"Gra o wszystko" - dobry film o pokerze z kiepskim obrazem samej gry
Jeśli zdecydujesz się wybrać do kina na nominowany do Oskarów "Molly's Game" - czekają cię mieszane uczucia podczas seansu.
Zaczęło się od książki

Nadeszła pora na recenzję tak wyczekiwanego przez środowisko pokerowe filmu - "Molly's Game" - który to film do polskich kin wszedł pod tłumaczeniem "Gra o wszystko". Jak widać, tłumaczenie tytułu filmu godnie kultywuje najlepsze tradycje polskiej szkoły tłumaczenia, zgodnie z którymi "Dirty Dancing" to "Wirujący seks", a "Die Hard" to "Szklana pułapka".
W Polsce książka (na podstawie której został napisany scenariusz filmu) autorstwa prowadzącej nielegalne gry pokerowe Molly Bloom wydana została dopiero kilka dni temu na fali zainteresowania filmem, jednak w USA i Wielkiej Brytanii wzbudzała zainteresowanie i emocje już od 2014 roku.
Molly Bloom, organizująca nielegalne rozgrywki pokerowe na najwyższe stawki, w których udział brały gwiazdy Hollywood, światowej sławy sportowcy i biznesmeni obracający setkami milionów dolarów, trafiła swoją książką "Jackpota" - w plotkarskiej kulturze zachodniej cywilizacji niewiele rzeczy jest wzbudzić takie emocje jak brudy i smaczki z życia celebrytów i bogaczy.
Było raczej pewne, że film zarobi na siebie i nie przyniesie strat - do kin oprócz "przypadkowych widzów" i kinomaniaków wybrać się mieli przecież czytelnicy książki oraz osoby zainteresowane pokerem.
Aaron Sorkin, bo to właśnie on odpowiada za reżyserię Molly's Game, przyłożył się jednak do pracy. Aaron specjalizuje się w ekranizacjach literatury faktu - na swoim koncie ma świetnie odebrane przez krytyków i widzów filmy, takie jak "The Social Network" i "Steve Jobs". "Molly's Game" to kolejny filmik do kolekcji opartych na prawdziwych wydarzeniach dramatów.
Doskonała obsada
Na film spojrzę z trzech punktów - z perspektywy kinomaniaka, z perspektywy osoby lubiącej oglądać filmy pokerowe i z perspektywy osoby, która chciałaby się dowiedzieć, co to takiego ten współczesny poker i czy naprawdę różni się od pokera grywanego przez degeneratów, pokazywanego w filmach o Dzikim Zachodzie.
"Molly's Game", jako film - wytwór sztuki - jest z pewnością solidny, ale nie jest arcydziełem. Przegadanie jest jego grzechem głównym - spora część filmu, to obrazki z przeszłości Molly, lub sceny z gier pokerowych, których narratorką jest Molly Bloom.
Jest to zrozumiałe, ponieważ będąca źródłem narracji książka, na podstawie której jest napisany scenariusz, gra istotną rolę w filmie. Film jest więc niejako trochę "audiobookiem".
Wykorzystując narrację z offu reżyser może też wyjaśnić błyskawicznie i w najprostszy możliwy sposób mechanikę rozgrywek pokerowych oraz przeprowadzić nas bardzo szybko przez pierwszą część filmu, będącą wprowadzeniem do historii Molly Bloom, tak by nie rozwlekać filmu (i tak dość długiego) o dodatkowe kwadranse.

Pomimo to, zbyt duża ilość narracji psuje lekko całościowe odczucia i sprawia wrażenie pójścia na łatwiznę.
Dzięki Bogu (a właściwie reżyserowi), grająca Molly - Jessica Chastain - nie tylko mówi, ale i pojawia się na ekranie! Jessica, podobnie zresztą jak i towarzyszący jej aktorzy - Idris Elba oraz Kevin Costner - daje w filmie fantastyczny pokaz umiejętności aktorskich!
Jessica daje sobie świetnie radę zarówno w scenach indywidualnych, jak i w duecie z Idrisem Elbą. Dynamika i chemia pomiędzy tą dwójką jest fantastyczna. Aż ciężko uwierzyć, że w związku z napiętymi harmonogrami ta dwójka spędziła razem na planie raptem tylko kilka intensywnych dni, w trakcie których zostały nagrane wszystkie sceny.
Równie dobrze ogląda się wspólne sceny Chastain z Kevinem Costnerem. Parafrazując (popularny pod naszymi artykułami o jednym z polskich profesjonalistów) komentarz - Kevin to jest jednak firma!
Costner pojawia się na ekranie tylko przez kilka minut, jednak w momentach w których go widzimy, pożera ekran i aktorów towarzyszących mu w ujęciu. Kevin swoją grą potrafi nawet wybronić najbardziej absurdalną scenę filmu - spotkanie z córką w zimowej scenerii (napisane ogólnikowo, by uniknąć spoilerów). Powtarzam: Costner - klasa sama w sobie!
Film został dobrze odebrany przez krytyków - oprócz niezłych ocen w gazetach "Molly's Game" dostało też nominacje do Złotych Globów (dla Najlepszego Scenariusza oraz dla Najlepszej Aktorki) oraz do Oskarów (dla Najlepszego Scenariusza Adaptowanego).
Poker to nudna gra przyciągająca złych ludzi (a przynajmniej według Sorkina)
Jak film wygląda z punktu widzenia fana pokera? Z pewnością gorzej. Wbrew oczekiwaniom, jakie miało wiele osób, poker nie jest tu, tak jak to było w "The Rounders" osią filmu, ale wyłącznie punktem wyjścia do opowiedzenia historii Molly.
Rozgrywki pokerowe pokazane są na ekranie przez kilka minut - kamera skupia się na graczach, a nie na kartach. Możemy więc obserwować przebieg (oczywiście nie w całości, ale raczej ogólny - ze skupieniem na showdownach) wyłącznie dwóch-trzech rąk.
Czemu tak jest, wyjaśnia trochę wywiad, jakiego udzielił Aaron Sorkin. Reżyser filmu po prostu... nie lubi pokera i uważa go za nudną grę! Wyjaśnienie okazuje się więc banalne.
Tak samo jest banalne wyjaśnienie dla faktu, dlaczego gracze przy stolikach w filmie wyglądają realistycznie - jako "ekstrasi" do scen pokerowych zostali zatrudnieni zawodowi pokerzyści. Ciekawym faktem jest, że to właśnie oni okazali się najlepiej opłaconymi aktorami na planie, ponieważ w przerwach pomiędzy kręceniem scen grali w pokera na prawdziwe pieniądze z aktorami i członkami ekipy.

No i w końcu przechodzimy do części filmu, być może najciekawszej, jednak i niezbyt pochlebnej dla samego pokera - do pokazanych w filmie uczestników gier high stakes u Molly.
Uczestnicy gier, bohaterowie (a właściwie anty-bohaterowie) przypominają trochę postacie z "Wilka z Wall Street" - party boys dla których liczy się tylko kasa i zniszczenie przeciwnika. W "Wilku z Wall Street" bohaterowie mieli jednak rys człowieczeństwa, który powodował, że dawali się lubić i można było nawet im kibicować. Jednak tuzy z Los Angeles i Nowego Jorku grające w karty na wysokie stawki w filmie pokazani są jako banda absolutnych denegeratów, psychopatów i oszustów.
Chyba żaden z uczestników rozgrywki nie jest pokazany tak, by wzbudzić jakiekolwiek pozytywne emocje. Nawet ci "sympatyczni" ostatecznie okazują się hazardzistami-degeneratami lub oszustami. Poker w "Molly's Game" jest pokazany jeszcze bardziej negatywnie, niż było to w filmach sprzed wielu lat!
Z reguły w filmach, nawet jeśli stolik był okupowany przez hazardzistów, to i tak mieliśmy kogoś, za kogo trzymaliśmy kciuki podczas rozgrywek - pozytywnego bohatera (najczęściej głównego bohatera filmu).
W "Grze o wszystko", jak w pamflecie napisanym przez przeciwnika, poker to gra wyłącznie dla nabuzowanych testosteronem samców alfa, w której chodzi o absolutne zniszczenie przeciwnika (nie tylko przy stoliku, ale i jego życia poza stolikiem).
Nie jest to film, na który można wziąć dziewczynę, którą chce się przekonać, że "poker nie jest zły, to praca jak każda inna".
Czy warto iść do kina?
Warto - "Molly's Game" to kawałek solidnego materiału filmowego. Czy warto z kimś spoza środowiska pokerowego, komu chcemy pokazać pokera? Nie! Na seans z taką osobą lepiej wybrać "The Rounders".
Trailer
- GATUNEK: Biografia, Dramat, Kryminał
- OCENA IMDB: 7,6
- OCENA POKEROWEGO NERDA: Set - A Q Q Q 2
- AKTORZY: Jessica Chastain, Idris Elba, Kevin Costner
- ROK PRODUKCJI: 2017
- CZAS TRWANIA: 2 godziny 20 minut