Zaktualizowano 03 mar 26 przez

Amerykanie mądrzeją?

Wygląda na to, że Amerykanie poszli po rozum do głowy i kongresman Barney Frank zaczyna dopinać swego. W piątek udało się wygrać pierwszą bitwę z UIGEA.



Ogromne ilości gorzkich słów
usłyszeli pod swoim adresem panowie i panie z administracji George'a
W. Busha, gdy w życie wprowadzono Unlawful Internet Gambling
Enforcement Act
(UIGEA). Ustawa była jednym z najsprytniejszych
posunięć legislacyjnych godzących w hazard on-line. Bezpośrednio
nie zakazywała żadnemu Amerykaninowi grać w internecie, ale
zakazywała mu dokonywać wszelkich transakcji finansowych z
podmiotami, które organizowały wszelkiego rodzaju rozrywki
hazardowe w sieci. W efekcie tego, żyjący zgodnie z prawem
mieszkaniec USA mógł sobie pograć w pokera na wirtualne pieniądze.

Odpowiedzialność za transakcje
internetowe miała 1 grudnia tego roku spaść na instytucje
finansowe, czyli banki oraz kompanie kart kredytowych. Miały one
zakaz przeprowadzania operacji finansowych między obywatelami USA
oraz firmami organizującymi hazard internetowy.

Barney FrankTo tego
jednak nie dojdzie. Department of Treasury oraz Federal Reserve Board
ogłosiły w piątek, że data totalnego wejścia w życie UIGEA
została przesunięta o 6 miesięcy i wejdzie w życie dopiero 1
czerwca 2010 r. Wszystko przez projekt ustawy Barneya Franka (na zdjęciu po prawej)
oznaczony numerem wykonawczym HR 2267, który ma uregulować prawnie
kwestię hazardu on-line i zamiast przestępców, ma generować spore
zyski z opodatkowania procederu.

Jak się okazuje w Stanach
Zjednoczonych przepchnięcie ustawy nie jest tak proste, jak u nas i
całkowite uporanie się z UIGEA oraz wstawienie jej do lamusa może
zająć aż rok. O takim czasie mówi Barney Frank zapytany, kiedy
jego projekt zacznie normalnie funkcjonować.

Frank wcale nie
jest jakimś zagorzałym zwolennikiem hazardu, czy fanatycznym
pokerzystą. Prawdę mówiąc nie ma on zbyt wiele czasu, aby
pogrywać sobie w sieci. Kongresman jest po prostu dobry w liczeniu i
może popisać się sporą dozą zdrowego rozsądku. Jego główny
argument można usłyszeć przy okazji większości rozmów na temat
polskiej ustawy hazardowej. Mianowicie - po co odmawiać sobie
znacznych wpływów do budżetu państwa i robić przestępców ze
zwykłych ludzi, którzy lubią się przez chwilkę poczuć, jakby
grali w Las Vegas nie wychodząc przy tym z domu.

Amerykanom
zrozumienie tego argumentu zajęło bez mała dwa lata. Pytanie
oczywiście nasuwa się momentalnie - czy jeżeli ustawa hazardowa
premiera Donalda Tuska przejdzie przez Trybunał Konstytucyjny, to ile zajmie
politykom zrozumienie jej absurdalności? Polacy zawsze byli znani z
tego, że nie potrafią uczyć się na błędach innych. Premier Tusk
powinien zainteresować się nieco tym, co dzieje się na świecie i
przemyśleć jeszcze raz zalegalizowanie hazardu internetowego w
naszym kraju. Pytanie tylko, czy moherowe lobby nie jest silniejsze u
nas, niż umiejętność liczenia oraz zdrowy rozsądek.