Życie po WSOP
Nazywam się Johnny Kowalsky. Jakiś czas temu wygrałem dużo pieniędzy na World Series of Poker. I co dalej z tym fantem zrobić?
Tak konkretnie to zaszedłem bardzo daleko w jednym z eventów. To znaczy byłem najlepszy w jednym z głównych turniejów. A co tam, nie było was tam! Wygrałem Main Event! Zresztą mniejsza o to, co wygrałem. W każdym razie mam kasę i będę (jestem?) sławny.
Nie będę wam truł o tym, jak to World Series of Poker odmieniło mój los. "WSOP może zmienić twoje życie" - filozoficznie myśl tak głęboka, jak jeszcze niedawno dziura na koncie Full Tilt Poker. Pewnie, że może zmienić życie! Dzięki Kapitanie Oczywisty! Trudno, żeby nic się nie zmieniło, jak się wygrywa setki tysięcy albo miliony dolarów.
W każdym razie chwilowo mam te setki tysięcy albo miliony dolarów. W telewizji o mnie mówili. Wywiady, błyski fleszów, blichtr. Teraz to już będzie z górki. Tylko, że świat mi trochę zawirował i nawet już nie wiem, gdzie dół, a którędy wciąż do góry.
Być jak...
![]() |
|
| Na to, co z niektórych wyrośnie, trzeba jeszcze poczekać. |
World Series of Poker to tysiące ciekawych ludzkich historii. I stoi za nimi coś więcej niż tylko ckliwa wstawka w relacji ESPN, że ktoś gra dla swojej matki, która dwa miesiące temu zmarła na raka. Wybaczcie chwilowy cynizm. Chodzi bowiem o coś więcej - o historię tego, jak potoczyły się losy danego człowieka zdefiniowane przez występ na WSOP.
Pierwsi na myśl przychodzą zwycięzcy Main Eventu w erze Forsotwórcy, ale nie poświęcę im dużo miejsca. O samym Moneymakerze dwadzieścia osiem filmów zrobili, robią dwudziesty dziewiąty, to z samych filmów wiadomo, jak było. Analiz tego, co osiągnęli byli czempioni, nie brakuje.
Można być jak Jerry Yang. Pokerzysta z niego przeciętny, ale szczęśliwy turniejowy strzał przyniósł mu ponad 8 baniek, a on sam właściwie odszedł od stołów. Można być pokerzystą nieprzeciętnym, jak Peter "nie będę grał w pokera - będę grał w pokera" Eastgate, ale trzeba mieć wszystko w głowie poukładane, bo presja daje się we znaki. Można też rozbłysnąć, po czym stopniowo przygasać, jedynie sporadycznie o sobie przypominając jak Greg Raymer czy Joe Cada. Właściwie tylko Jonathan Duhamel pokazuje, że stać go będzie na coś więcej niż zwycięstwo w jednym turnieju. No i jest jeszcze jeden antywzór - Jamie Gold.
Tak na marginesie - ciekawe, że rzadko słyszymy opowieści pod tytułem "występ na WSOP zrujnował mi życie". Pytanie, czy wszyscy wiodą egzystencję długą i szczęśliwą, czy wizerunkowo to by źle wyglądało i takie przypadki nie są nagłaśniane?
Nie sposób omówić wszystkich historii. Ba, opisanie kilku sprawiłoby, że tekst ten stałby się nieznośnie długi. Opowiem wam więc tylko o dwóch osobach, które biorę za przykład. Historie te dużo mówią o tym, jak ważne jest przemyślane działanie i pomysł na samego siebie. To nie jest standardowy podział na linii sukces-porażka. To po prostu ciekawy kontrast.
Szczęśliwa trzynastka
Gdy rozmyślałem o byłych mistrzach WSOP celowo pominąłem jednego, z roku 2005. To był rok Josepha Hachema. Australijczyk niewątpliwie odniósł sukces, który wytrzymał próbę czasu. To jednak nie będzie opowieść o nim, a o dwóch innych uczestnikach tamtego turnieju.
Pierwsza z historii zaczyna sie w miejscowości Wayland leżącej niedaleko Bostonu. Jest rok 2004 i jeden z jej mieszkańców, Amerykanin koreańskiego pochodzenia, właśnie stał się kolejną ofiarą Moneymakermanii. W pokera grał właściwie od zawsze, ale teraz pomyślał: "Skoro on mógł, to czemu nie ja". Pewnego dnia po treningu tenisa zasiadł do komputera i udało mu się wygrać satelitę online do turnieju głównego WSOP 2005. Odwożąc go na lotnisko, jego żona spytała, czy ma szykować imprezę na jego powrót. Odpowiedział: "Jeśli wygrana będzie miała sześć cyfr, balujemy". Impreza najwidoczniej była im pisana.
Kolejne dni Main Eventu mijały, a nasz bohater cały czas był w grze. Gdy do ustanowienia finałowego stołu brakowało już tylko czterech eliminacji, wydarzyło się to (pierwsze dwie minuty filmu):
Bernard Lee, bo o nim mowa, odpadł na 13. miejscu WSOP Main Event 2005. Odpadł w okolicznościach, jeśli weźmiemy po uwagę stawkę, wyjątkowo paskudnych. Po takim bad beacie, w takim momencie najważniejszego turnieju na świecie może się odechcieć grać w pokera. Lee wygrał wtedy 400 000 $, ale czymże jest ta suma wobec 7,5 mln $, które zgarnął tego roku Hachem? Jednak w tym momencie dochodzimy do meritum.
![]() |
|
| Bernard Lee |
Po WSOP szczęśliwy pechowiec napisał 10-odcinkową serię bloga o swoich przeżyciach dla PokerStars. Zaczął być felietonistą pokerowym "Boston Herald" (jest nim do dzisiaj). Publikował też na ESPN.com i w magazynie "CardPlayer". Od 2009 r. współprowadzi program ESPN "Inside Deal". Jest także gospodarzem audycji "The Bernard Lee Poker Show" w radiu AM. A to tylko część z jego pokerowych zajęć. Lee bywa więc określany "najbardziej zapracowanym człowiekiem w pokerze".
Bernard Lee jest człowiekiem wykształconym (ma za sobą m.in. Harvard) i pracował w firmie produkującej sprzęt medyczny. Nie dał się ponieść fali sukcesu. Odszedł z pracy dopiero w 2007 roku. Stał się dziennikarzem pokerowym, ale też cały czas pracował nad swoimi umiejętnościami. Dziś na koncie ma prawie 2 mln $ wygranych turniejowych. Podjął on szereg przemyślanych wyborów i wykorzystał swój potencjał, a także szansę, jaką postawiło przed nim WSOP: "To niesamowite, że mogę z tego żyć. Myślę o pokerze cały czas i kocham tę grę. Byłem fanem najlepszych pokerzystów na świecie, a teraz to moi przyjaciele".
Nie tak szczęśliwa dwójka
![]() |
|
| Steve Dannenmann |
Zająć drugie miejsce w turnieju to zająć bodaj najgorszą (obok bubble boya) pozycję. W 2005 roku ten zaszczyt przypadł Steve'owi Dannenmannowi. Nagroda pocieszenia była jednak niezwykła - 4,25 mln $. Musiał się nią co prawda podzielić ze swoim przyjacielem, który złożył się na wpisowe, ale to i tak całkiem niezły wynik, jak na "czwartego najlepszego gracza w swoim home game" (słowa samego Steve'a).
Podczas turnieju Dannenmann wzbudzał niemałe zainteresowanie. Wiele osób było zafascynowanych jowialnym księgowym idącym w ślady kolegi po fachu z Tennessee, który każdego dnia opowiadał siedzącym przy stole rywalom, jak to świetnie się bawi na WSOP. Bawić musiał się faktycznie wyśmienicie. Wypłata liczona w milionach dolarów piechotą nie chodzi.
Jednak po World Series of Poker 2005, nic z tym kapitałem nie zrobił. W każdym razie w sensie pokerowym. Pojawia się od czasu do czasu na turniejach, ale jest raczej kimś w rodzaju ciekawostki. Tak było np. podczas ostatniego WSOP Europe, gdy w jednym z Eventów usiadł przy tym samym stole z Joe Hachemem. Ot, okazja dla relacjonujących dziennikarzy do przekazania zabawnego zrządzenia losu.
Wybrać drogę
![]() |
|
Nazywam się Johnny Kowalsky. Jakiś czas temu wygrałem dużo pieniędzy na World Series of Poker. I co dalej z tym fantem zrobić?
Historie takie jak Steve'a Dannenmanna i Bernarda Lee są interesujące w swoim braku skrajności. Pokazują jakie możliwości stwarza World Series of Poker. Minęło już 7 lat od momentu przełomowego w ich życiach. Ten pierwszy nie kuł żelaza póki było gorące, ale zapewnił sobie spokojny żywot. Ten drugi nie został supergwiazdą pokera, ale niejeden kochający tę grę chciałby być na jego miejscu.
WSOP to nie tylko zwycięzcy Main Eventu. To historie tysięcy graczy, którzy dzięki medialnej otoczce dostają dodatkową szansę. Dennis Phillips (3. miejsce w ME WSOP 2008) odpowiedział swego czasu na pytanie, co się zmieniło w jego życiu po sukcesie na festiwalu pokerowym w Las Vegas: "Kiedyś nie miałem nawet paszportu, obecnie pokonuję ponad 300 000 km w ciągu roku". "Potencjał" wydaje się być słowem-kluczem w przypadku World Series of Poker.
Teraz ja mam swoją okazję. Co poradzicie? Załatwienie przyziemnych potrzeb kupienia domu, samochodu i pojechania na wakacje? Inwestycja? Zaplanowanie kariery? Co się robi, gdy wygrywa się setki tysięcy, a może miliony dolarów?
by kennajj
//



