Zaktualizowano 03 mar 26 przez

Łyżka dziegciu w beczce fantazji

Dziś po raz kolejny pociągam za sznurki relacji damsko-męskich, lecz te przecież znaczą wystarczająco dużo, by o nich mówić. Bez względu na to, czy kładzie się tynki, kwity pod kuroniówkę, czy "małą w ciemno".

W napisanym przeze mnie kilka tygodni temu felietonie o damsko-karcianych starciach urodziłem bolesną konstatację, że w ogromnej większości przypadków życiowy drink, przyrządzony z miłości do kart i do kobiety, okaże się koktajlem Mołotowa; tym częściej, im bardziej będziemy chcieli pogodzić obie składowe: wydłużyć dobę, wyzbyć się snu, wyhodować swego klona.

Finalny wniosek brzmiał wówczas tak: "Zaprawdę jednak objawię wam pokerowy aksjomat: szczęśliwy ten, który ma czas na życie prywatne i karty; błogosławiony ten, kto w karty wygrywa, kocha i jest kochanym". Otóż to. Na pytanie sondy Diagnozy Społecznej z 2011 roku "Czy jest pan/pani szczęśliwy/a?" twierdząco odpowiedziało ponad 80% badanych. A ilu mamy błogosławionych? Powiedzmy - średnio tysiąc na pontyfikat. Różnica jest znaczna.

Sęk jednak w tym, że jeśli już znajdziemy kobietę, która z umiłowaniem przynosić nam będzie w trakcie sesji frykasy i, masując nam czule kark w przerwie final table, rozkmini z nami co ciekawsze rączki - wcale nie będzie to znaczyć, żeśmy Pana Boga objęli w kolanach. How come? Już piszę...

Razem, znaczy osobno

It's weird... Why do they play
in the kitchen?

Pozornie trudno tu o lukę: my kochamy kobietę i poker, ona kocha pokera i nas. Do pełni ekstazy brakowałoby tylko, by karty odwzajemniały naszą miłość w każdym kluczowym spocie - wtedy bylibyśmy jak Bonnie Parker i Clyde Barrow, Mickey Knox i Mallory Wilson w "Urodzonych Mordercach" czy Clint Eastwood i Magnum 44 w "Brudnym Harrym". Ci, którzy wielokrotnie zagryzali wargi pośród ataków drugiej połówki w momencie najlepszego deepowania na świecie oraz ci, którzy bezskutecznie próbują przekonać swe Kwiatuszki i Słońca do akceptacji pokera jako gry dla dużych chłopców z zasadami, rozmarzyli się pewnie teraz na wers o trójkąciku z kartami w roli głównej. I słusznie, bo pachnie Arkadią. Wujek Benek przed weselem pachnie Guccim, a  o czwartej nad ranem mokrym psem i zjełczałym masłem. Tak może być nie tylko w przypadku rodziny spod Sanoka.

Weźmy przykład, który dla wielu jest docelowym: duży, choć przytulny pokój; ona i ja - razem cztery monitory; mamy wystarczająco prywatności, by skupić się na grze, ale wystarczy lekki ruch, by chwycić się za ręce. Znów ma trudny spot... "Jest FE, wsuwaj!". A gdy przyjdzie już jakiś ship, kochamy się namiętnie na ogromnym łożu; jest szampan, bita śmietana i truskawki, dla hardcore'owców - White Russians i worek koksu. Cudo. Ale obok tych idyllicznych chwil przemyka codzienność, a ta jest nieprzejednana i mnogość bolesnych przypadków każe uznać za prawidło fakt, że wspólne "miejsce pracy" małżonków często przyczynia się do krachu związku niezależnie od tego, czy ma się wspólnego, zmaterializowanego szefa, który ślini się do dekoltu małżonki, a nam niesprawiedliwie obcina pensję.

Różny charakter pracy najczęściej określa się jako "zdrowy" dla zachowania harmonii w partnerstwie. Podczas gdy na pierwszy rzut oka wydaje się, iż "ta sama fucha" zapewni mnóstwo wspólnych tematów do rozmów i najpełniejsze z pełnych zrozumienie siebie, tak po pewnym czasie zaczyna być nieprzyjemnym ciężarem, który zamiast rozwiązywać w pasji języki - knebluje je w gęstej ciszy. Prosta wymiana "codzienności", poznawanie nieznanego i oderwanie się od własnej rzeczywistości mają ogromne znaczenie dla powodzenia w związku nie tylko według AceBestiniego - to prastary pewnik, zapisywany w kolejnych tomach psychologów, speców od nauk społecznych i lwów-starowiczy. Wreszcie - to także "odpoczynek" od partnera, niezwykle potrzebny - choćbyście nie wiem jak bili w czambuł, że wy ze swym Misiaczkiem to zawsze 24/7.

Oczywiście - są wyjątki; są pary, które latami potrafią przyjemnie trawić wspólną pasję, niejednokrotnie poświęcając życie na osobliwą "samorealizację w duecie". Dla większości jednak najzdrowszym rozwiązaniem jest powrót z pracy do domu (choćbyśmy pracowali w pokoju swego królestwa) i albo trzeźwiąca wymiana "jak ci minął dzień?", albo całkowite oderwanie się od myśli związanych z wykonywanym zawodem po kłótni z dyrektorem, niezrealizowaniu planu, bad beacie czy downswingu. Jak to się nazywa? Świeżość. Jeśli uważacie, że nie jest potrzebna, polecam poweselny powrót z wujkiem Benkiem.

Gimme the loot!

Dobra, stejknę Cię na tym mikro, mój łysolku.
90% profitu dla mnie.

W sytuacji, w której w końcu udaje się zachęcić naszą miłość do gry w karty, możemy czuć się jak po przejściu questa Demolition Man w GTA Vice City. Jesteśmy nauczycielem, królem, specjalistą, i w iście mentorskim - pełnym mądrości i czułości zarazem - stylu instruujemy naszą zagubioną owieczkę w stawianiu pierwszych kroków w świecie guzików czy suwaka. Dla niej jesteśmy prywatnym zwycięzcą Main Eventu. Czterokrotnym. Czyż to nie piękne? Pewnie tak - wszak podobno w męskiej naturze leży, by wychodzić na polowania i zarabiać pieniądze, kobieta natomiast powinna wspierać nas i obmywać rany, ewentualnie bawiąc się w pracę. Nie kręcić głowami - taka prawda. Co jednak, gdy zabawa ta zaczyna być całkiem poważna?

W końcu nauki mistrza okazują się dla ucznia niewystarczające. To jednak mistrz nadal ucznia instruuje - "obejrzyj ten film, odwiedź tę stronę, zabiorę cię na tamten trening"... Aż nadchodzi dzień sądny - oto my zmagamy się z wycieńczającym downswingiem, podczas gdy nasza połóweczka robi właśnie wynik życia. Jak tak dalej pójdzie, będziemy musieli zejść na NL50, a ta mała rybka, która tak niedawno straighty liczyła na palcach, przeobraziła się w shotującego NL200 rekina. Finał będzie pozbawiony męskiego happy endu: powoli będziemy psychicznie grzęznąć, ona natomiast zacznie zarabiać więcej, niż my w najlepszym dla nas okresie.

Nie będziemy już nauczycielem, królem i specjalistą. Możliwe, że wielu z was nie uzna tego za porażkę, a za wasze (twoje i jej) wspólne zwycięstwo. OK - a teraz wyjmijcie z worka swoją męskość i odpowiedzcie raz jeszcze. Chcemy czy nie - tacy właśnie jesteśmy, taka jest samcza natura, która, choćby maskowana była tolerancją, wyrozumiałością, męską łzą, kremem na zmarszczone czoło i unisexowymi kurteczkami - naturą pozostanie. Można próbować się odnaleźć. Ba! - można niekiedy odnaleźć się w 90%, lecz nic nie będzie takie, jak przedtem, gdy byliśmy nauczycielem, królem i specjalistą....

Zombie spod "piątki"

"Chyba nie zamierzasz teraz, po trzech dniach, raptem
jeść? Supernova sama się nie wybije!"

Na koniec rzecz może najmniej istotna i niemal abstrakcyjna, ale także stanowiąca łyżkę dziegciu w tej miodowej, karcianej sielance wyobraźni. Jeśli jesteście już w pokerowym związku, warto pamiętać, by nie stracić kontaktu ze światem. To może wydawać się mało prawdopodobne, bo choćbyście dzień w dzień grali nocne sesje, to w końcu wyjdziecie na miasto i wybierzecie się do mamci na świątecznego makowca. Jeśli nie mamy tzw. koreańskich skłonności i nie jesteśmy gotowi umrzeć przy monitorze i trafić do nieba dla no-life'ów, to jeszcze wcale nie oznacza, że zachowamy wieczny balans.

Kontakty międzyludzkie są elementarną składową naszych potrzeb i właśnie dlatego nie ograniczamy ich do telefonicznego zamawiania pizzy i przyglądania się przez judasza gościom spod znaku Jehowy. Sytuacja, w której kontakty te możemy ograniczyć do stanowiącej pół naszego życia ukochanej, która, tak jak my, dwanaście godzin na dobę pracuje nad skoliozą, sprawić może, że po pewnym czasie staniecie się społecznie samowystarczalni. W owym punkcie z pewnością nie będziecie tego żałować, ale czy dziś w szklanej kuli chcielibyście zobaczyć taką przyszłość?

Podsumowując chciałbym podkreślić, że lektura tego tekstu wcale nie powinna pociągnąć za sobą wniosków, że pokerowy związek to zło najczystsze i bezpieczniej jest słuchać narzekań lub odinstalować oprogramowanie i wziąć się za robotę. Nie - to jedna z najlepszych opcji, warto jednak po prostu mieć się na baczności, bo karty zmarnowały życie nie tylko wielkim Szu i nie tylko gamblerka na Omaszce może nas skrzywdzić. Odważnym - powodzenia, miękkim można już tylko współczuć.

by acebestini