serii WSOP nie ulega wątpliwości. To najważniejszy festiwal pokerowy na świecie i choćby tęgie głowy od harmonogramów oferować mieli świecidełka za garść Michałków, a azjatyckie serie – ośmiocyfrowe pule gwarantowane – marka czempionatu nie wyblaknie na tyle, by cokolwiek mogło przyćmić ją swym świeżym blaskiem.

Tegoroczne mistrzostwa, poprzedzone już kwietniowym preludium Asia-Pacific, rozpoczynają się 29 maja. Jak wielu będziemy mieli tam swoich reprezentantów? Trudno powiedzieć; cashe na WSOP w swoim dorobku mają już m.in. Marcin Horecki, Darek Paszkiewicz, Radosław Jedynak, Patryk Ślusarek oraz Grzegorz Derkowski i w mojej opinii to grono w tym roku się zwiększy. A czy Phil Hellmuth zdobędzie kolejny tytuł? Czy Tom Dwan udowodni, że potrafi grać także turnieje? Czy Calvin Anderson zaczaruje przeciwników również przy namacalnych stołach? I czy zagra Texas Dolly? Odpowiedzi na te pytania otrzymamy w przeciągu dwóch najbliższych miesięcy – a wy będziecie mogli poznać je, śledząc relacje na PokerStrategy.com.

by acebestini

//