Zaktualizowano 03 mar 26 przez

Nieoficjalny zlot PokerStrategy – relacja

Przedstawiamy Wam relację z nieoficjalnego zlotu PokerStrategy, który w ubiegły weekend odbył się w Krakowie. Oj, działo się! Zapraszamy do lektury.



Na początku może wyjaśnię, jak powstało to dość długie opowiadanie. Otóż zawiera się w nim relacja z całej imprezy autorstwa Śrubki, oraz opis turnieju z mojego punktu widzenia. Dla ułatwienia tekst Śrubki jest wyróżniony kursywą.

Piątek
Do Krakowa zajechaliśmy z Kopolandem koło 19:20. Z dworca odebrał nas Lesioo, po czym udaliśmy się do BullPubu, gdzie już od kilku godzin EnT miażdżył na miejscowych cash'ówkach. Kiedy przybyliśmy na miejsce, towarzystwo było już w całkiem niezłych humorach. Można było to wywnioskować zarówno po uśmiechach na twarzach, jak i całkowitym braku ogarnięcia przy stole: podglądanie sfoldowanych kart, pokazywanie swoich kart "sąsiadom" będąc ciągle w grze i wiele innych 🙂 Ponieważ stolik był pełny, ja wraz z Kopolandem i Lesiem "otworzyliśmy" swój cash game dealer choice NL10. Po ok. 2 godzinach niezłego śmiechu i przekazywania sobie nawzajem żetonów (dzięki nieco gamblerskim odmianom pokerka), dołączył do nas Xandrix, aby omówić sobotnie spotkanie. Nie zajęło nam to zbyt wiele czasu, przez co temat zaczął schodzić na odmienny tor.

Niestety, wkrótce Lesioo i Kopoland opuścili nasze towarzystwo, udając się na inne "imprezy". Jako organizatorzy tego małego przedsięwzięcia postanowiliśmy integracyjnie napić się napojów wysokoprocentowych. Pełna kultura obowiązkowa: schody, plastikowe kubeczki, sok oraz wódeczka. Wysublimowanym i na niebywałym poziomie rozmowom nie było końca. Dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o Encie oraz Xandrix'ie, o krakowskim świecie pokerowym i bogatych małolatach ubóstwiających oddawać ciężko zarobione przez swoich rodziców pieniążki przy pokerowych stolikach. Niespodziewanie naszą dyskusję przerwał patrol miejscowej Policji. Szybko podjęta decyzja o schowaniu butelki uchroniła nas przed utratą kilku buy in'ów na NL100. Po standardowej procedurze spisania danych udaliśmy się w inne miejsce, aby pogrążać dalej nasze umysły w rozmowie i upojeniu alkoholowym. Ze względu na nagłą niemoc, skierowaliśmy się do ciepłego mieszkania Xandrixa, gdzie mężczyźni zasiedli do gry HU, a kobieta poległa w łożu, aby nabrać sił na nadchodzącą imprezę integracyjną.

asy
W turnieju nie brakowało rozdań rodem z PokerStars

Sobota
Do Sports Pubu niestety lekko się spóźniłam. Gdy dotarłam na miejsce, sala była już wypełniona pokerzystami pochłoniętymi rozmaitymi konwersacjami. Chwilę później rozdano żetony i rozpoczęła się gra. Nie będę pisała, kto kiedy odpadł, gdyż nie zwracałam na to zbytniej uwagi (pamiętam tylko, że pierwszy odpadł Encik). Najważniejszy był klimat panujący przy stolikach i możliwość porozmawiania z osobami, które zna się tylko dzięki dobrodziejstwom Internetu. Było kilka debiutantów gry live: Lesioo i Kopoland bardzo dobrze poradzili sobie zamieniając "myszkę" i monitor na prawdziwe karty i żetony. Parę dość ciekawych akcji w grze, gdzie na pewno warto wspomnieć o magicznej karecie Walderama.

W sobotę rano obudził mnie kac po piątkowym balowaniu z przyjaciółmi ze studiów. Gdy już jako tako doszedłem do siebie, postanowiłem zadzwonić do Panadola i zapytać, o której godzinie dojadą do Krakowa. I tutaj spotkała mnie niemiła niespodzianka, ponieważ ekipa z Koluszek w ostatniej chwili odwołała swój przyjazd. No cóż, mówi się trudno. Przedpołudnie spędziłem w gronie przyjaciół, zaś około 13:00 mój organizm podpowiedział mi, że jest już gotów na przyjęcie pierwszego posiłku. Po obiadku (jeśli pizzę można nazwać obiadkiem) poczułem się jak nowonarodzony i ruszyłem na spotkanie z Kopolandem, który nocował na Miasteczku Studenckim AGH. Około 15:30 spotkaliśmy się przy ul. Reymonta i spokojnym spacerkiem udaliśmy się w kierunku Rynku Głównego. Kilka ładnych lat spędziłem w Krakowie, ale za żadne skarby nie mogłem sobie przypomnieć klubu Sports Pub na ul. Grodzkiej. Dopiero później wyszło na jaw, że lokal ten dość niedawno został otwarty. To wszystko wyjaśniało. Ale mniejsza z tym.

ent
Od lewej: cumil, hellYeahEnT i XandriX

Ponieważ na miejsce dotarliśmy za wcześnie, to wolny czas postanowiliśmy spożytkować na spacer w okolice Wawelu. Trochę z Krzyśkiem pogawędziliśmy o naszej grze, a także o wakacyjnych planach. Pod Sports Pub powróciliśmy na kilkanaście minut przed startem turnieju. Niestety, ku naszemu zdziwieniu, w lokalu jakoś nie mogliśmy znaleźć większej liczby pokerzystów. Ponownie chwilę pospacerowaliśmy, a za drugim podejściem pod Sports Pub zdekonspirował nas kaczuba. Od razu zrobiło się nam raźniej i zdecydowanym krokiem weszliśmy do środka. Po chwili odnaleźliśmy wąskie grono pokerzystów, ale do rozpoczęcia turnieju minęło jeszcze kilkadziesiąt minut.

srubka zaliczyła potężne spóźnienie, no ale jak po piątkowej imprezie wstaje się około 16:30, to nie ma się czemu dziwić. Tak czy siak udało się jej zdążyć na turniej dosłownie w ostatniej chwili. Najbardziej podobało mi się losowanie miejsc przy stołach. Po prawej miałem Kopolanda, a jeszcze wcześniej siedział Kaczuba. Jak weszliśmy do lokalu, tak nas usadzili przy stole, można powiedzieć. Sama rozgrywka przebiegała w bardzo przyjaznej atmosferze, bezstresowo, po prostu rewelacyjnie. W głowie utkwiło mi kilka rozdań. Pierwsze z nich to swoista powtórka z Łodzi, kiedy to przegrałem coinflipa (Ax Qx < 4x 4x). Wtedy moim pogromcą został Jacek. Tym razem ja wystąpiłem w roli posiadacza pary czwórek, które dały radę pokonać Ax Qx. To było pierwsze podwojenie stacka, później było już tylko lepiej. Przy Final Table skład był w miarę wyrównany - połowa Krakusów, połowa przyjezdnych. Już nie pamiętam teraz, kto kiedy odpadał. Wiem tylko, że ja miałem masę szczęścia i co chwilę dostawałem mocne układy. Najpierw moje Ax Kx pokonało Qx Qx , czyli klasyka westernu. Później było rozdanie wieczoru.

kkw
Kaczuba, Kopoland, Walderam - trio, które dotrwało do Final Table

Akcję zaczął Kaczuba, który postanowił limpować z wczesnej pozycji. Ja zobaczyłem swoje 4s i też postanowiłem wejść do gry. W sumie na flopie spotkaliśmy się chyba we trzech. Gdy na stole pojawiły się 2s, Kaczuba od razu zagrał potężnego beta. Ja popatrzyłem w swoje karty i stwierdziłem, że wystarczają mi one do wejścia all in. Kaczuba wcześniej popisywał się blefami i jakoś nie uwierzyłem mu w jego mocny układ, a poza tym moja ręka była dość przyzwoita na tym flopie. Jakież było moje zdziwienie, gdy Kaczuba natychmiast sprawdził, odwracając . No to miałem nóż na gardle, Kaczuba miał więcej żetonów ode mnie i o moim być albo nie być miały zadecydować ostatnie dwie karty. Na turnie pojawiła się 3d, która dała mi masę dodatkowych outów na strita. Nie wiedzieć czemu Kaczuba w tym momencie zaczął wołać „As! As!". No to wykrakał, na riverze jak na zawołanie pojawił się asik, który dał mi strita. Oj, to był niezły fart dla mnie, cóż mogę teraz powiedzieć, sorry kolego 🙂 Minęło kilkanaście minut i w grze pozostaliśmy już tylko we trójkę.

kaczuba1  
Tutaj Śrubka pociesza Kaczubę...

Jednak w trzyosobowym składzie zagraliśmy tylko jedno rozdanie. Akurat w tym czasie ja byłem na big blindzie. Ze small blinda cumil zlimpował , mówiąc przy tym: „call, ot takie zagranie". Ja zaglądam w swoje karty i widzę . Mam przewagę stacka i decyduję się na slowplay, stukam w stół. Na flopie krupier (kopoland) wykłada 3d. Kamil podbija chyba za pulę, ja po długim namyśle nieśmiało sprawdzam. Na turnie pojawia się bodaj i Kamil kontynuuje natarcie. Ja w tym momencie myślę, czy grać reraise, czy jednak mój przeciwnik blefuje i odpuści. Stwierdziłem, że dam call i zaatakuję po riverze. Ostatnią kartą tego rozdania była 2d i ona zatrzymała całą akcję. Kamil zaczekał i ja niemal natychmiast zagrałem all in. On od razu nie sprawdził, tylko powiedział, że to jest chore i że musi pomyśleć. Odwrócił swoje karty twarzami do góry i po długim namyśle zrobił crying call. No cóż, chyba karety z flopa i tak się nie spodziewał. Tak czy siak rozdanie było z gatunku nieprawdopodobnych.

W heads-upie nie miałem już tyle szczęścia, pomimo tego, że przystępowałem do pojedynku ze znaczną przewagą stacka, to i tak nie dałem rady wygrać tego turnieju. Kilka razy poległem z lepszą ręką, bywa. Blindy już były tak wysokie, że nie było miejsca na delikatną grę, albo szło się all in na preflopie, albo się odpuszczało. Ostatecznie turniej wygrał shin0bi69 (tutaj pewności nie mam, więc wybaczcie mi, jeśli pomyliłem nicki). Serdecznie mu gratuluję, to był naprawdę fajny turniej. Niestety, ja po turnieju miałem zaplanowany wyjazd do kolegi na mieszkanko, zatem musiałem opuścić towarzystwo. Ciąg dalszy relacji to ponownie opowiadanie autorstwa Śrubki.

Po skończonym turnieju zebraliśmy chętnych do wojaży po krakowskich lokalach i udaliśmy się w tany. Długo by opisywać, co się działo. Na początku delikatnie i bez większych ekscesów spożywaliśmy rozmaite trunki, które "rozwiązywały i podgrzewały" atmosferę. Panowie narzekali nieco na brak przedstawicielek płci pięknej (z naciskiem na pięknej - w tym miejscu serdeczne pozdrowienia dla pani w czerwonej bluzeczce). W pewnym momencie rozbrykał się nam Pan Kfiatek. Nie będę "obnażała" (tak, zdecydowanie jest to dobre słowo) całej sytuacji, która miała miejsce, w każdym bądź razie kfiatek pokazał się wszystkim z tej dobrej i "lepszej"(???) strony :)) Do naszej gromadki dołączył ponownie Xandrix wraz z kilkoma Panami, którzy byli na "misji wódka". Po kilku chwilach zawinęliśmy się, muszę niestety przyznać, z dość marnej miejscówki. Marsz w poszukiwaniu nowego lokum trwał całkiem długo. Pomimo mnogości dyskotek w centrum Krakowa, ciężko było znaleźć coś godnego naszej uwagi. Wtedy właśnie ponownie odłączył się od nas Xandrix ze swoją ekipą. Finalnie wylądowaliśmy w bardzo przyjemnym klubie (Quo vadis?), gdzie w spokoju zasiedliśmy do stolika w celu uprawiania dalszej werbalnej integracji. Tematy oscylowały głównie w klimatach pokerowych, chociaż było kilka znacznie odbiegających od motywu przewodniego. Przez moment wydawało mi się nawet, iż nasz drogi kolega kaczuba lekko otrzeźwiał. Niestety, tylko mi się wydawało :)) Nawet nie wiem, kiedy minęła chwila odkąd przybyliśmy, a już trzeba było opuścić lokal. Powłóczyliśmy się jeszcze trochę, próbując obrać jakiś sensowny kierunek. Wpadliśmy na genialny plan zrobienia after party u Xandrixa. Pech chciał, że alkohol spożyty tego wieczoru dał mu się srogo we znaki... Całe szczęście, mieliśmy ze sobą drogiego Lesia, który z wielką radością zabrał nas do siebie 😉 Na miejscu zamówiliśmy pizzowy posiłek i powoli zaczęliśmy się wykruszać (czyt. zasypiać). Chłopaki na zmianę jeszcze coś tam buszowali przy komputerze, ale niestety nie było mi dane im towarzyszyć. Zasnęłam dość szybko.

Tak w telegraficznym skrócie wyglądało nasze spotkanie. Było naprawdę fantastycznie i myślę, że jeszcze niejednokrotnie będzie nam dane spotkać się na wspólnej imprezie. Dzięki wielkie dla wszystkich, którzy przyłożyli się do organizacji tego spotkania. xandrix, srubka, hellyeahent - to dzięki Wam wszystko się udało. Dodatkowe podziękowania składam dla Śrubki za napisanie bardzo fajnej relacji. Do zobaczenia na następnym zlocie!